Cannes 2010: relacja piąta
"Socjalizm" Jean Luc Godarda niewypałem
"Socjalizm" 80-letniego Jean Luc Godarda miał wstrząsnąć festiwalem, a okazał się jego największym rozczarowaniem.
Polityka

O filmowym eseju, prawdopodobnie ostatnim w karierze francuskiego klasyka, mówiło się, że będzie rozliczeniem z grzechami jego młodości. To właśnie on z grupką zbuntowanych reżyserów doprowadził do zerwania canneńskiego festiwalu w 1968 r.

Sympatyzował z komunistami. Sołżenicyna nazywał kłamcą. Długo nie chciał wierzyć w stalinowskie zbrodnie. Kręcił lewicowe agitki popierające Mao.

Nic dziwnego, że oczekiwania były spore. Co stary mistrz ma do powiedzenia na temat socjalistycznej utopii po upadku berlińskiego muru, po rozpadzie ZSRR, po ogłoszeniu końca historii?

Godard nie przyjechał do Cannes. Konferencja prasowa została odwołana, co wywołało plotki. Lekceważenie publiczności? Ostentacyjne manifestowanie, że nie tylko ją ma głęboko w nosie? Choroba?

Film okazał się niewypałem. Największym rozczarowaniem festiwalu. Aż korci, żeby napisać, że to niestrawny eksperyment na granicy bełkotu, w którym aktorzy (m.in. piosenkarka Patti Smith) wypowiadają kwestie urwane w pół zdania.

Deklamują hasła. Na przykład „wojna to wojna”, „nic nie wiem”, „porównać nieporównywalne”, „równość to gówno”. A w obrazku widzimy kadry z liniowca opływającego porty w regionie morza śródziemnego m.in. Barcelonę, Mediolan, Odessę. Niektóre z przesterowanym dźwiękiem, inne nieostre. Generalnie sprawiają wrażenie amatorskich, przypadkowych ujęć.

W tym medialnym śmietniku, do którego Godard wrzucił jeszcze zdjęcia archiwalne z czasu II wojny światowej oraz fragmenty znanych fabuł, ilustrujące kluczowe wydarzenia XX-wiecznej Europy, można na siłę starać się znaleźć jakąś wiążącą myśl. Statek to widmo krążące po Europie ideologicznego bankructwa? A może odwrotnie? Europa to widmo, chaos i postideologiczna pustka. A statek to bankructwo reżysera?

O socjalizmie (realnym) zdecydowanie więcej ciekawego miał do powiedzenia 59-letni Rumun Andrei Ujica, autor rewelacyjnego, trzygodzinnego dokumentu „Autobiografia Nicolae Ceausescu”.

Dokumentu, dodajmy, wyświetlanego poza konkursem i przypominającego naszą „Defiladę” Andrzeja Fidyka.

"Autobiografia Nicolae Ceausescu" to pozbawiony jakiegokolwiek współczesnego komentarza (z wyjątkiem efektów dźwiękowych) obraz ponad 20-letniej partyjnej kariery geniusza z Karpat. Od objęcia schedy po Gheorghiu Deju, przez odmowę uczestnictwa w ataku na Czechosłowację i zasłużone uznanie ze strony zachodnich przywódców, po przyjacielskie wizyty w Korei Północnej i szaleństwo kultu jednostki.

Reżyser zmontował film z autentycznych, wyszperanych w rozmaitych archiwach taśm z oficjalnych wystąpień Ceausescu wykorzystywanych przez komunistyczną propagandę oraz takich, które cenzura zabraniała pokazywać (np. z XII zjazdu partii, gdy jeden z członków politbiura miał odwagę wystąpić przeciwko niemu publicznie). Dotarł też do bardziej prywatnych materiałów, ukazujących np. niesławne polowania czy sceny gry w siatkówkę z żoną. Układa się z tego niby laurkowy portret o jakim by marzył wielbiony przez naród prezydent socjalistycznej Rumunii. A tak naprawdę jest to precyzyjne, inteligentne studium manii wielkości i paranoi człowieka, który uważał się za nietykalnego.

Rumuni przywieźli do Cannes jeszcze dwa inne filmy pokazywane w sekcji Un Certain Regard. Oba znakomite. Polakom takiej szansy nie dano.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj