szukaj
Sporny "Jan Karski"
Książka "Jan Karski": literatura kontra dokument
Na łamach "Le Monde" trwa zacięta dyskusja na temat wydanej we Francji książki Yannicka Haenela "Jan Karski". Głównym oskarżycielem - Claude Lanzmann, twórca słynnego filmu "Shoah" z roku 1978.
Jan Karski
E. Thomas Wood/Wikipedia

Jan Karski

Przypomnijmy, że "Jan Karski" to powieść o bardzo nietypowej budowie. Składa się z trzech części: pierwsza to relacja z wypowiedzi Karskiego w filmie "Shoah" Claude'a Lanzmanna, druga streszcza "Tajne państwo - Opowieść o polskim podziemiu" - książkę Karskiego (obie nie mają charakteru powieści). Dopiero trzecia jest pełną fikcją literacką opowiadającą o losach Karskiego po przybyciu do USA i po wojnie. To ten trzeci rozdział „Jana Karskiego” tak ostro atakuje Lanzmann.

Zarzuty fimowca są wielkiego kalibru: książka ma "fałszować historię i jej protagonistów", jest "fałszywą powieścią", "obsceniczną" i "nieuczciwą". To tylko niektóre z epitetów użytych przez Lanzmanna. Według niego Haenel popełnia świętokradztwo wyobrażając sobie myśli i sądy samego Karskiego, dopisując własny sąd o historii, roli aliantów w Zagładzie i łagodząc przejawy polskiego antysemityzmu – bo przecież jeśli w okupowanej przez hitlerowców Polsce był choćby tylko ten jeden Karski, to nikt nie może twierdzić, że polski antysemityzm to najgorsze piekło, w dodatku wyssane z mlekiem matki.

Haenel broni się twierdząc, że Lanzmann "nie rozumie literatury". Uważa, że nie tylko może, ale wręcz ma obowiązek wobec pamięci po wymordowanych w Holokauście Żydach przypominać o ich losach w formie właśnie literackiej fikcji. Oskarża też Lanzmanna, że ten oszukał samego Karskiego. Zapraszając go do wzięcia udziału w filmie obiecał, że przedstawi "jak wiele dla ratowania Żydów zrobili Polacy", po czym wypowiedzi samego Jana Karskiego zredukował do minimum.

Na tychże łamach "Le Monde" probuje godzić obu artystów historyk Anette Wieviorka z paryskiej Sorbony, specjalistka od tematyki Zagłady. Przyznaje ona wiele racji Lanzmannowi. Przykładowo, nie ma dowodów na to, że Roosevelt wolał marzyć o wdziękach swej sekretarki niż słuchać strasznych opowieści Karskiego. Jednak przyznaje również i pisarzowi prawo do własnej artystycznej wizji i interpretacji historii, jeśli ta pobudza czytelnika do refleksji i wzmacnia jego wyobraźnię.

Echa sporu będą zapewne dochodziły do nas jeszcze długo. Poza historykami zapewne wypowiedzą się jak zwykle politycy. I chyba dopiero wtedy zacznie się prawdziwy bal...

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj