Ośmioletnia męczennica

Jak to było w PRL, kiedy chciało się wyjechać poza granice ukochanej ojczyzny? Paszport spoczywał na półkach odpowiedniej instytucji, skąd można było go ewentualnie wydobyć, ukazując odpowiednie zaproszenia, zaświadczenia i poświadczenia, które wystarczały albo i nie. W moim osobistym przypadku na ogół nie, gdyż w latach 1968–72 i potem 1974–79 miałem „plombę na papier”, czyli zakaz wyjazdu z kraju.

Nie bardzo zazdrościłem uprzywilejowanym, z dokumentem już w rękach, gdyż wtedy dopiero zaczynała się droga przez mękę. Były wprawdzie konsulaty (kraje skandynawskie, Grecja, Austria), gdzie rzecz przebiegała mniej więcej sprawnie, ale już urzędnicy Stanów Zjednoczonych brali chętnych do wojażowania (co się ponoć i dzisiaj nie zmieniło) na policyjne przesłuchania, podczas których i o intymne sprawy wypytywał obleśny urzędas „dyplomata”. W konsulacie niemieckim, francuskim czy szwajcarskim takich szykan nie było, za to pochód oczekujących (szczególnie w okresie gierkowsko-kartkowym) ciągnął się i na pół kilometra.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj