szukaj
Rabusie, fałszerze, przemytnicy
RAPORT: Czarny rynek sztuki
Dzieła sztuki można tworzyć, kontemplować, kolekcjonować. Ale też można je kraść, przemycać czy podrabiać. Są one świadectwem wzlotów ducha, ale też wyzwalają uczucia najniższe: chciwość czy zazdrość. Zaś obok narkotyków i broni stanowią trzecie co do skali źródło największych na świecie nielegalnych dochodów. Coraz częściej jest to także polski problem.

Tekst archiwalny.  Polityka - nr 47 (2428) z dnia 2003-11-22; s. 3-9

***

W Polsce każdego roku popełnia się około tysiąca przestępstw, których wyłącznym celem jest zabór dóbr kultury. Przestępców wypada podzielić na kilka kategorii. Pierwsza, to zwykli złodzieje domowi, zabierający dzieła sztuki niejako przy okazji, wraz z futrem, telewizorem i pieniędzmi. Co ciekawe, dawniej na ogół lekceważyli antyki, dziś grabią je bardzo skwapliwie. Droga wiedzie później z reguły do pasera lub na bazar.

Poszukiwanie tak utraconych obrazów czy sreber jest jednak bardzo trudne, a to głównie za sprawą braku odpowiedniej dokumentacji. Tylko czasami udaje się na zdjęciach z rodzinnych uroczystości wypatrzyć w drugim tle, na ścianie, utracony obraz. To trochę za mało, by próbować odszukać go na rynku sztuki. Tym bardziej że przeciętny rodak okradziony z rodzinnych pamiątek wykazuje wyjątkową ignorancję; zazwyczaj nie wie, czyjego autorstwa był skradziony obraz, a bywa, że nawet nie potrafi dokładnie opisać policjantom, co przedstawiał.

Osobna grupa to złodzieje kościelni. Przez całe dziesięciolecia polowali przede wszystkim na przedmioty z metali szlachetnych po to, by je przetopić i sprzedać na złom. Można przypuszczać, że swój los zakończyła smutnie w piecu także ważąca 7,5 kg przepiękna i unikalna złota monstrancja skradziona w 1981 r. z kościoła w Świętej Lipce.

Ponieważ jednak w kościołach przechowuje się coraz mniej srebrnych kielichów i lichtarzy, to i złodzieje zmieniają zainteresowania. W ostatnich latach nastała moda na dekorowanie mieszkań rzeźbami aniołków i świętych. Efekt? Złodzieje masowo ograbiają z nich polskie kościoły. O ile jeszcze w 2001 r. zginęło ich 127, to rok później już 259. Wiele z nich nie ma wielkiej wartości artystycznej i żal tylko ogołoconego ołtarza lub ambony. Ale zdarzają się także straty dotkliwe, jak kradzież dziewięciu XVIII-wiecznych figurek z kościoła w Rogalinku (wartych ok. 136 tys. zł) czy trzech rzeźb z XVI i XVII w. z kościoła w Grzebsku (135 tys.).

Kategoria kolejna to złodzieje-zawodowcy. Są świetnie przygotowani, bywa, że działają na konkretne zamówienie, ich łupem padają najcenniejsze dobra kultury i najczęściej błyskawicznie wędrują za granicę. Biblię weimarską, wyniesioną w nocy z 26 na 27 listopada 1991 r. z pałacu w Pszczynie, zarekwirowano na granicy czesko-niemieckiej zaledwie kilkanaście godzin później, a wartościowe obrazy zrabowane ze Śmielowa w 1989 r. odnajdywano w następnych latach kolejno w Berlinie, Hadze i Wiedniu. Do Niemiec trafiły starodruki skradzione w 1999 r. z Biblioteki Jagiellońskiej.

Zawodowcy kradną zewsząd. Z kościołów wynoszą obrazy. To na ich konto należy zapewne zapisać zniknięcie przypisywanego Rubensowi „Zdjęcia z krzyża” z Kalisza (1973 r.) czy przypisywanej Cranachowi „Matki Boskiej z Dzieciątkiem” z Sulmierzyc (1995 r.). Obu nie odnaleziono. Coraz częściej ograbiają też prywatnych kolekcjonerów. Przez wiele lat najgłośniejsza była sprawa kradzieży „Portretu kobiety”, przypisywanego Dürerowi, i zamordowania właściciela obrazu (1965 r.). Tamto wydarzenie przyćmiła jednak seria włamań do mieszkań krakowskich kolekcjonerów w latach 1997–1998. W dwudziestu rabunkach zginęło ponad 150 cennych eksponatów. Zmasowane działania policji sprawiły, że większość z nich odzyskano, a złodziei złapano.

Ale hydra się odradza, o czym świadczą kolejne spektakularne skoki z 2002 r. W kwietniu z mieszkania w Krakowie wyniesiono wycenioną na 6–8 mln zł kolekcję miniatur z kości słoniowej. Trzy miesiące później w Warszawie dokonano rabunku wielkiego zbioru obrazów (100 sztuk), sreber i biżuterii, oszacowanego przez właściciela na 20 mln zł. Duże kradzieże zdarzyły się ostatnio także w Lublinie i Koszalinie.

Stosunkowo najrzadziej złodzieje atakują muzea. Ale jeżeli już się decydują, straty są dla narodowej kultury bardzo bolesne. Przypomnieć więc należy „Ukrzyżowanie” van Dycka i „Kobietę przenoszącą żar” Breughla, z którymi rozstało się Muzeum Narodowe w Gdańsku (1974 r.), czy 14 cennych dzieł z Muzeum Sztuki w Łodzi (nie odzyskano tylko rzeźby Rodina). Po raz ostatni opinię publiczną zelektryzowała grabież „Plaży w Pourville” Moneta z Muzeum Narodowego w Poznaniu (2000 r.). – Skradzione dzieło sztuki, które trafia na rynek sztuki, wcześniej czy później można namierzyć – zapewnia Piotr Ogrodzki, dyrektor Ośrodka Ochrony Zbiorów Publicznych. – Jeżeli jednak ktoś kradnie na własny użytek, szanse na ujęcie znacznie maleją. Podobnie – trzeba by dodać – gdy odbiorca jest już złodziejowi z góry znany.

Śpiąca woźna i skobelek

Jak ograniczać plagę kradzieży? Przede wszystkim zabezpieczać. Najgorzej jest z kolekcjami prywatnymi. W przypadku wspomnianych obu wielkich kradzieży z ubiegłego roku zbiory nie były ubezpieczone, w domach brakowało alarmów i podstawowych choćby zabezpieczeń. Tak jest zazwyczaj. Kolekcjonerzy, szczególnie ci starej daty, wykazują obezwładniającą wręcz beztroskę w tej sprawie. Jeden z nich (oczywiście prosił o zachowanie anonimowości) przyznaje: – Dość spokojnie zniosłem kradzieże krakowskie. Jako warszawiak myślałem sobie, że mnie to nie dotyczy. Ale ubiegłoroczna grabież w stolicy uzmysłowiła mi, że mogę przecież być następny. Część drobiazgów zdeponowałem w banku, założyłem nowy system alarmowy, rozpocząłem oznakowywanie swoich zbiorów. Ale wiem, że jak mnie wybiorą, to i tak nic nie wskóram. Z drugiej jednak strony aż dziw bierze, że tylko kilku kolekcjonerów w Polsce zdecydowało się zarejestrować swe kolekcje, choć korzyści z tego sporo (fachowe i bezpłatne doradztwo przy zabezpieczaniu, finansowe wsparcie przy konserwacji i skatalogowaniu zbiorów).

Nieco lepiej jest ze zbiorami archiwalnymi, choć dopiero kilka spektakularnych kradzieży z lat 1998–2000 nauczyło bibliotekarzy czujności. Natomiast znacznie poprawia się sytuacja w kościołach i innych obiektach kultu. Przez długie lata uchodziły one za wzór łatwego łupu. Dziś niefrasobliwi proboszczowie zamykający cenne zbiory na symboliczny skobelek należą już do wyjątków. Ta zmiana w myśleniu to efekt wielu przykrych doświadczeń. Ale też podwyższonej czujności kościelnych władz; na przykład biskup płocki wręcz zmusił podległych mu księży do właściwego zabezpieczenia świątyń. Ponadto służby konserwatorskie wytypowały 2,5 tys. spośród 17 tys. obiektów sakralnych, które zasługują na szczególną ochronę i w porozumieniu z władzami kościelnymi je właśnie wzięto pod szczególną opiekę.

Oczywiście najlepiej zabezpieczone są muzea, a niektóre posiadają systemy monitorowania na światowym poziomie.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj