szukaj
Platforma i rząd po personalnym trzęsieniu ziemi
Wszystkie strony Tuska
Co oznacza odsunięcie od premiera jego najbliższych współpracowników i kolegów? Co naprawdę planuje Donald Tusk?
Donald Tusk
Maciej Biedrzycki/Forum

Donald Tusk

Premier Donald Tusk stał przed iście diabelską alternatywą – pozostawić Mariusza Kamińskiego na czele CBA i uczynić z niego gwaranta wyjaśnienia tak zwanej afery hazardowej, czy też zdymisjonować go i zgodzić się na powołanie komisji śledczej.

Rozstrzygnięcie nie dziwi. Pozostawienie Kamińskiego oznaczałoby nie tylko strach przed ewentualnym ujawnianiem strzępów różnych informacji, mających kreować obraz PO jako partii skorumpowanej. Byłoby przede wszystkim porzuceniem kardynalnej zasady, że to nie służby specjalne rządzą i wpływają na wyniki wyborów.

Po rzeszowskiej konferencji prasowej, na której szef CBA oskarżył premiera o kłamstwo, faktycznie wypowiadając mu posłuszeństwo, i dodatkowo znieważył prokuraturę, sprawa już była jasna. Kamiński musi odejść. Można nawet uznać, że to szef CBA pomógł podjąć premierowi ostateczną decyzję lub że sam o dymisję walczył, bojąc się sytuacji, w której materiałów operacyjnych nie da się przekuć w dowody, pozwalające na sformułowanie aktu oskarżenia. Zawsze lepiej poruszać się w świecie półprawd, insynuacji, sugestii, umiejscawiać kolejne osoby „w kręgu podejrzeń”, by użyć ulubionej retoryki Jarosława Kaczyńskiego, niż zmagać się z wielomiesięcznym czy nawet wieloletnim postępowaniem przygotowawczym, a potem z sądem.

Przegrupowania sił, wewnętrzne walki partyjne, zmiany taktyki i strategii są w polityce życiem – rzec można – zwyczajnym. Niezwyczajność obecnej sytuacji polega na wymuszeniu ich przez służby specjalne, jakkolwiek by bowiem sprawę w bawełnę owijać, oczywiste jest, że CBA stało się politycznym narzędziem, że ma dwóch patronów – prezydenta i PiS, a konferencja prasowa szefa tej służby była wydarzeniem bez precedensu.

Nie minęły trzy dni i po hazardowej pojawiła się afera stoczniowa, znów wedle tego samego scenariusza. Zamiast do prokuratury, jakieś zawiadomienia o możliwym zagrożeniu interesów ekonomicznych kraju płyną do najważniejszych osób w państwie i natychmiast publicznie pojawiają się przecieki, nagrania i kolejne nazwiska. Tym razem w kręgu podejrzeń ma się znajdować minister skarbu Aleksander Grad i urzędnicy z Agencji Rozwoju Przemysłu? (Komentarz s. 8). To dowód, że „CBA nie pęka” i rozpoczęło pośpieszną operację odpalania całej zgromadzonej amunicji.

Afera podtrzymująca

Dynamika zdarzeń w minionych dniach była rzeczywiście zaskakująca nawet dla tych, którzy po dwóch dymisjach (Zbigniewa Chlebowskiego i Mirosława Drzewieckiego) wiedzieli, że na tym się nie skończy, że będą następne ofiary, wymuszone bądź celowe.

Trudno zmiany kadrowe w rządzie nazwać jego rekonstrukcją. To, z jednej strony, wynik ścierających się ambicji i także, nie ma co ukrywać, intryg wewnątrz PO, co jest oczywiste, bowiem ciągle realna wizja prezydentury Tuska musi powodować napięcia i spory o przyszłe przywództwo i miejsce przy szefie. Z drugiej, mamy zapewne próbę zabezpieczenia się przed możliwymi kolejnymi „uwikłaniami”. Paweł Graś ma nie do końca wyjaśnioną sprawę wynajęcia domu pod Krakowem (wszak premier, nieprzekonany ustaleniami CBA, skierował ją do prokuratury). Pojawiały się podejrzenia, że finansowanie kampanii wyborczej w Pomorskiem nie było do końca przejrzyste i wiązano to ze spółką rodziny Sławomira Nowaka.

Donald Tusk, przyjmując walkę na polu wyznaczonym przez PiS, czyli właśnie przejrzystości, walki z korupcją, nielegalnym lub balansującym na granicy legalności lobbingiem, nie może mieć w swoim otoczeniu nikogo, kto mógłby być w jakiś sposób zahaczony. Dla trzech sekretarzy stanu z Kancelarii Premiera, którzy wracają do Sejmu, ten powrót nie jest komfortowy, ponieważ ich odejście w tym momencie naznacza ich i – chcąc nie chcąc – związuje z aferą hazardową. Dla opinii publicznej ważny jest nie powód, lecz moment odejścia. A przekaz jest prosty: były dymisje w związku z aferą hazardową.

Odejście ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy i tak wydawało się kwestią czasu, świadomość kadrowej pomyłki była dla premiera zapewne od dawna oczywista. Teraz znalazł się powód do w miarę eleganckiego przyjęcia dymisji, tak jak w przyszłości powodem zapewne byłoby rozdzielnie funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości (zwłaszcza że Sejm odrzucił prezydenckie weto otwierając drogę do takiego kroku).

Kluczowe jednak jest odejście z rządu Grzegorza Schetyny. Spekulacje na temat degradacji Schetyny, pozbycia się przez Tuska kolejnego konkurenta czy wręcz o upadku Schetyny trwają od pewnego czasu. Ich motyw przewodni jest jeden: Tusk nie lubi mocnych. Schetyna już uwierzył, że będzie premierem, a Tusk może mieć inne plany, a więc trzeba wicepremiera i ciągle sekretarza generalnego partii ściągnąć z poziomu marzeń na ziemię.

Za taką wersją są argumenty, zwłaszcza forma dymisji. Sytuacja, w której wicepremier, przyjeżdżając do telewizyjnego studia, dowiaduje się z paska na ekranie, że już nie jest w rządzie, wydaje się zgoła absurdalna. Na dodatek od razu wszyscy wiedzą, skąd i od kogo pochodził przeciek. Czy to była samodzielna inicjatywa ważnego doradcy premiera, czy nie, pozostanie zapewne tajemnicą kilku osób.

Dymisja podkreślająca

Ten przeciek nie zaważył jednak na pozycji Schetyny, ale skomplikował sytuację premiera. Wszak na następny dzień była już zapowiedziana konferencja prasowa, kolejne wielkie show Donalda Tuska i tu nagle show ukradziono. Czy jest coś ważniejszego niż odejście z rządu osoby numer dwa? Co jeszcze może premier powiedzieć, aby pokazać głębokość i wagę ofensywy, do której przechodzi?

Oczywiście, odejście wicepremiera zostało przedstawione jako roszada, nie dymisja. Pozycja Schetyny w partii pozostaje bowiem niezwykle mocna, co pokazały wybory na szefa klubu parlamentarnego, gdzie w tajnym głosowaniu tylko 16 osób było przeciwko niemu. Platforma ma świadomość, że Tusk i Schetyna uzupełniają się, że premier wyznacza taktykę i strategię, a Schetyna ją realizuje, że bywa nawet bardziej decyzyjny od premiera i jeśli przez moment uwierzył w swe premierowskie szanse, to jest współpracownikiem lojalnym.

Gdy prześledzić publiczne wystąpienia premiera i jego działania od momentu publicznego ujawnienia tak zwanej afery hazardowej, to właściwie można byłoby napisać opowieść o tym, jak hartował się Donald Tusk. Być może zbyt długo zwlekał z dymisją Mirosława Drzewieckiego, ale generalnie nie popełniał większych błędów. Od dawna wiadomo, że był niekwestionowanym, być może nawet osamotnionym, liderem swojej partii; dziś widać, że jest liderem całej sceny politycznej. Krasomówcze talenty Jarosława Kaczyńskiego już nie tworzą rzeczywistości. Tusk przestał się cofać.

Ogląd realnej sytuacji politycznej zarysowany nawet grubymi liniami jest jednoznaczny. Pierwszego października, w momencie ujawnienia, że najważniejsze osoby w państwie otrzymały informację z CBA o „zagrożeniu interesów ekonomicznych państwa”, prezydencka kampania wyborcza wkroczyła w nową fazę. Celem operacji nie był przecież Chlebowski, ze swoimi podejrzanymi koneksjami i uległością wobec rządzących hazardem, czy Drzewiecki, być może niewiedzący nawet, jakie pisma podpisuje, a nawet nie Grzegorz Schetyna.

Celem od początku był Donald Tusk. Warto przypomnieć inne wydarzenia, kiedy to próbujący pogrążyć prezydenta Sopotu biznesmen próbował sprowokować premiera do rozmowy na tematy aferalne. Podchody pod Tuska zaczęły się więc dużo wcześniej i zapewne trwały cały czas. Dlatego ma teraz powstać komisja śledcza. Nie będzie ona służyć wyjaśnianiu prawdy o dziejach ustawy hazardowej (jak się okazuje akurat proces legislacyjny był tu, jak na polskie standardy, dość przejrzysty), ale z pewnością będzie przesłuchiwać premiera. Żadna komisja śledcza nigdy żadnej prawdy nie ustaliła, a co można zrobić z przesłuchań, przekonał się Włodzimierz Cimoszewicz, przekonało się wielu innych, którzy z dnia na dzień byli podejrzani, uwikłani, stawali się medialnymi aferzystami, a nawet kryminalistami.

Premier trafnie nazwał więc sytuację, że to jest wojna PiS z PO. Nie pierwsza zresztą. Raczej jej kolejna odsłona. Interpretacja, kto tę wojnę zaczął, zależy oczywiście od politycznych poglądów, od tego, kto skuteczniej przekona jakąś część opinii publicznej, że to nie on jest agresorem, ale ofiarą.

Trudno na razie stwierdzić, kto korzysta na aferze w sondażach opinii publicznej. Wyniki są niejednoznaczne. Nie zaistniało Stronnictwo Demokratyczne Pawła Piskorskiego ani Andrzej Olechowski. Paradoksalnie, w prezydenckich sondażach na wysokiej pozycji zaczął się pojawiać Włodzimierz Cimoszewicz, czyli kandydat odwieczny, uosabiający bardziej tęsknoty za polityką mniej partyjną niż rzeczywiste preferencje wyborcze. Na sondaże z ostatnich tygodni i dni trzeba jednak patrzeć z dużą powściągliwością, gdyż pokazują one głównie zamęt. Na razie nikt nikogo nie pogrążył, nikt zasadniczo nie stracił ani nie zyskał. Ogólna stabilizacja ciągle się utrzymuje, ale też wszyscy mają świadomość, że rozgrywka dopiero się zaczyna. Efekty politycznych kryzysów w badaniach opinii publicznych objawiają się zazwyczaj z pewnym opóźnieniem. Przynajmniej miesięcznym.

Prezydentura nie decydująca

Nazwanie sytuacji nie oznacza jednak, że wyciągnięto wszystkie wnioski i podjęto już decyzje. Na razie Tusk przejął inicjatywę, ale widać, że próbował ratować to, co dało się doraźnie ratować, przede wszystkim wzmacniał swoją pozycję i rozpoczął porządkowanie klubu parlamentarnego, który rzeczywiście będzie mu bardzo potrzebny. Od dawna było wiadomo, że klub jest słabym punktem Platformy, że gubi się w sytuacjach trudnych, że nie potrafi działać bez wytycznych. Zbigniew Chlebowski, przy całej swojej pracowitości, a także ambicjach, miał za słabą pozycję w partii, by podejmować decyzje. Dlatego tak często musiał połykać własny język (jak w sprawie ustawy medialnej).

W Sejmie rzeczywiście potrzebny jest Schetyna, potrzebni są inni. To odwieczny problem wszystkich partii z krótkimi ławkami kadrowymi, że gdy czołówka idzie do rządu, kluby parlamentarne więdną. PO nie może sobie obecnie pozwolić na słabą reprezentację parlamentarną, na ścieranie się ambicji Janusza Palikota z aspiracjami przybierającego majestatyczne pozy Jarosława Gowina. Musi wypracować kompromis między skrzydłami, co praktycznie oznacza zrzucenie z porządku dnia wszystkich kwestii spornych, w rodzaju ustawy o zapłodnieniu in vitro. Po to musi mieć lidera także w parlamencie.

Zmiany w rządzie, choć zawsze wywołują zainteresowanie, mają w obecnej sytuacji w gruncie rzeczy charakter drugorzędny. Ważna jest strategia, a ta powstawać musi właśnie na styku – gabinet polityczny premiera, klub parlamentarny, marszałek Sejmu. Być może należy nawet mówić o triumwiracie: Tusk–Komorowski–Schetyna. Strategia nie polega jednak na tym, jak bez większych strat przejść przez komisję śledczą, która najpewniej obradować będzie minimum rok, a więc przez całą kampanię, ale co politycznie robić dalej. Utarło się przekonanie, że jedynym celem Donalda Tuska w polityce jest prezydentura, a partia jest tylko i wyłącznie maszyną mającą wynieść go do władzy. A potem niech się nawet rozpadnie, co byłoby dla innych zdarzeniem pożytecznym, bo pojawiłaby się możliwość nowego skonfigurowania sceny politycznej.

Otóż stwierdzenie, że prezydentura to cel jedyny, nie jest opisem prawdziwym. Dla Donalda Tuska istnienie PO nie jest czymś, co „zdarzyło się” na drodze do prezydentury. To jest także wartość samoistna. PO jest dziś największą partią centroprawicową w Europie. Ma ważne miejsce w gronie europejskich ugrupowań ludowych, jest istotnym instrumentem budowania pozycji Polski w Europie i jest ciągle jeszcze maszyną wygrywającą wybory krajowe. Czym dla Tuska jest PO, widać było podczas sobotniego posiedzenia Rady Krajowej PO, kiedy to bezlitośnie łajał tych, którzy, jak dawał do zrozumienia, do partii przyszli dla posad, pieniędzy i załatwiactwa.

W kręgach skupionych wokół premiera od dość dawna ścierają się różne koncepcje. Kryzys sprawił, że zaczęto je artykułować wyraźniej i głośniej. Jedna z nich mówi – niech Tusk zrezygnuje z ubiegania się o prezydenturę, niech bije się o nią Komorowski, a Tusk niech zostanie premierem i walczy o kolejne parlamentarne zwycięstwo, bo tylko on może to zrobić. Donald Tusk tej koncepcji – jak się wydaje – nigdy do końca nie odrzucał. Dziś staje się ona poważnym tematem do przemyślenia.

Druga, bardziej oczywista, wynikająca z sondaży, nakazywała ubiegać się o prezydenturę, z całą świadomością, że partia popadnie w kłopoty. Stąd między innymi wahania, kto miałby być następnym premierem, czy tej funkcji nie powinien objąć Jan Krzysztof Bielecki, kandydat najbardziej naturalny, który i tak jest jednym z nieformalnych doradców Tuska, gdyż ich wzajemne zaufanie wytrzymało próbę czasu. Wiele będzie zależeć od tego, jaki polityczny sztab uformuje teraz wokół siebie Donald Tusk. Bardziej polityczny czy bardziej piarowski. Dotychczasowa formuła rządzenia w znacznej mierze zużyła się, także na skutek pewnego naturalnego zmęczenia po dwóch latach sprawowania władzy. I dziś bardziej niż kolejna rekonstrukcja rządu potrzebna jest PO rekonstrukcja politycznego myślenia.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj