30 lat "Imperium kontratakuje"
Rób, albo nie rób. Nie ma próbowania.
Trzydzieści lat temu na ekranach kin pojawiło się „Imperium kontratakuje”. Według zgodnej opinii krytyki i fanów, najlepszy film sagi Gwiezdnych wojen.
Darth Vader (David Prowse) w słynnej scenie z Imperium kontratakuje ujawnia swoją tożsamość
BEW

Darth Vader (David Prowse) w słynnej scenie z Imperium kontratakuje ujawnia swoją tożsamość

Imperialne maszyny kroczące atakują rebeliancką bazę na Hoth
BEW

Imperialne maszyny kroczące atakują rebeliancką bazę na Hoth

Vader i Boba Fett, najsłynniejszy łowca nagród w Galaktyce. W tle Lando Carlissiann (Billy Dee Williams), administrator Chmurnego Miasta
BEW

Vader i Boba Fett, najsłynniejszy łowca nagród w Galaktyce. W tle Lando Carlissiann (Billy Dee Williams), administrator Chmurnego Miasta

„Nastał mroczny czas dla Rebelii” – tymi słowami zaczyna się „Imperium kontratakuje”. Skąd ten pesymizm? Przecież dzielni Rebelianci zniszczyli Gwiazdę Śmierci, a sam George Lucas nie tylko zrealizował projekt swojego życia (w który, nawiasem mówiąc, chyba nikt poza nim samym nie wierzył), ale też odniósł niebywały wręcz sukces jako reżyser i producent.

Mimo wszystko, Lucas, przystępując do prac nad kontynuacją, miał jednak powody do niepokoju. Zgodnie z umową zawartą ze studiem 20th Century FOX, kolejna część opowieści o przygodach Luke’a Skywalkera musiała być zrealizowana w ciągu dwóch lat od premiery „Gwiezdnych wojen”. W przeciwnym razie utraciłby prawa do marki, która przeszłaby w ręce hollywoodzkiego giganta. Na szczęście, dochody ze zlekceważonego przez FOXa merchandisingu (czyli prawa do sprzedaży związanych z filmem gadżetów – koszulek, zabawek, plakatów, figurek bohaterów itp.) pozwoliły Lucasowi myśleć o samodzielnym sfinansowaniu produkcji. A co za tym idzie, odrzucenia wszelkich wymagań i sugestii wytwórni dotyczących scenariusza, doboru aktorów i montażu, dając mu całkowitą wolność twórczą. Najpierw jednak musiała narodzić się historia (bo plotki o tym, że Lucas miał od samego początku gotowy główny zarys całej opowieści, można między bajki włożyć).

Imperium przed kontratakiem

Kiedy Lucas zasiadł do tworzenia scenariusza pierwszej części gwiezdnej sagi, był panem wymyślonego przez siebie wszechświata. Nienapisana jeszcze historia mogła podążyć w dowolnym kierunku, a jedyne dla niej ograniczenie stanowiła wyobraźnia reżysera. Dzięki temu dość swobodnie mógł żonglować filmowymi kliszami (głównie „Ukrytą fortecą” Kurosawy). Oraz twórczo wykorzystać ideę monomitu (Joseph Cambell w książce „Bohater o tysiącu twarzy” przedstawił teorię, według której mity “bohaterskie” wszystkich kultur mają tę samą strukturę: wyzwanie – podróż – przemiana bohatera - powrót). Z drugą częścią jednak nie miało być już tak łatwo – pojawiły się wymagające kontynuacji wątki, mocno zarysowane postacie i relacje pomiędzy nimi – ciąg dalszy wymagał nie tylko wartkiej akcji, ale też żelaznej konsekwencji. Problem Lucasa polegał na tym, że nie lubił pisać, a pracę nad pierwszym scenariuszem wspominał jako ciągnącą się w nieskończoność mękę. Reżyser postanowił skorzystać z pomocy profesjonalnego scenarzysty. Wybór padł na Leigh Brackett, doświadczoną autorkę (współtworzyła scenariusze do między innymi „The Big Sleep” – ekranizacji powieści Raymonda Chandlera z Humpreyem Bogartem i „Rio Bravo”, słynnego westernu z Johnem Waynem). Wstępną wersję skryptu Brackett przekazała Lucasowi 23 lutego 1978 roku. Niestety, niecały miesiąc później Brackett zmarła na raka, a jej pracę kontynuował Lawrence Kasdan (dziś ceniony reżyser, wówczas najbardziej znany jako autor scenariusza do „Poszukiwaczy zaginionej arki”).

Trudno dziś przesądzać, jakim filmem byłoby „Imperium kontratakuje”, gdyby to właśnie pomysł Brackett został ostatecznie zrealizowany. Jednak jej historia (niedawno udostępniono w sieci tę pierwotną wersję scenariusza) zawiera wiele ciekawych elementów, z których część wykorzystano w kolejnych epizodach „Gwiezdnych wojen”. Największe różnice dotyczyłyby wzajemnych relacji głównych bohaterów – bliźniaczą siostrą Luke’a  byłaby nie Leia, lecz dziewczyna o imieniu Nellith, która w tym samym czasie co Luke miała zostać wyszkolona na rycerza Jedi. Vader nie byłby ojcem bojowego rodzeństwa. Pojawiłaby się ciekawa scena z Wampami - prymitywnymi mieszkańcami śnieżnej planety Hoth - atakującymi rebeliancką bazę Echo (ta sekwencja została zresztą nakręcona, lecz wycięto ją na etapie montażu). Inny pomysł Leigh Brackett dotyczył zawieszonego nad Bespin Cloud City, którego rezydenci mieli przypominać mieszkańców Kamino (planety pojawiającej się dopiero w „Ataku klonów”).  

Drugi scenarzysta, Lawrence Kasdan, miał zasadniczo inną niż Lucas koncepcję opowieści. Lucas chciał umieścić w filmie dużo dynamicznych i pełnych efektów specjalnych scen, zaś Kasdan zamierzał skoncentrować się na relacjach łączących bohaterów, szczególnie na rodzącym się uczuciu pomiędzy Leią i Hanem Solo. Oraz sprawić, by postacie zaczęły wreszcie przemawiać ludzkim językiem. Lucas nie był zachwycony. Na szczęście dla filmu, miał dość rozsądku, by zaufać autorowi scenariusza.

Ponieważ Lucas wciąż pamiętał, jak wiele problemów towarzyszyło powstaniu pierwszych „Gwiezdnych wojen”, postanowił skupić się na nadzorze nad produkcją, finansowaniem i efektami specjalnymi. W tym napiętym harmonogramie nie było już miejsca na pracę za kamerą. Potrzebował więc kogoś, kto potrafiłby zrozumieć jego wizję i wyreżyserować „Imperium” tak, jak zrobiłby to on sam. Wybór padł na Irvina Kershnera (m.in. "Powrót człowieka zwanego Koniem"), byłego wykładowcę Lucasa ze szkoły filmowej. W pierwszym odruchu Kershner odrzucił propozycję, mówiąc wprost, że nie wyobraża sobie, by sequel zdołał pobić pierwowzór. Obawy Kershnera wynikały głównie ze świadomości, że w filmie z dużą liczbą efektów specjalnych, tworzonych przecież w osobnym studio, będzie wiele ujęć, w których niczego nie da się zmienić bezpośrednio na planie. A nie chciał dać się zredukować do roli posłusznego wykonawcy scenariuszowych wytycznych. Ostatecznie Kershner zgodził się na współpracę z Lucasfilm, stawiając jednak jeden warunek – miał mieć zagwarantowaną wolność artystyczną. Już wkrótce Lucas miał pożałować tego, że nie wybrał kogoś bardziej uległego...

Rebeliancki reżyser

Etap przedprodukcji trwał ponad rok. Przez sześć miesięcy Kershner współpracował z grafikami Lucasfilm, tworzącymi szkice planów i scen. W studiu Elstree pod Londynem zbudowano 64 dekoracje, przygotowano również plan zdjęciowy w norweskim Finse, małym polarnym miasteczku z najdalej na północ położoną stacją kolejową.

Zdjęcia rozpoczęto 5 marca 1979 roku właśnie w Finse, gdzie miały powstać otwierające film sceny z lodowej planety Hoth. O trudnościach, z jakimi miała zmierzyć się ekipa, najlepiej świadczy fakt, że na pobliskim lodowcu walkę w arktycznych warunkach trenują brytyjscy komandosi. Temperatura spadała poniżej 30 stopni Celsjusza. Zaspy sięgały pięciu metrów. Harrison Ford rozpoczął swoją przygodę z „Imperium” od dwudziestomilowej podróży ratrakiem – pociąg, którym podróżował aktor, utknął w śniegu. Mimo mrozów i śnieżyc udało się nakręcić jedyne w filmie sceny plenerowe – Luke’a gubiącego się w zamieci, odnajdującego go Hana Solo, oraz fragmenty bitwy z wojskami Imperium, w której statystowali norwescy ratownicy.

Zdjęcia w studio Elstree rozpoczęto 13 marca. W ciągu czterech miesięcy Kershner nakręcił tam około 250 scen - rozgrywających się w rebelianckiej bazie Echo, na pokładzie Sokoła Millenium, mostku Executora (gwiezdnego niszczyciela Dartha Vadera), w Chmurnym Mieście i bagnistej planecie Dagobah (siedzibie mistrza Yody).

Na tym etapie produkcji pojawił się nieunikniony konflikt pomiędzy reżyserem a nieobecnym, bo nadzorującym w Ameryce prace nad efektami specjalnymi w studio ILM (Industrial Light & Magic), Lucasem. Kershner nie miał zamiaru niewolniczo trzymać się scenariusza, jeśli tylko uważał, że jakąś scenę potrafi nakręcić lepiej. Miał też zwyczaj zezwalać wykonawcom na odrobinę swobody – słynny dialog pomiędzy Leią a Hanem Solo, który miał być właśnie zamrożony w karbonicie  (Leia: „I love you”; Han: „I know”), był wynikiem takiej właśnie improwizacji.

„Imperium” według Kershnera oddalał się bardzo od radosnego filmu przygodowego, jakim były „Gwiezdne wojny”. „Imperium” Kershnera okazało się mroczne, pełne napięcia, ukazujące słabości Luke’a Skywalkera. Vader przestał w końcu przypominać nieco operetkową, złą wersję C-3PO. Scena w czarnej komorze medytacyjnej na pokładzie Executora, w której przez chwilę widać poranioną głowę upadłego Jedi, miała przekonać widzów, że wbrew temu co twierdził Obi-Wan Kenobi, Vader jest bardziej człowiekiem niż maszyną. Z perspektywy całej trylogii widać wyraźnie, że ten Vader - znany miłośnikom gwiezdnej sagi - okrutny, ale jednocześnie targany sprzecznymi uczuciami i wcale nie bezwarunkowo lojalny wobec Imperatora, narodził się właśnie w „Imperium kontratakuje”. Najlepiej pokazuje to genialna scena pojedynku, czy raczej lekcji, jakiej Vader udziela młodemu Skywalkerowi – nawiasem mówiąc - jest to najlepsza scena szermiercza w całej starej trylogii.

Odtwarzający rolę Dartha Vadera David Prowse nie miał pojęcia, że gra rolę ojca Luke’a. Całą sprawę utrzymywano w najściślejszej tajemnicy, a prawdę o wzajemnej relacji oby bohaterów znało podobno tylko pięć osób: Lucas, Kasdan, Kershner, Hamill i podkładający głos Vadera James Earl Jones.

Wiele kłopotów sprawiła reżyserowi mechaniczna lalka mistrza Yody. Niezwykły rycerz Jedi musiał pojawić się w filmie na skutek niezbyt przemyślanego usunięcia z historii postaci Obi-Wana. Jednak ta animowana i przemawiająca głosem Franka Oza postać zaskarbiła sobie wielkie przywiązanie fanów. Do historii przeszła jego słynna kwestia „Rób, albo nie rób. Nie ma próbowania”, stając się mottem nie tylko dla ambitnych twórców.  

Jednak prawdziwym bohaterem „Imperium” okazał się nie Luke czy Vader, lecz  Han Solo, który podbił serce nie tylko pięknej księżniczki, ale też całej żeńskiej części widowni. To właśnie on stał się, być może dość niespodziewanie, główną postacią opowieści – bez wątpienia Harrison Ford swoją brawurowo zagrana rolą skradł innym wykonawcom cały show.        

Aktorzy uwielbiali styl pracy Kershnera, jednak Lucasa wszelkie zmiany doprowadzały do furii. Szczęśliwie nawet karczemna awantura wywołana na planie przez Lucasa nie zachwiała pewnością reżysera. Nie zgodził się na żadne zmiany w nakręconym przez siebie materiale. Sam Lucas miał szczególne powody do obaw – każde nowe ujęcie oznaczało dodatkowe koszta, a zaplanowany na 18,5 miliona dolarów budżet okazał się zdecydowanie zbyt optymistyczny. Pożar, który zniszczył część dekoracji, oznaczał dla producenta dodatkowe 3,5 miliona dolarów strat, a nie nakręcono jeszcze całości materiału. Po przekroczeniu granicy 22 milionów Lucas znalazł się w tarapatach – banki odmówiły kredytowania, musiał więc zwrócić się o pomoc do znienawidzonego studia 20th Century FOX. Mimo nacisków ze strony studia, nie zgodził się na oddanie praw do kontynuacji, jednak FOX zgodził się sfinansować resztę produkcji.

Niszczyciel za 100 tys. dolarów

Wbrew swoim intencjom i nadziejom, Lucas nie miał możliwości nadzorować całego procesu produkcji – nie mógł nawet wymusić ścisłego trzymania się scenariusza. Jedynym elementem, nad którym sprawował pełną kontrolę, były efekty specjalne. Poświęcił im szczególnie dużo uwagi. Lucas wiedział, że los filmu sf (choć „Gwiezdne wojny” należą raczej do gatunku space opera i z fantastyką naukową mają bardzo mało wspólnego) zależy od jakości scen trikowych. ILM musiało stworzyć aż 605 takich ujęć. I trzeba przyznać, że pracując pod ścisłym kierownictwem Lucasa spisało się znakomicie. Fantastyczną pracę wykonali modelarze, którzy stworzyli wiele niezwykłych maszyn. Największą i najbardziej efektowną z nich był gigantyczny, duraluminiowy Executor (tylko ten jeden model kosztował 100 tys. dolarów). Sceny z potężnymi AT-AT atakującymi bazę na Hoth wykonano metodą poklatkową, fotografując modele na tle realistycznie namalowanych obrazów. W ciągu zaledwie dwóch lat, dzielących produkcje „Gwiezdnych wojen” i „Imperium kontratakuje” ILM dokonało niesłychanego postępu w dziedzinie efektów specjalnych. Nawet dziś, trzydzieści lat po premierze filmu, scena przelotu Sokoła Millenium przez pole asteroidów robi niesamowite wrażenie.

Nie sposób też nie wspomnieć o ścieżce dźwiękowej, znów skomponowanej przez Johna Williamsa. Zawierała ona dwadzieścia trzy utwory, w tym Marsz Imperialny – jeden z najbardziej rozpoznawalnych tematów muzycznych w historii kina.

Po ukończeniu zdjęć Lucasa dopadły takie same wątpliwości, jak przy „Gwiezdnych wojnach”. Miał wrażenie, że cały materiał ma katastrofalną jakość. Pierwsza wersja filmu nie poprawiła mu humoru, ale zatrudniony do „Imperium” montażysta Paul Hirsch starał się uspokoić przepracowanego do granic wytrzymałości producenta. Po wkomponowaniu scen trikowych, zsynchronizowaniu ścieżki dźwiękowej i dodaniu głębokiego głosu Jamesa Earla Jonesa, „Imperium kontratakuje” uzyskało znany kinomanom kształt.

Właściciele kin mieli zupełnie inne przeczucia niż Lucas – jeszcze przed premierą dochód z samych opłat za wypożyczenie kopii wyniósł 26 milionów dolarów, a przed hollywoodzkim Egyptian Theatre, gdzie „Imperium kontratakuje” miało być wyświetlone po raz pierwszy, kolejka fanów ustawiła się na trzy dni przed premierą. A kiedy z ekranu padły słowa Dartha Vadera: „Luke, I’m your father”, widownia oszalała. Inwestycja Lucasa zwróciła się z nawiązką. Na całym świecie film, w całym okresie dystrybucji, zarobił ponad 533 milionów dolarów. A fani, których opinii producent obawiał się najbardziej, po zakończeniu obu trylogii uznali obraz za najlepszy film całej sagi Star Wars. „Imperium kontratakuje”, zrodzone z walki pomiędzy ambitnymi, nieustępliwymi twórcami, stało się legendą.


Zapraszamy do wzięcia udziału w zabawie "Co Ty wiesz o Gwiezdnych wojnach"

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj