Seks, Kościół i inne "diabły"
Po lekturze "Diabłów z Loudun" Huxleya
I oto są nareszcie, "Diabły z Loudun" Aldousa Huxleya, w polskim tłumaczeniu. Długo musieliśmy czekać, bowiem książka premierę światową miała już w 1952 r.
Fragment okładki 'Diabłów z Loudun' Huxleya (wyd. PIW)
PIW/materiały prasowe

Fragment okładki "Diabłów z Loudun" Huxleya (wyd. PIW)

Urbain Grandier, postać historyczna
Wikipedia

Urbain Grandier, postać historyczna

"Diabły z Loudun", które do tej pory kojarzyć się mogły polskiemu odbiorcy głównie z operą Krzysztofa Pendereckiego o tym samym tytule czy filmową adaptacją Kena Russella ("Diabły" z 1971 r.), nie są w żadnej mierze fikcją literacką, a bogato udokumentowanym, fabularyzowanym konglomeratem tych wszystkich okropności, jakie (by zacytować Zofię Nałkowską z "Medalionów") ludzie – ludziom zgotowali w XVII-wiecznej Europie.

Loudun, niewielka mieścina w zachodniej części Francji, zabobonem i nierządem (głównie katolickiego kleru) stoi. Dodajmy, że rzecz dzieje się w czasach, gdy kolegia jezuickie były traktowane jako elementy nazbyt rewolucyjne (solidnie wykształceni jezuici wyróżniali się in plus na tle niedokształconych pedagogów z rózgami w rękach). To czasy i Kartezjusza, i  medycyny humoralnej, i aptek z takimi specyfikami, jak zwierzęce pęcherze czy ludzkie zęby. Czasy, gdy dokonania Newtona współistniały na równi z proszkiem sympatycznym i leczniczą wężową skórką.

O co tu, do diabła, chodzi?

Na tym tle pojawia się on, Urbain Grandier, katolicki ksiądz, który - nie bacząc na nic - pnie się w hierarchii kościelnej w zawrotnym tempie. Uwodząc przy okazji, wykorzystując seksualnie, a następnie porzucając zapatrzone w niego niewiasty. Po drodze pojawia się jakaś niechciana ciąża, czyjeś złamane serce, ale póki co wszystko w (obowiązującej podówczas) normie. "Seks łatwo bowiem łączy się z religią", jak pisze Huxley. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy zostają zranione uczucia "naczelnej" Urszulanki, siostry Jeanne (prototyp Iwaszkiewiczowskiej Matki Joanny od Aniołów). Ta, powodowana chęcią zemsty, obmyśla niewinną na pozór intrygę, która w efekcie wywołała mały koniec świata w Loudun, łamiąc niejedno ludzkie życie.

Oskarżenie rozwiązłego proboszcza Grandiera o rzucanie seksualnych (ergo: diabelskich) uroków na Bogu ducha winne białogłowy wprawiło w ruch potężną machinę. Napędzana głupotą – by zacytować Huxleya - "rzeszy katolickich analfabetów" oraz przepychankami na szczytach władzy kościelnej i świeckiej (z kardynałem Richelieu na czele), doprowadziła do najgłośniejszego w historii procesu o czary (17 rzekomo opętanych zakonnic), konszachty z diabłem i w efekcie do spalenia na stosie niewinnego - przynajmniej w kwestii czarnej magii - człowieka.

"Dzieje spirytualizmu dobitnie dowodzą, że fałszerstwo, zwłaszcza fałszerstwo nabożne, świetnie daje się pogodzić z wiarą" – pisze Huxley. XVII wiek to zresztą czas powszechnego traktowania magii jako czegoś oczywistego, wpisanego w codzienność. Po stronie wierzących w czary stał nawet sam Francis Bacon (o ironio, jeden z twórców empiryzmu), dlatego też nie powinno dziwić, iż opisana w książce historia mogła się wydarzyć nawet w Loudun, uchodzącym za twierdzę "oświeconego" protestantyzmu.

Ponura komedia

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, można by rzec. Dzięki widowiskowemu procesowi Grandiera życie w ospałej mieścinie zaczęło od tamtej pory kwitnąć, noclegownie pękały w szwach. Każdy chciał być widzem egzorcyzmów. Ba, za „szczególnie nadprzyrodzone” występy co bogatsi turyści hojnie sypali groszem do kościelnej sakwy. W sukurs przychodzili im biorący udział w procesie sędziowie istniejącego podówczas apelacyjnego sądu objazdowego, którzy niczym się nie różnili od wędrownej trupy, bawiącej gawiedź.

Połowa mieszkańców Loudun do owej "zabawy" przyłączyć się nie chciała, stając po stronie niesłusznie skazanego proboszcza. Jednak nie dość, że ich zdanie nie zostało wzięte pod uwagę, to jeszcze zostali kościelnie potępieni za... niewystarczającą wiarę w diabły. Nie dziwota więc, że sprawę Grandiera Huxley nazywa "ponurą komedią", bo nawet gdy dobiegła końca, "głodne, uciemiężone nieustannym kieratem, dręczone metafizycznym strachem oraz poczuciem winy, nieszczęsne kobiety tęsknie wspominały dobre czasy opętania".

Smutna prawda jest taka, że czarnoksięstwo przestało być problemem społecznym dopiero na początku XVIII w. Dlaczego? Bo było z nim związanych coraz mniej zakazów i nakazów. Gdy stało się "legalne", przestało być podniecające. Jeśli pomyślą Państwo w tym momencie o paleniu papierosów, tzw. miękkich narkotykach czy zakazach z nimi związanych, to bardzo słusznie i po Huxleyowskiemu. Wydarzenia z Loudun są bowiem dla autora tylko punktem odniesienia do czasów obecnych, czy też – szerzej – do całej historii nowożytnego świata i niezmienności rządzących nim prawideł.

Loudun, tu i teraz

"To Zasadnicze Zło znajduje obecnie ucieleśnienie nie w czarownikach i osobach parających się magią [...] tylko w przedstawicielach jakiejś  znienawidzonej klasy czy narodu", czytamy. Tytułowym "diabłem" stać się może wszystko, byle tylko pasowało sprawującym władzę. Tak kościelną, jak i świecką. "Jak uczą nas doświadczenia z takimi świeckimi diabłami jak Żydzi, komuniści i burżuazyjni imperialiści, najlepszym sposobem na utworzenie państwa policyjnego jest nieustanne powtarzanie o zagrożeniach wynikających z istnienia ‘piątej kolumny’".

Nawracanie terrorem, mimo upływu lat, wciąż ma swoich zwolenników, a stygmatyzacja i przemoc nadal rodzą się najczęściej z niewiedzy (bądź na wiedzę w pełni świadomej impregnacji). Z tego też powodu książka Huxleya, tak jak była aktualna 50 lat temu, tak aktualna będzie i za następne półwiecze.

Być może nie do wszystkich przemówi język autora, który czasem porzuca opowieść o perypetiach Grandiera na rzecz pokrętnych (acz bardzo erudycyjnych) wywodów o transcendentnej naturze Bytu. Te przemówią bardziej do serc filozofów i fanów "Drzwi percepcji" (rozważania po-narkotyczne Huxleya) niźli przeciętnych moli książkowych. Ale po "Diabły z Loudun" warto, a nawet trzeba sięgnąć. Bo "Diabły" Huxleya (podobnie jak jego "Nowy Wspaniały Świat") znać trzeba, a "diabły" - umieć rozpoznawać.

 
Aldous Huxley, Diabły z Loudun, PIW, luty-marzec 2010, s. 507

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj