szukaj
Jaki konserwatyzm?
Filozofia grubych cygar
Michał Kamiński przegrał głosowanie na wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Być może dlatego, że PiS nie do końca pasuje do wizerunku dzisiejszych konserwatystów. Każdy kraj potrzebuje konserwatyzmu, tylko jakiego?

Konserwatyzmy są różne. Także w Polsce istnieje dość długa, a mało znana tradycja konserwatywna. Dziś jako konserwatyści przedstawiają się liderzy Prawa i Sprawiedliwości. Zapowiadają utworzenie wspólnej frakcji w Parlamencie Europejskim z torysami – brytyjską Partią Konserwatywną, kwintesencją europejskiego konserwatyzmu. Ma to dodać politycznej powagi PiS, ale doda im raczej kłopotów, tak samo zresztą jak torysom.

 

Historycznie biorąc, konserwatyzm to była domena europejskiej arystokracji, monarchistów, klerykałów, przeciwników rewolucji i demokracji. Na tym tle formacje konserwatywne w krajach pokomunistycznych to twory sztuczne, bez korzeni. Ich liderzy i zwolennicy rekrutują się ze społeczeństwa realnego socjalizmu i dziedziczą jego całkowicie niekonserwatywne cechy i skłonności. Na przykład roszczeniowość i egalitaryzm. Nic też dziwnego, że naszym politykom, nie tylko tym w PiS, wygląda – jakby powiedziano w salonie – słoma z butów.

Ale nie bądźmy małostkowi. Konserwatyzm wszędzie, także w wolnym świecie, gdzie nie było socjalistycznej urawniłowki, musiał zawrzeć kompromis z realiami, musiał się zdemokratyzować, to znaczy odrzucić mrzonki o powrocie królów i panów łaskawie panujących ciemnym masom. Musiał pogodzić się z systemem dającym ten sam jeden głos dżentelmenowi i prostakowi. Ten zwrot nastąpił w XIX w.; dziś konserwatyści muszą się odnaleźć w realiach społeczeństwa masowego, popkultury rządzącej jego duszą i rewolucji informatycznej.

PiS jest formacją o bardzo krótkiej historii ideowo-organizacyjnej i słabym zakorzenieniu w polskiej tradycji politycznej. Podobnie zresztą jak jego główny rywal Platforma Obywatelska. Obie partie mogą więc zgodnie z duchem czasu zmieniać swoje tożsamości jak rękawiczki (w znacznym stopniu ulega tej pokusie także lewica). PiS kiedyś było centroprawicą, potem chciało być chadecją, dziś przywdziało kostium narodowo-konserwatywny.

Ile konserwatyzmów? 

Co ten konserwatyzm ma konserwować, a co zmieniać? Nie w sferze deklaracji, ale w sferze rzeczywistości. Tam, gdzie się podejmuje realne decyzje. Spory o konkrety, na przykład o technikę in vitro, rozdział państwa od Kościoła czy o metody łagodzenia skutków recesji, pokazują prawdziwą twarz konserwatyzmu à la PiS.

Niedawno w „Rzeczpospolitej” Artur Bazak wziął pod lupę kłopoty rynkowe swego głównego konkurenta, czyli „Dziennika”. Napisał epitafium „Dziennikowi’’, aby postawić tezę, że w Polsce nie ma miejsca na „konserwatyzm laicki”. Tak bowiem zakwalifikował opcję „Dziennika” pod redakcją Roberta Krasowskiego. Bazak kończy wyznaniem, że nie będzie płakał po „Dzienniku”. Ale wygląda na to, że w istocie chce powiedzieć, iż nie będzie płakał po tym, co nazwał konserwatyzmem laickim. Można się domyślać, że miejsce w Polsce widzi tylko dla narodowo-katolickiego konserwatyzmu typu pisowskiego. I na tym polega problem.

Tak jak wmawia się dziś Polakom, że jest tylko jeden katolicyzm – ten tradycjonalistyczny – podobnie urabia się ich, że jest tylko jeden konserwatyzm i można go znaleźć na przykład w „Rzeczpospolitej”. No bo przecież ten laicki zbankrutował wraz z „Dziennikiem”. W ten sposób umacnia się w Polsce pewien stereotyp: że nie ma konserwatyzmu poza PiS i związanymi z PiS mediami. Tak ma myśleć młode pokolenie inteligencji. To redukowanie ważnego nurtu współczesnej myśli i praktyki politycznej jest umysłową dewastacją. Jak tak dalej pójdzie, Polacy nabawią się myślowego odruchu Pawłowa: konserwatyzm równa się prawica, prawica równa się endecja.

Konserwatywny inaczej 

Akurat takiego konserwatyzmu, zredukowanego do neoendeckiej prawicowości, Polsce nie trzeba, Polska ma go potąd. Nie zaszkodziłoby natomiast trochę otwarcia się na to, co dzieje się wśród konserwatystów Europy. Można odnieść wrażenie, że w Polsce za konserwatyzm uważa się przede wszystkim wyrób amerykański zwany neokonserwatyzmem. Robili go po części amerykańscy radykałowie, działacze kontrkultury, trockizmu, maoizmu itp. Ludzie o mentalności bolszewickiej, przebojowi, ale dogmatyczni, zideologizowani, ale skuteczni. Rzucało ich od ściany do ściany, lecz za Reagana i Bushów zrobili swą konserwatywną rewolucję, która niewątpliwie zmieniła Amerykę – czy na lepsze, to inna kwestia. Prawicowe gwiazdy naszych mediów mówią i myślą owymi neokonami, a publiczności może się wydawać, że innego konserwatyzmu i innej prawicy nie ma.

Tak jakby większość polskich konserwatystów i prawicowców marzyła przede wszystkim, by być jak Rush Limbaugh, idol amerykańskich mediów prawicowych, zaczynający dzień od wypalenia grubego cygara i ataków na obamomanię. Tymczasem świat poszedł dalej. Także ten konserwatywny. Zostawmy Limbaugha, ciekawszy jest David Cameron. Też gwiazda, a na dodatek wkrótce być może premier Zjednoczonego Królestwa z ramienia brytyjskiej Partii Konserwatywnej. Ale o nim jakoś na polskiej prawicy cicho. Za to kustosz polskiego konserwatyzmu Jacek Bartyzel, monarchista, ukuł na Camerona określenie „konserwatywny inaczej”. Jak kochający inaczej – ot, taki prawicowy żarcik.

Młody (43 lata) lider torysów zasługuje na coś więcej. Zasługuje na solidną analizę w centrach dowodzenia innych europejskich partii konserwatywnych. Cameron wyciągnął (oczywiście nie wiadomo, na jak długo) torysów z wieloletniej zapaści i z dolnych stref sondaży poparcia. Jak to uczynił? Walnie pomogło zmęczenie rządzącą centrolewicą, ale nie tylko. Rzucił hasło społecznego, postępowego (w uszach polskich konserwatystów to słowo obleśne) konserwatyzmu. Takiego, który może popierać wolny rynek, ale i walkę o zmniejszanie przepaści dzielącej biednych od zamożnych. Który jest przeciw homofobii, za obniżeniem kar dla przestępców (!), za walką z globalnym ociepleniem (którego bynajmniej nie uważa za wymysł ekologicznych oszołomów), a nawet za legalizacją w celach medycznych marihuany. To jest właśnie platforma torysów Camerona. Chyba tylko niechęć do Europy federalnej może ich łączyć z konserwatystami w Polsce.

Cameron – wywodzący się z arystokratycznej rodziny – uświadomił sobie, że Brytania potrzebuje odnowy konserwatyzmu. Że przyszłość ma konserwatyzm nowoczesny – taki, który nie da się zepchnąć do skansenu radykalnej prawicy, lecz potrafi walczyć o szerokie centrum. „Tak, zaczęliśmy zmiany – przyznał Cameron wkrótce po wyborze na lidera konserwatystów w 2006 r. – ale nie uważamy, że zmiana to zdrada. Zmiana polega na tym, że działamy w przekonaniu, iż wyzwania stojące dziś przed Wielką Brytanią nie są wyzwaniami z lat 70.”.

Jakie proste, jakie konserwatywne. Konserwatyzm, jakiego Polsce można by życzyć, polega właśnie na realizmie, a nie na ideologizacji. I na działaniu adekwatnym do tych realiów, a zgodnych z celami konserwatyzmu: budową społeczeństwa wolnego i sprawiedliwego, bezpiecznego i otwartego, pamiętającego o korzeniach i tożsamości, a zdolnego do głębokich zmian i współpracy wewnętrznej i międzynarodowej.

Torysi w lokomotywie 

I z takim konserwatyzmem zetknie się w Parlamencie Europejskim drużyna PiS, posłana tam przez prezesa Kaczyńskiego. Ciekawe, jakie ma zdanie o konserwatyzmie Camerona? Między torysami Camerona a pisowcami może w Brukseli mocno iskrzyć. A polityczne obcowanie z nimi może też zamącić w głowach niektórym europosłom Kaczyńskiego: zobaczą, że można być „konserwatywnym inaczej”. Że konserwatyzm nie musi być klerykalny, by być religijny, i nie musi być religijny, by być konserwatywny.

 

Na razie większych korzyści z tego akcesu dla polskiej polityki, a i dla samego PiS, nie widać. Słyszymy tylko, że nowa frakcja, pięćdziesiąt pięć szabel, w tym piętnaście pisowskich, będzie czwartą siłą w Parlamencie. A jej lokomotywą będą oczywiście torysi, jedna z najstarszych partii politycznych Europy, partia Disraelego, Churchilla i („antyzwiązkowej”, panie i panowie z PiS) lady Thatcher! Brzmi nieźle, a jak jest naprawdę?

Brytyjski historyk i publicysta Timothy Garton Ash ostrzegał niedawno w „Gazecie Wyborczej”, że torysi sami skazują się na marginalizację w europarlamencie: „David Cameron nie jest ani głupi, ani szalony, ale wmanewrował się w idiotyczną sytuację”. Zdaniem Asha, brytyjscy konserwatyści po wyjściu z Europejskiej Partii Ludowej nawet jeśli się w czymkolwiek dogadają z PiS i inną drobnicą w swej nowej frakcji, to i tak nie będą w stanie tego przepchnąć w Parlamencie i Unii.

A na domiar złego, wchodząc do owej mało znaczącej grupy „konserwatystów i reformistów” wysyłają sygnał, że są gotowi być hamulcowymi i malkontentami Europy. A wszystko dlatego, że Cameron, szukając poparcia przed wewnątrzpartyjnymi wyborami lidera, obiecał antyeuropejskiemu skrzydłu torysów, że jeśli wygra, to wyprowadzi ich z EPL, najsilniejszej chadeckiej eurofrakcji. Nazwa nowej frakcji już prowokuje niektórych do złośliwości. Chcą pewnie konserwować to, co złe, na przykład nacjonalizm, a reformować to, co jest dobre i reform nie potrzebuje, np. współpracę ponadnarodową.

Torysi, PiS i czeska partia ODS to filary Europejskiej Grupy Konserwatystów i Reformistów. Torysi zapowiadają referendum nad traktatem lizbońskim w Wielkiej Brytanii; związany z PiS prezydent Kaczyński traktatu nie podpisuje, prezydent Klaus, współtwórca ODS, nie chce go podpisać. Bez traktatu Unia może funkcjonować, ale nie może się rozwijać. A bez rozwoju Unii niemożliwy jest znaczący rozwój Polski. Tak zwany eurosceptyczny, a w istocie antyeuropejski konserwatyzm nie służy naszym interesom; niestety, nie jesteśmy bogatą wyspą jak Wielka Brytania.

Tragizm historii 

I jeszcze drobiazg z dziedziny ulubionej przez polskich konserwatystów polityki historycznej. Jednym z członków nowej frakcji może być Roberts Zile, przedstawiciel łotewskiej partii Za Ojczyznę i Wolność, która broni udziału Łotyszy w sformowanym na rozkaz Hitlera legionie łotewskim SS, uważając ich za bohaterów oporu antysowieckiego. Wcielano ich często pod przymusem, ale część zgłosiła się ochotniczo. Wierzyli, że służą niepodległości. A że po stronie Hitlera? No cóż, tragizm historii. Dlatego w ramach swojej polityki historycznej partia Za Ojczyznę i Wolność winduje legion na piedestał. Przechodzi do porządku nad dyskusjami historyków o zbrodniach wojennych łotewskich formacji na Rosjanach, ale i na Polakach. Większości narodu łotewskiego zdaje się to nie przeszkadzać. Ale czy PiS nie powinno się zastanowić nad, delikatnie mówiąc, dwuznacznością sytuacji. Mimo wszystko pani Steinbach, przez którą PiS opuściło EPL, nie oklaskuje parad byłych żołnierzy III Rzeszy, jak czynią to zwolennicy łotewskiej Ojczyzny i Wolności, dziś partyjni koledzy PiS.

Nie jestem naiwny. Wiem, że sojusz PiS z torysami to grymas współczesnej historii politycznej Europy i że może on jakiś czas trwać bez potrzeby dokonywania przez PiS jakichś korekt czy gestów pod adresem „konserwatywnego inaczej” Camerona. A swoją drogą, ciekawe, że prezes Kaczyński, który tak lubi sypać błyskotliwymi aluzjami i cytatami, nie cytuje prawdziwych mistrzów polskiego konserwatyzmu, choćby Stefana Kisielewskiego, a zwłaszcza przedwcześnie zmarłego (1989 r.) krakowskiego filozofa i pioniera kapitalizmu Mirosława Dzielskiego. To Dzielski mógłby być patronem nowoczesnego polskiego konserwatyzmu i to sprzymierzonego z chrześcijaństwem. W zamian mamy konserwatyzm Kaczyńskich, Ziobry i o. Rydzyka.


Co polski konserwatyzm powinien konserwować, a czego nie? Zapraszamy do dyskusji na forum!


 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj