Cormac McCarthy: optymiści kontra pesymista
Post-apokalipsy
Fenomen prozy Cormaca McCarthy’ego oraz różne wizje przyszłości gatunku ludzkiego analizuje w swym eseju dla POLITYKA.PL pisarz Szczepan Twardoch.
Cormac McCarthy na premierze 'Drogi'
PNP/WENN.com/BEW

Cormac McCarthy na premierze "Drogi"

Viggo Mortensen, jako bohater ekranizacji 'Drogi'
materiały prasowe

Viggo Mortensen, jako bohater ekranizacji "Drogi"

Do kin właśnie trafia film „Droga” na podstawie prozy Cormaca McCarthy’ego. To kolejna – po fenomenalnej „To nie jest kraj dla starych ludzi” braci Cohen – próba przeniesienia książek tego autora na srebrny ekran. Nad adaptacją jego kolejnej powieści – „Krwawego południka” – pracuje już Riddley Scott.

Krytycy literatury od lat zachwycają się kolejnymi utworami McCarthy’ego, uznawanego dziś za jednego z najzdolniejszych amerykańskich pisarzy. Aby zrozumieć, na czym polega niezwykła siła przyciągania jego prozy, trzeba spojrzeć na dwa kierunki, bardzo silnie zakorzenione we współczesnej kulturze. Dotyczą one – mówiąc najogólniej – przyszłości rodzaju ludzkiego. Zwolennicy pierwszego wieszczą nadejście kolejnego złotego wieku. Zwolennicy drugiego – apokalipsę.

1.

Raymond Kurzweil, amerykański naukowiec – informatyk i futurolog, wynalazca i biznesmen, wierzy, że będzie żył wiecznie. I nie są to rojenia wariata: Kurzweil to człowiek, którego trzeba traktować poważnie, dowiódł tego odnosząc błyskotliwe sukcesy w każdej z dziedzin, jakimi się zajmował: czy było to projektowanie syntezatorów muzycznych, oprogramowania rozpoznającego ludzki głos, pisanie bestsellerowych książek czy – rzecz rzadka! – celne prognozy futurologiczne . W każdym razie, stosuje Kurzweil ścisłą dietę –– tj. w ogóle nie spożywa cukru, drastycznie ograniczył tłuszcz, je dużo warzyw i chudego mięsa, pije dużo wody o odczynie zasadowych, sporo zielonej herbaty oraz czerwonego wina. Dietę łączy z chemiczną kuracją mającą całkowicie przebudować biochemiczne mechanizmy w jego ciele (przyjmuje podobno codziennie ponad 200 różnych substancji), z ćwiczeniami – i twierdzi, że bez problemu powinien dożyć 150 lat. A ten wiek, jak sądzi, pozwoli mu dożyć czasów, w których przy użyciu różnych technologii – albo nieistniejących, albo znajdujących się dziś w powijakach, jak np. nanotechnologia – uda się, nie wgłębiając się w szczegóły, przeszczepić ludzką świadomość, a więc to co określa człowieka – w odpowiednio złożony komputer.

Pozostawiając z boku różnice, podobną wiarę żywi też Frank J. Tipler; ten, w przeciwieństwie do Kurzweila, nie wyznacza dokładnej daty nadejścia technologicznej Osobliwości, ale żywi potężne przeświadczenie, że na końcu czasów wszyscy ludzie zmartwychwstaną: tj. zostaną odtworzeni jako programy, symulacje, w wielkim komputerze, który zaabsorbował i uporządkował całą materię wszechświata. Tipler nie obawia się tutaj budować analogii z chrześcijaństwem: dowodzi, że tomistyczna dusza to po prostu inne, bo średniowieczne określenie na software animujące (właśnie – animujące!) nasze cielesne hardware. Wieczny wszech-komputer u końca czasów uznaje po prostu za Boga, który jest nawet w pewnym sensie transcendentny wobec świata, czy światów, które w swym informatycznym wnętrzu symuluje. I przypomina nawet, że biblijne „ehie aszer ehie”, to „jestem jaki jestem”, jak się to popularnie tłumaczy, lecz raczej „będę jaki będę”, w czasie przyszłym.

Wiarę Kurzweila i Tiplera w taki czy inny sposób popiera cała rzesza zwolenników transhumanizmu: najnowszej odsłony optymistycznej wiary w postęp. A skoro w postęp, to w istocie w człowieka, człowieka, który zdolny ma być do przezwyciężenia swojej cielesności, śmiertelności, ograniczeń intelektualnych i fizycznych. Może brzmi to bluźnierczo: ale nie zapominajmy, że, jak pisze o tym Thorwald w „Stuleciu chirurgów”, jeszcze sto siedemdziesiąt lat temu bluźnierczo brzmiała myśl, że można nie umierać na kamicę, że kobieta może przeżyć cięcie cesarskie, że operacje mogą być bezbolesne, bo pod narkozą, że ropienie i zakażenie ran nie jest naturalnym przebiegiem procesu gojenia i można go uniknąć przez zwykłe odkażanie rąk chirurga i narzędzi chirurgicznych.

Może więc przynajmniej jeden z dwóch: genialny wynalazca i naukowiec Kurzweil, albo wybitny fizyk Tipler – może przynajmniej jeden z nich ma rację i rodzaj ludzki czeka przyszłość bez cierpienia, raj na tym świecie, jakkolwiek może nie będzie to już „ten świat”. 

2.

Survivalism, jak to się po angielsku nazywa, nie ma wiele wspólnego z kwitnącą kilka lat temu, a teraz jakby przygasłą modą na tzw. surwiwal – czyli, ogólnie rzecz biorąc, biwakowanie opakowane w quasi-militarną otoczkę tak, aby nadawało się na zorganizowanie firmowego wyjazdu integracyjnego.

Amerykański survivalism to koncepcja poniekąd polityczna, wywodząca się z kręgów radykalnej prawicy, która często rząd w Waszyngtonie określa akronimem ZOG – od inicjałów Syjonistycznego Rządu Okupacyjnego, chociaż pojawiają się w niej również wątki lewicowe, ekologiczne, z tradycji „Waldena” Thoreau – a tradycja obywatelskiego nieposłuczeństwa jest dla antyfederalistycznej prawicy i lewicy wspólna. Opiera się zasadniczo na pesymistycznej wizji przyszłości: pojawiają się różne scenariusze katastrofy pojawiają się bardzo różne, od zawsze aktualnej wojny nuklearnej, przez uderzenie komety, katastrofalne, ogromne załamanie ekonomiczne, nagłą pandemię nieznanej wcześniej choroby – żeby wymienić tylko te najpowszechniejsze. W każdym razie, założenie podstawowe jest takie, że katastrofa ta niszczy cywilizację, zaś ludzie, którzy przetrwają, znajdują się w hobbesowskim stanie wojny wszystkich przeciwko wszystkim.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj