szukaj
Polscy eurodeputowani na początku kadencji 2009-2014
Tabory europosłów
Zbigniew Ziobro przeżył szok, widząc pisuary w kościele. Joannie Senyszyn ukradziono z biura mydło i żel. Tadeuszowi Cymańskiemu doskwiera anonimowość, a Wojciech Olejniczak szuka przedszkola dla córki. Nowi europosłowie moszczą się w Brukseli.
Jacek Saryusz Wolski
Maciej Jarzębiński/Forum

Jacek Saryusz Wolski

Wojciech Olejniczak
Forum

Wojciech Olejniczak

Forum

Forum

Polityka

Starsi stażem koledzy z wyższością obserwują debiutantów. Ci po pierwszym inauguracyjnym posiedzeniu nie czują się tam jeszcze jak u siebie w domu, czyli w Sejmie. Obce miejsce zbliża ludzi. – Powoli wznosimy się na europejski poziom kontaktów. Prawie ze wszystkimi posłami z PiS jestem już po imieniu, a w Sejmie nawet ze sobą nie rozmawialiśmy – mówi Elżbieta Łukacijewska (PO). Dodaje, że jeszcze nie przełamała lodów ze Zbigniewem Ziobrą, ale jest na dobrej drodze, bo ten w Brukseli po raz pierwszy powiedział jej „dzień dobry”. – Ci, którzy brylowali w naszym Sejmie, tu są onieśmieleni. Oby to nie była cisza przed burzą – mówi Joanna Skrzydlewska (PO), najmłodsza polska europosłanka.

Przepastne gmachy parlamentu w Brukseli (gdzie posłowie pracują w komisjach, w grupach politycznych i na posiedzeniach nadzwyczajnych) oraz w Strasburgu (gdzie zjeżdżają raz w miesiącu na sesje plenarne) mogą onieśmielać. – Niezawodnym GPS po korytarzach, przejściach i biurach są asystenci, których wielu eurodeputowanych dostało w spadku po byłych – mówi Marek Siwiec (SLD).

Rodziny w odstawkę

Joannę Senyszyn (SLD) pod swoje skrzydła wzięła była asystentka Genowefy Grabowskiej, której nie powiodło się w tych wyborach. – Jest młodą socjalistką z krwi i kości. Do tego świetnym przewodnikiem i organizatorem – mówi Senyszyn. Dzięki Tadeuszowi Cymańskiemu (PiS) na lodzie nie zostanie była asystentka Ewy Tomaszewskiej, która przegrała bój o euromandat. – Świetnie mówi po angielsku, a gdy zniknie mi z oczu, to w parlamencie pracuje ponad 3 tys. tłumaczy, co daje mi wielki komfort, dopóki sam nie stanę się poliglotą – mówi Cymański.

Na tłumaczach jednak nie zawsze można polegać. Tak jak w czasie debaty nad dokumentem o transporcie zamrożonego nasienia byków (frozen semen). Posłowie z kilku krajów usłyszeli o mrożonych żeglarzach, bo tłumacze myśleli, że chodzi o frozen sea-men (ludzi morza).

Kiedy już asystenci wprowadzą pryncypałów w brukselską machinę, będą ustalać spotkania, korespondować, prowadzić biura. W razie nieobecności szefów zastąpią ich też na posiedzeniach komisji, gdzie mogą zabrać głos, ale nie wolno im głosować. Od tej kadencji europosłowie mają zakaz zatrudniania swoich rodzin. Razem z Janem Masielem z PE odeszła jego życiowa partnerka. Na starych zasadach, ale tylko przez tę kadencję, z Lidią Geringer de Oedenberg może zostać w PE jej siostra. Pozwala na to nowy regulamin, siostra dostała pracę przed 2008 r. Na razie innych przypadków rodzinnego zatrudnienia nie odnotowano.

Część posłów chce mieć swoje krajowe delegatury. Do tego potrzebna jest rzesza asystentów pracujących w Polsce. Rekordzistką jest Geringer de Oedenberg: – Mam 30 biur regionalnych i każde musi mieć swojego opiekuna. To najczęściej asystenci społeczni, dla których zapłatą jest doświadczenie i autopromocja. Często skuteczna. Jeden z jej pomocników został burmistrzem, wielu dziś jest radnymi.

Joanna Senyszyn ze swoimi asystentami za europejskie pieniądze będzie organizować akademię Polka Potrafi: – Chcemy uświadamiać kobiety, jakie mają prawa, jak mają się promować, ale też dobrze ubrać i dbać o siebie. Zbigniew Ziobro, wyborczy konkurent Senyszyn w Małopolsce, europejskie pieniądze chce wydać na zespół młodych prawników asystentów. Mają rozwinąć sieć bezpłatnej pomocy prawnej dla obywateli. – Jestem to winien tym, którzy mnie wybrali – mówi. Dodaje, że nie pozwoli o sobie zapomnieć, nie ukrywa, że do PE wyjechał odpocząć przed powrotem do władzy.

Uwaga, kradną!

Marek Migalski (PiS) szefową brukselskiego biura mianował Sonię Nandzik, która zna biegle trzy języki. Koledzy z PiS krzywo patrzyli na tę nominację, bo świeżo upieczona asystentka była mocno związana ze Szkołą Liderów Kuźnia, założoną przez rozłamowców z PiS – Michała Ujazdowskiego i Jerzego Polaczka. Migalski dał też pracę 17 swoim byłym studentom z Uniwersytetu Śląskiego. Będą tworzyć zespoły organizujące wycieczki dla śląskich uczniów, ściągające pieniądze unijne dla polskich organizacji pozarządowych, promujące współpracę europejsko-wschodnią. Migalski zadbał też o zespół medialny, który ma czuwać, aby o tym wszystkim dowiedzieli się dziennikarze.

Zajęci na polskim podwórku dziennikarze generalnie niewiele wiedzą o tym, co robią nasi europosłowie. Gdyby w Sejmie ktoś okradł posła, media szybko by to odnotowały, a politycy szeroko komentowali. Przy Wiejskiej kradzieży do tej pory nie było, a w Brukseli i owszem. Asystentka Joanny Senyszyn ostrzegała ją, aby nie zostawiała cennych rzeczy w swoim biurze. – Zabrałam laptopa i cenne drobiazgi, które już zdążyłam nazwozić, ale w łazience zostawiłam żel pod prysznic i mydło. Zginęły. Nie chodzi o wartość, ale o sam fakt. Przy Wiejskiej to było nie do pomyślenia – mówi Senyszyn. Wezwała ochronę i czeka na wyjaśnienie sprawy. Lidia Geringer przyzwyczaiła się do tego, że giną jej drobne akcesoria biurowe: – Ale odkąd ktoś ukradł mi prezenty kupione bliskim pod choinkę, to nie zostawiam tam nic cennego.

Pojawiły się też pierwsze zdziwienia i kulturowe szoki. Zbigniew Ziobro oburzył się tym, co zastał w kościele św. Katarzyny niedaleko parlamentu. – Świątynia została zamieniona na noclegownię dla bezdomnych. Z równowagi wyprowadziły mnie tam pisuary na ścianach. Gdyby coś takiego zrobiono z meczetu czy synagogi, zaraz wszyscy by protestowali – mówi były minister sprawiedliwości.

Joannie Skrzydlewskiej brukselskie biuro na razie kojarzy się tylko z pięknym widokiem na Brukselę: – Platforma, jako silna grupa we frakcji Europejskiej Partii Ludowej, dostała biura na 14, przedostatnim piętrze. PiS został ulokowany o dwa niżej. W Strasburgu każdy eurodeputowany ma do dyspozycji jednopokojowe biuro, a w Brukseli dwupokojowe, z wygodną sofą i łazienką. Nie wolno tam jednak zostawać na noc. Zdarzało się, że niektórzy oszczędzali na hotelach i nocowali w swoich biurach. Teraz po godzinie 22.00 włączają się czujniki i ochrona kontroluje co dwie godziny, czy ktoś nie zasnął nad komputerem. O ile w Sejmie posłowie mają zapewnione miejsce do spania w sejmowym hotelu, o tyle brakuje tam biura dla każdego. W Brukseli jest odwrotnie: miejsce do pracy jest, a mieszkanie każdy musi sobie zorganizować sam.

Wielu wybiera model życia hotelowego, inni decydują się na wynajem lub – tak jak Geringer de Oedenberg i Ryszard Czarnecki – na kupno mieszkania. Największym wzięciem cieszą się lokale blisko PE. Joannie Skrzydlewskiej udało się znaleźć mieszkanie po sąsiedzku z europarlamentem.

W wynajmowanym lokum chce zostać Marek Siwiec, który rozstał się już ze swoim współlokatorem Bogusławem Liberadzkim. – Mieszkanie razem było dobre na początku zeszłej kadencji, teraz każdy poszedł na swoje. Wynajmuję apartament w okolicach pięknego parku, kilkanaście minut piechotą od parlamentu – mówi Siwiec.

Największego lokalu poszukuje Wojciech Olejniczak, bo do Brukseli zabiera całą rodzinę. – Złożyłem już aplikację do szkoły z sekcją polską dla mojego syna, który będzie się uczył w trzeciej klasie. Młodszą córkę zapiszemy do brukselskiego przedszkola – mówi. Jego żona, nauczyciel akademicki, wzięła urlop i w Brukseli zamierza napisać habilitację. – Nie wyobrażam sobie życia tutaj bez rodziny. Jestem przekonany, że mając ich na miejscu, będę bardziej efektywnym posłem, a to obiecałem moim warszawskim wyborcom – mówi były szef SLD.

Wino bezkarnie

Wychodzi na to, że na domowe obiady będzie mógł liczyć tylko Olejniczak. Pozostali dobrze i tanio (już za 4,5 euro) mogą zjeść w parlamentarnej stołówce. Asystenci mówią, że w gmachu można się też najeść za darmo. Wystarczy przejść się korytarzami, w których codziennie odbywają się wystawy i otwarte spotkania, na których serwowane są bankietowe przekąski i alkohol. Marek Siwiec pamięta, że wraz z przystąpieniem Bułgarii i Rumunii do UE, w parlamentarnych restauracjach pojawiło się wino z tych krajów. – W przeciwieństwie do Sejmu, w Brukseli nikogo nie dziwi, że do obiadu pije się wino, dziennikarze nie robią z tego afery – mówi Łukacijewska.

Są też bary, do których reporterzy nie mają dostępu. Podobny pomysł Ludwika Dorna, gdy był marszałkiem Sejmu, nie zyskał poparcia. Na brukselskich korytarzach można spotkać europosłów, którzy w kosztowaniu trunków poszli o krok za daleko. Zawsze w takich sytuacjach mogą liczyć na dyskrecję i pomoc straży. Deputowanych obowiązują też dżentelmeńskie zasady, że nie zdradzają dziennikarzom wyskoków swoich politycznych rywali. Na razie w parlamentarnych restauracjach nie widać żadnych polskich akcentów kulinarnych. Gdy posłowie zatęsknią za naszą kuchnią, idą do pobliskiego baru przy placu Luksemburskim, potocznie nazywanego U Pani Basi, gdzie podaje się flaki i bigos.

Jednak ci, którzy wybrali pracę w kilku komisjach, raczej nie będą mieli czasu na stołowanie się poza parlamentem. – Ledwo rano przekroczyłem próg gmachu, a już była 21.00. Ta praca bardzo mnie pochłania – mówi Marek Migalski. Licząc na rozwój Partnerstwa Wschodniego, jak mówi, będzie pracował w komisji zajmującej się relacjami UE-Białoruś oraz w komisji edukacji i kultury. Tam będzie spotykał się z Joanną Senyszyn.

Sami chcieli

Jacek Kurski natomiast, jak to ma w swojej naturze, zapowiada, że dla dobra Polski będzie opozycyjnym cieniem Danuty Hübner w komisji rozwoju regionalnego. Jego partyjny kolega Tadeusz Cymański zapisał się zaś do komisji ds. kobiet, co może zaskakiwać, bo jeszcze jako poseł zasłynął tym, że wpisał swoją żonę do rejestru korzyści materialnych.

Cymański przyznaje, że czuje się w brukselskim gmachu trochę nieswojo. – Tu są tysiące ludzi. Jestem trochę anonimowy, brakuje mi dziennikarzy. To samo czuje Jacek Kurski, który już tęskni za polską debatą polityczną. Na osłodę mogą pocieszyć się, że ich pensje wzniosły się na europejski poziom – są dwa i pół raza wyższe od uposażenia polskiego premiera. Obiecują, że w parze z pieniędzmi pójdzie odpowiedzialność i pracowitość. Byłoby dobrze, bo to już druga kadencja PE z polskim udziałem.

Taryfa ulgowa kończy się; teraz trudniej będzie nieudolność, nieporadność, brak inicjatywy, nieznajomość meandrów europejskiej polityki tłumaczyć tremą nowicjuszy. Zatem nowi, jak się już urządzą, muszą być lepsi od debiutantów sprzed pięciu lat. Ale, jak po wyborach powiedział do nich prezydent Kaczyński: „Sami tego chcieliście”.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj