szukaj
Liberalna literatura gimnazjalna
Liberalni gimnazjalni
Składający się z siedmiu książek cykl powieściowy Rafała Kosika „Felix, Net i Nika” to jedyny dzisiaj w Polsce wzorcowy przykład prorządowej i prosystemowej literatury dla młodzieży.
Rafał Kosik, autor książkowego cyklu dla młodzieży 'Felix, Net i Nika'
Marek Wiśniewski/Puls Biznesu/Forum

Rafał Kosik, autor książkowego cyklu dla młodzieży "Felix, Net i Nika"

Na pierwszy rzut oka książki, których łączna objętość osiągnęła w grudniu minionego roku 3229 stron, budzą skojarzenia z „Harrym Potterem” – grube tomy w twardej oprawie z komputerowo narysowanymi głównymi bohaterami na okładce. Z pewnością Kosik – będący zresztą wydawcą własnych książek – wykorzystuje koniunkturę i choć „Felixom” daleko do nakładów „Potterów”, to średni wynik 30 tys. sprzedanych egzemplarzy każdego z tomów cyklu to – na polskim rynku – więcej niż dobrze.

Zarazem właśnie „Felix, Net i Nika” to najbardziej wyraźny znak, że dokonał się proces transformacji ustrojowej w rodzimej literaturze dla młodzieży. Bohaterowie uczą się w prywatnym gimnazjum im. Kuszmińskiego w centrum współczesnej Warszawy. Net Bielecki i Felix Polon to przedstawiciele potomstwa wykształconej klasy średniej – ich rodzice są cenionymi specjalistami (inżynier, informatyk, menedżer, artystka), mieszkają albo we własnym domu na Bielanach, albo w penthousie na szczycie śródmiejskiego apartamentowca.

Jeśli ktoś miałby tu pełnić rolę Harry’ego Pottera, to prędzej Nika Mickiewicz – ambitna sierotka wegetująca w małym mieszkanku na Pradze i ukrywająca śmierć swojego ojca, aby nie zabrano jej do domu dziecka, co przekreśliłoby szanse na kontynuowanie nauki w dobrej szkole. I choć u Niki ujawniają się czasem paranormalne zdolności, to ideą przewodnią cyklu Kosika, w odróżnieniu od Rowling, jest technologiczny racjonalizm, a nie magia. Przyczyną wszelkiego zła okazuje się zaś raz po raz zmutowany system sztucznej inteligencji imieniem Morten, a nie jacyś magiczni śmierciożercy i ich wódz Voldemort. Choć zdarzają się rzeczy niesamowite, to zazwyczaj mają swoje naukowe wyjaśnienie, jak to z zasady bywa w science fiction.

„Felix, Net i Nika” to zarazem nieustający festiwal gadżeciarstwa. Czterdzieści lat temu w „Stawiam na Tolka Banana” Adam Bahdaj wzbudzał podziw swoich czytelników zastosowanym przez Szymka Krusza jednym prostym zestawem walkie-talkie. W cyklu Kosika (sam autor, obecnie 38-latek, studiował architekturę, której nie skończył, bo wchłonęła go reklama) nastoletni inżynierowicz i informatykowicz wyniesioną z rodzinnych domów wiedzę pożytkują sprawnie i w książkach roi się od cybermuch, penetratorów, yoyobotów, mikrobotów, kolcobotów i innych – z wirtualnym kolegą-programem Manfredem oraz robotem o podwójnym imieniu Golem Golem na czele.

Nalewka z zapominajek

Podobnie jak w przypadku Joanne K. Rowling dorosłemu czytelnikowi o wiele ciekawsza od wątków fantastyczno-przygodowych wydaje się warstwa obyczajowo-społeczna cyklu Kosika. W całej współczesnej literaturze polskiej zdaje się być najdoskonalszą syntezą wyborów wykształconych przedstawicieli pokolenia autora. Czynione jest to w dużej mierze z zacięciem satyrycznym.

Ogólnie rzecz biorąc, Kosik propaguje dostatek, ale z umiarem. Rodzice Felixa i Neta jeżdżą starym Saabem albo starym Landroverem. Ostentacyjnie nie uczestniczą w promocyjnych konkursach w marketach, bo posiadają już roboty kuchenne kupione za własne pieniądze. Warstwę ludzi, którzy mają więcej kasy niż kultury, określają mianem buconerii, bucem jest dla nich także sąsiad jeżdżący tuningowanym autem. Nawet biedna Nika chodzi wyłącznie w oryginalnych martensach, bo to markowe i wytrzymałe buty.

W opisach gimnazjum im. Kuszmińskiego, do którego uczęszczają Felix, Net i Nika, raz po raz autor podejmuje batalię przeciwko lenistwu i niekompetencji nauczycieli, czując się skądinąd do tego uprawniony jako reprezentant rodziców płacących czesne (dla jego podniesienia chciwa dyrekcja chce wykorzystać każdą nadarzającą się okazję, jak na przykład zdobycie certyfikatu unijnego, co dla Kosika jest okazją do satyry na eurobiurokrację i idiotyczne normy). Szczególnie dostaje się bibliotekarce, która jak cerber strzeże książek przed uczniami, przynudzającemu historykowi, zmuszającej do wkuwania na pamięć nauczycielce geografii i nauczycielowi informatyki, którego wiedza o komputerach zatrzymała się na 3,5-calowych dyskietkach. Wszystkich ich autor wykpiwa. Szacunek bohaterów wzbudza za to fizyk, podpierający swoje wykłady atrakcyjnymi doświadczeniami, oraz biolog-eksperymentator, którego kreatywność (jego wynalazki jak nalewka z zapominajek czy roślina o nazwie bekonia stanowią o najbardziej zabawnych szkolnych scenach) pozwala wybaczyć nawet niechlujny wygląd, piętnowany u innych nauczycieli.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj