Z ministrem Michałem Bonim o organizacji pogrzebów smoleńskich w 2010 roku
Tamta mgła wraca
Michał Boni, minister w Kancelarii Premiera, o tym, co się działo po katastrofie, swojej najtrudniejszej rządowej misji organizowania uroczystości, otwieranym po pogrzebie prezydenckim sarkofagu oraz o swoich snach
Michał Boni w swym gabinecie w Kancelarii Premiera.
Leszek Zych/Polityka

Michał Boni w swym gabinecie w Kancelarii Premiera.

Michał Boni z ramienia rządu koordynował przygotowaniami do pogrzebów ofiar katastrofy smoleńskiej.
Grzegorz Press/Polityka

Michał Boni z ramienia rządu koordynował przygotowaniami do pogrzebów ofiar katastrofy smoleńskiej.

Warszawa - Okęcie. Powitanie trumien z ciałami ofiar katastrofy. Pierwszy z prawej Michał Boni.
Marcin Dławichowski/Forum

Warszawa - Okęcie. Powitanie trumien z ciałami ofiar katastrofy. Pierwszy z prawej Michał Boni.

Jacek Żakowski: – Śni się panu katastrofa smoleńska?
Michał Boni: – Rok temu, w połowie kwietnia, po pierwszych pogrzebach, śniły mi się ciągle werble i orkiestry wojskowe. Nie wiedziałem kto, co, jaki to pogrzeb. Ale jak tylko zasnąłem, te werble i marsze wracały. A potem, kiedy 24 kwietnia pojawiła się sprawa nierozpoznanych szczątków, zaczęły mi się śnić ciała.

Jakie ciała?
Leżące na moich kolanach. Jakby rannych, umierających ludzi. Taka pieta. Po pewnym czasie te ciała się rozpadały. Znikały.

To były konkretne osoby?
Nie. Ciała bez tożsamości. Dłuższy czas nie mogłem się uwolnić od tego wracającego snu.

Bał się pan?
Wiedziałem, że to się zdarza. Nazywa się to PTSD, czyli zespół stresu pourazowego.

Minęło?
W takiej formie minęło. Ale lęk co jakiś czas wraca.

Jaki lęk?
Na przykład przed pójściem na uroczystości 10 kwietnia.

Nie pójdzie pan?
Może na rozmowę z min. Sasinem. Bo mam dla niego dużo prywatnego szacunku za to, jak się po katastrofie zachował. Publicznie swoje w sprawie Smoleńska zrobiłem. Zostały rachunki prywatne.

Jakie rachunki?
Wyłączone numery w spisie telefonów.

Ja też nie skasowałem żadnego smoleńskiego numeru w moim telefonie.
Mam dreszcze, kiedy na taki numer trafiam. Ale łatwiej znieść te dreszcze, niż skasować.

Co pan robił 10 kwietnia 2010 r. o godzinie 8.56 rano?
Byłem na Mazurach. Sobotni poranek. Wiosna. Dzwoni urzędnik z Centrum Informacyjnego Rządu. Mówi, że samolot z delegacją rządową miał wypadek w Smoleńsku. Jeszcze nie bardzo wiadomo, co się stało. Włączam TVN24. Po paru minutach zostawiam dzieci i na sygnale jadę do Warszawy. Od Pawła Grasia i Tomka Arabskiego dowiaduję się, że jest zwołana Rada Ministrów. Przebieram się. Jadę do kancelarii. Prosto na posiedzenie rządu.

Jak ono wygląda?
Zaczyna się chwilą ciszy. Premier kamiennym głosem mówi, co się stało.

Już wiecie, że wszyscy nie żyją?
Wiemy, że nie żyją. Wiemy, że trzeba wysłać nasze ekipy i uruchomić Komisję Wypadków Lotniczych. To jest zadanie ministra infrastruktury. Minister obrony uruchamia zespół do oceny wypadku, bo piloci byli wojskowi. Premier powołuje zespół mający się zająć koordynacją działań.

A pan?
Przed Radą Ministrów mieliśmy z premierem krótką rozmowę o tym, że trzeba myśleć zwłaszcza o rodzinach. O ich potrzebach psychologicznych, materialnych, logistycznych, prawnych. Premier prosił, żebym to koordynował. Mówił, że państwo musi zrobić wszystko, co do niego należy, i być maksymalnie niewidoczne. Mamy działać bez szwów.

Od czego pan zaczął?
Od listy ofiar. Do każdej rodziny trzeba było dotrzeć. Każdej przydzielamy urzędnika, który ma być jej opiekunem, przewodnikiem, łącznikiem z biurokracją. A ABW dostaje zadanie błyskawicznego zebrania DNA. Bo specjaliści od katastrof lotniczych mówią nam, że w wielu przypadkach to może być jedyny sposób identyfikacji. W ciągu doby zebraliśmy materiał genetyczny od 91 rodzin. Kiedy późnym wieczorem premier wraca ze Smoleńska i zdajemy mu pierwsze relacje, już widać, że maszyna pracuje.

Decyzja o wyjeździe premiera zapadła na posiedzeniu rządu?
To było oczywiste. Do uzgodnienia była tylko godzina. Przekazaliśmy Jarosławowi Kaczyńskiemu informację, że jest dla niego miejsce w rządowym samolocie. Z wylotem czekaliśmy na odpowiedź. Kiedy przyszła wiadomość, że Jarosław Kaczyński poleci na własną rękę, premier, wraz z kilkoma ministrami, jedzie na lotnisko.

Dlaczego pan nie poleciał?
Miałem inne zadania. Na przykład szybko zdaliśmy sobie sprawę, że z zagranicy ciała muszą być przewożone w specjalnych, tak zwanych trumnach konsularnych. Okazało się, że MON ma dwie czy trzy. Wieczorem wysyłamy je CASĄ do Moskwy. Trzeba zdobyć pozostałe. Takie trumny robi się we Włoszech. W niedzielę wieczorem i później przez poniedziałek – przez Austrię i Słowację – trumny jadą do Polski. Kanałami dyplomatycznymi prosimy oba kraje o pomoc w szybkim przejeździe transportu. W poniedziałek trumny są w Warszawie. Trzeba je zawieźć samolotem do Moskwy. Do CASY się nie zmieszczą. Pierwszy raz uruchamiamy duży natowski samolot transportowy, który stacjonuje na Węgrzech. Polska może nim wylatać 150 godzin rocznie. We wtorek trumny są już w Moskwie.

A rodziny?
W niedzielę łącznicy nawiązują z nimi kontakt. Trzeba ustalić, kto poleci do Moskwy identyfikować ciała. Psychologowie ostrzegają, że w przypadku katastrof lotniczych ze względu na stan zwłok to jest bardzo trudne doświadczenie. Część rodzin się waha.

Rozmawia pan z nimi?
Tylko z tymi, którzy sami do mnie dzwonią po radę albo pomoc. Dużo rozmawia minister Jacek Cichocki i minister Jerzy Miller – tam w Novotelu koło lotniska, a także Ewa Kopacz w Moskwie.

Czytaj także

Ważne w kraju

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj