szukaj
"Starcie Tytanów" już w kinach
Z mieczem, ale w sandałach (czyli Herkules w oliwie)
W piątek na ekranach kin pojawia się „Starcie Tytanów”. Hollywoodzka opowieść o Perseuszu ma więcej wspólnego z filmem sandałowym, niż z grecką mitologią.
Starcie Tytanów, najnowsza wersja mitu o Perseuszu
materiały prasowe

Starcie Tytanów, najnowsza wersja mitu o Perseuszu

Kino od dawna wykorzystuje niezwykłą fotogeniczność starożytności. Czy jest bowiem inna epoka, która w filmowym kadrze wygląda wspanialej? W dziesiątkach obrazów mieliśmy okazję podziwiać lśniące białym marmurem strzeliste kolumny. Fora tak szerokie, że bez trudu mieści się na nich cały legion rzymskich legionistów. Albo piękne i tajemnicze egipskie świątynie. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że dwa najlepsze, gwarantujące niemal pewny zwrot kosztów produkcji tematy, czyli przemoc (wysmarowani oliwą gladiatorzy) i seks (skąpo odziane niewolnice obsługujące rzymskich patrycjuszy), realizują się w starożytnych dekoracjach szczególnie atrakcyjnie.

Nic zatem dziwnego, że filmowi twórcy doceniają możliwości, jakie dają im antyczne scenografie. Akcja pierwszego w dziejach kina blockbustera, włoskiej „Cabirii” w reżyserii Giovanniego Pastrone (1914 r.), toczyła się w czasach drugiej wojny punickiej (III w. p. n.e.). Tytułowa bohaterka, porwana jako dziecko przez piratów, ma zostać złożona w Kartaginie w ofierze fenickiemu bogu Molochowi. Zostaje jednak uratowana przez niewolnika Maciste, będącego własnością dzielnego rzymskiego patrycjusza. Nie zabrakło też w „Cabirii” duchowej strawy dla bardziej wybrednych – ponoć scenariusz był inspirowany (chyba jednak bardzo daleko) „Salambo”, skandalizującą powieścią Gustawa Flauberta, a imię Maciste stanowiło trop dla erudytów – pochodzi ono od jednego z licznych przydomków Heraklesa, związanego z kolei z leżącym w Elei greckim miastem Makistos. „Cabiria” wyznaczyła drogę, którą wkrótce podążyło kino historyczne – sceny zbiorowe, przepych dekoracji, erotyka i przemoc oraz odwoływanie się do znanym większości publiczności toposów kulturowych, zarówno tych związanych z historią, jak i mitologią.
   
Warto zresztą zapamiętać imię mocarnego Maciste, bo stanie się on wkrótce postacią niezależną, bohaterem niezliczonych włoskich filmów, których z pewnością nie można nazwać „historycznymi”, masowo produkowanych w latach 1915-1927 (wielki powrót Maciste nastąpi w latach sześćdziesiątych).

Wyścig Ben Hura

Najbardziej wystawne i najdroższe obrazy powstawały oczywiście w Hollywood. W 1925 roku wytwórnia Metro-Goldwyn-Mayer wyłożyła ponad pięć milionów dolarów na produkcję „Ben Hura” (był to najdroższy w historii film niemy). Kiedy kluczowa dla historii Judy Ben Hura scena wyścigu rydwanów okazała się zbyt powolna, rozczarowany Mayer ufundował nagrodę wysokości stu dolarów dla woźnicy pierwszego zaprzęgu – tym razem nie obeszło się bez kilku katastrof, ale scena rzeczywiście zyskała na dynamice, przechodząc do historii kina.

Kolejnym wielkim hollywoodzkim „starożytnym” blockbusterem była „Kleopatra” wyreżyserowana przez mistrza superprodukcji Cecila B. DeMille’a (1934 r.). Wystawna scenografia uwiodła amerykańską publiczność równie skutecznie, jak piękna Egipcjanka Marka Antoniusza w słynnej, zmysłowej scenie na barce Kleopatry. Obraz został nagrodzony Oscarem za zdjęcia. Jednak oprawa przygniotła historię – jeden z najbardziej dramatycznych i kluczowych momentów w dziejach świata został sprowadzony zaledwie do tła romansu królowej i generała. Może dlatego w Europie film przyjęto chłodno. Włoska publiczność, z oczywistych względów zainteresowana tematyką i znająca lepiej kontekst kulturowy i historyczny, „Kleopatrę” po prostu wygwizdała.

W latach trzydziestych i czterdziestych Hollywood porzuciło inspiracje antykiem. W tym czasie film rozrywkowy to przede wszystkim pełne akcji filmy z Ellorem Flynnem, „kino rycerskie”, mumie (Boris Karloff) i wampiry (Béla Lugosi), później pojawia się zaangażowane kino wojenne i cała wspaniała epoka „czarnego kryminału”. Wielkie zyski X Muzie zapewniały gwiazdy, które publiczność chciała oglądać w zbliżeniach, nie było więc potrzeby realizowania monumentalnych historycznych fresków z tysiącami statystów.   

Sześćdziesiąt trzy lwy

Bohaterowie w kusych tunikach powrócili na srebrny ekran w latach pięćdziesiątych. Zdecydowały o tym nowe technologie – przede wszystkim technika CinemaScope, umożliwiająca projekcję filmów panoramicznych. Oraz strach wielkich wytwórni przed konkurencją telewizji. Historyczne megaprodukcje miały przekonać widzów do powrotu do sal kinowych. Plan się powiódł – w 1951 roku triumfy święcił „Quo vadis” (osiem milionów dolarów budżetu, dwa lata produkcji, trzydzieści tysięcy statystów i sześćdziesiąt trzy lwy). Pierwszym obrazem panoramicznym w szerokiej dystrybucji była „Szata” (1953 r.), łącząca wątki biblijne (szata Jezusa) z antycznymi (starożytny Rzym, Kaligula). Główną rolę zagrał Victor Mature, od czasu „Samsona i Dalili” etatowy odtwórca ról bohaterów sandałowych. „Szata” okazała się kasowym sukcesem – film, którego koszt produkcji wyniósł „zaledwie” pięć milionów dolarów, zarobił trzydzieści sześć milionów.

Rok później pojawił się „Egipcjanin”, z drewnianym jak zwykle Victorem Mature, którego nie uratował ani doskonały pierwowzór literacki („Egipcjanin Sinuhe” autorstwa Mika Waltari), ani rola Petera Ustinova. W 1959 roku do kin wszedł monumentalny remake „Ben Hura”, nagrodzony aż jedenastoma Oskarami w najważniejszych kategoriach.

Chyba jednym z najlepszych filmów historycznych tego okresu jest „Spartakus” Stanleya Kubricka (1960 r.) opowiadający o przywódcy najsłynniejszego w starożytności powstania niewolników (w historiografii zwanego trzecią wojną niewolniczą). Największą siłą tego obrazu, poza genialną rolą Kirka Douglasa jako gladiatora i charyzmatycznego przywódcy, jest pokazanie drugiej, ciemniejszej strony stolicy antycznego świata. Po raz pierwszy w kinie tak wyraziście  przedstawiono Rzym  - nie z perspektywy pięknych i bogatych, lecz milionowych rzesz niewolników, pozbawionych wszelkich praw ludzkiej istoty (określanych w ówczesnym prawie jako instrumentum vocale - narzędzie mówiące).

Wbrew pozorom, najwięcej obrazów z gatunku określanego dowcipnie „filmem miecza i sandałów” powstało nie w Hollywood, lecz w Europie. Szczególnie zaś - we Włoszech. Wielką gwiazdą włoskiego kina sandałowego został w latach sześćdziesiątych amerykański kulturysta Steve Reeves, który, z muskularnym torsem wysmarowanym oliwą występował jako Herkules (dwa razy), Eneasz (również dwa razy), Goliat, Romulus, syn Spartakusa a nawet Filippides (słynny ateński biegacz spod Maratonu). Ponoć w szczytowym okresie swojej kariery Reeves był najlepiej opłacanym europejskim aktorem. W tym samym czasie nastąpił też wielki powrót Maciste – nakręcono aż dwadzieścia pięć filmów o przygodach antycznego siłacza. Swojej własnej, choć krótszej, zaledwie dziewięcioodcinkowej serii, doczekał się również Ursus.

Filmus Maximus

Lata siedemdziesiąte, osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte nie były dla miłośników kinowych starożytności łaskawe. Jedynym sandałowym filmem, który warto wspomnieć, jest „Starcie Tytanów” z 1981 r., którego remake właśnie pojawił się na ekranach. Powrót gatunku zapoczątkował nakręcony w 2000 roku „Gladiator” Ridleya Scotta, w którym główną rolę zdegradowanego rzymskiego generała o wiele mówiącym imieniu Maximus zagrał Russel Crowe. Reżyser zdecydował się na stworzenie wielkiego widowiska, wyraźnie nawiązując do stylistyki wykorzystywanej w latach sześćdziesiątych. Z mnóstwem scen trikowych i zbiorowych, monumentalną scenografią i dynamicznymi sekwencjami walki (na przykład wspaniała scena starcia gladiatorów z powożącą rydwanem „amazonką”). „Gladiator” mimo fabularnych mielizn (podobno scenariusz zmieniano i uzupełniano już podczas kręcenia zdjęć, co z resztą widać) podobał się publiczności i krytyce. Zarobił ponad czterysta pięćdziesiąt milionów dolarów (przy budżecie wynoszącym sto trzy miliony). Został też nagrodzony aż pięcioma Oskarami, w tym za najlepszy film i dla najlepszego aktora. Tradycyjnie, mniej zadowoleni byli zaczytani w „Medytacjach” Marka Aureliusza znawcy epoki.

Gdyby tylko wiedzieli, że już za cztery lata przyjdzie im się zmierzyć z Wolfgangiem Petersenem, który – trudno tu użyć innego określenia – „weźmie na warsztat” samego Homera i zrealizuje „Iliadę” w konwencji przypominającej chińskie filmy kung-fu...

„Troja” Wolfganga Petersena, jak żaden inny film gatunku zasługująca na miano superprodukcji: sto siedemdziesiąt pięć milionów dolarów budżetu (dla porównania – ostania część „Gwiezdnych Wojen” kosztowała „tylko” sto trzynaście milionów). Jest też przykładem wszystkiego, co najgorsze w filmach sandałowych. Trudno się oprzeć wrażeniu, że reżyser z eposu Homera wziął tylko imiona kilku kluczowych postaci i miejsce akcji, zaś cała reszta scenariusza jest wynikiem marketingowej kalkulacji.  Petersen bez skrępowania tłumaczył w wywiadach, że zrezygnował w swojej wersji „Iliady” z pokazywania wpływu greckich bogów na toczące się wydarzenia, ponieważ „współczesna młoda publiczność by tego nie zrozumiała”. W „Troi” machnięto ręką nie tylko na literacki pierwowzór, “dopisując” sceny, w których achajscy wodzowie klękają przed Agamemnonem oraz śmierć Menelaosa w pojedynku z Hektorem (który wedle Homera długo po wojnie trojańskiej cieszył się dobrym zdrowiem). Zignorowano też wynikającą z odkryć archeologów wiedzę o epoce mykeńskiej (budowle, uzbrojenie), a nawet geografię, jeśli tylko wschód słońca wygląda bardziej fotogenicznie na północy...

Kontratak z telewizora

To paradoks, ale najlepsze filmy o starożytności powstają dziś nie w Hollywood, ale dla telewizji, z którą przecież kino „miecza i sandałów” miało walczyć. Można tu wymienić miniserię „Odyseja” Andrieja Konczałowskiego (1997 r.), mniej może wierną literze, ale bliską duchowi literackiego pierwowzoru. Brytyjski serial „Ja, Klaudiusz”, zrealizowany dla BBC w 1976 roku. Czy ostatnio „Rzym”, w którym Bruno Heller (autor scenariuszy ośmiu z dziesięciu odcinków pierwszego sezonu) zamiast zwalczać historię – postanowił zrobić z niej swoją sojuszniczkę. W efekcie powstał doskonały, trzymający w napięciu serial, chwalony nie tylko przez widzów, ale i historyków. W serialu, który powstał dla telewizji HBO, losy głównych bohaterów, Lucjusza Vorenusa i Tytusa Pullo splatają się z grą prowadzoną przez gigantów epoki – Cezara, Pompejusza Wielkiego, Brutusa i Oktawiana. A wszystko w zgodzie z tym, co możemy przeczytać u Swetoniusza. Na marginesie, Lucjusz Vorenus i Tytus Pullo również są postaciami historycznymi – obu uwiecznił Juliusz Cezar w swych pamiętnikach z wojny galijskiej, opisując ich rywalizację o miano najdzielniejszego z centurionów w podległych Cezarowi legionach. Serialowy Rzym w niczym nie przypomina też hollywoodzkich dekoracji – to raczej plątanina wąskich, brudnych uliczek, z domami wzniesionymi z niewypalanej cegły, o ścianach pokrytych starożytnym graffiti. Taki właśnie, poza kilkoma reprezentacyjnymi miejscami, był w rzeczywistości.

„Starcie Tytanów”, które właśnie pojawiło się na kinowych ekranach, nawiązuje ściśle do standardów „kina sandałowego”. Mit o Perseuszu, pierwszoplanowej postaci „Starcia Tytanów”, należy do kategorii tak zwanych „mitów bohaterskich”. W których, w przeciwieństwie do mitów związanych z kosmologią, Grecy w na poły bajecznej postaci przechowywali cień pamięci o epoce mykeńskiej. Jednak „Starcie Tytanów” to tylko pretekst dla prezentacji dekoracji, scen walki i efektów specjalnych. Główną treścią opowieści jest walka bohatera z tyranią bogów, karmionych ludzkim strachem i modlitwami. Prosta pedagogika tego przekazu może być niestrawna nawet dla najbardziej zagorzałych działaczy ruchów humanistycznych. Mamy zatem kolejne potwierdzenie tezy, że kultura popularna, sięgając po tematy związane z historią (i wcale nie dotyczy to tylko starożytności) lub mitologią, nie ma ambicji przybliżania przeszłości (lub jej wyobrażeń), a jedynie używając kusych kostiumów chce opowiadać o problemach nam współczesnych. Co gorsza, pop-kultura zmienia treści wyższe na treści niższe, czego najbardziej jaskrawym przykładem „Iliada” według Petersena. Nie tworzy więc, ale dewastuje. Louis Leterrier, reżyser „Starcia Tytanów” z entuzjazmem opowiada w promocyjnych wywiadach, że „stworzyliśmy największe potwory, jakie kiedykolwiek widzieliście”. Trudno o lepszą puentę.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj