Rozmowa z Arturem Rojkiem, szefem Off Festivalu
Rojków dwóch
O zmieniającym się rynku letnich festiwali i swojej podwójnej roli jako organizatora takiej imprezy mówi dyrektor artystyczny startującego 5 sierpnia Off Festivalu.
Tadeusz Późniak/Polityka

Masz płyty, piosenki, zespół Myslovitz. Po co ci jeszcze festiwal?

Artur Rojek: - Jestem trochę niespokojny, ciągle szukam czegoś nowego – czasem dorzucam sobie sam coś, co potem muszę dźwigać. Tak było również z tym festiwalem. Wydawało mi się pobudzające to, że będę mógł przełożyć przyjemność, którą miałem z zarażania kogoś moją ulubioną muzyką gdzieś w samochodzie w drodze z jednego koncertu na drugi, na coś większego, czym jest festiwal muzyczny.

Budowanie własnego festiwalu to ogromna satysfakcja, ale też konfrontacja z rzeczywistością, bo to wcale nie takie proste.

Co masz na myśli?

- To zarażenie muzyką wiąże się z innymi, bardziej przyziemnymi rzeczami, takimi jak załatwianie pieniędzy, sponsorów, uzyskanie odpowiednich pozwoleń i tak dalej. Kiedy występujesz na scenie z zespołem, bierzesz na siebie tylko część odpowiedzialności za to, co się dzieje danego wieczoru. Dopiero gdy stanąłem po drugiej stronie i zorganizowałem cztery lata temu pierwszą edycję festiwalu, poczułem ten cały, wielki ciężar odpowiedzialności.

Co było dla ciebie inspiracją do organizacji festiwalu z muzyką alternatywną? Podróże koncertowe z Myslovitz po Europie, na inne festiwale?

- W zasadzie jeszcze zanim zacząłem jeździć z Myslovitz, widziałem, jak słabo w tej dziedzinie wygląda nasz rynek koncertowy i miałem pomysł, by organizować pojedyncze występy. Wtedy była luka na tym rynku. Ważniejsze było jednak przeświadczenie, że nie będę artystą do końca życia. Pamiętam taką sytuację, gdy byliśmy z Myslovitz w Irlandii i oglądaliśmy koncert Echo and the Bunnymen. Stałem z Przemkiem Myszorem [z grupy Myslovitz – przyp. red.] pod sceną i zadałem mu pytanie: „Chciałbyś w tym wieku dalej grać? Bo ja bym nie chciał”. Chociaż mówiąc te słowa miałem ledwie 30 lat. Czas mija, zbliżam się teraz do czterdziestki i okazuje się, że wcale nie jestem tym tak zmęczony. Upływ czasu weryfikuje moje stanowisko.

Ta granica przesuwa się w całej kulturze – tak samo jak granica wiekowa ludzi, którzy przyjeżdżają na letnie festiwale.

- Gdyby się przyjrzeć tym wszystkim zespołom, które stanowią kultową, napędową siłę muzyki alternatywnej, to się okazuje, że mało jest wśród nich ludzi, którzy mają poniżej czterdziestu lat. Trzy główne gwiazdy tegorocznego Off Festivalu – Tindersticks, Dinosaur Jr.  i The Flaming Lips – to zespoły, które są wiekowo w tym momencie, o którym ja kiedyś myślałem, że nie chciałbym się w nim znaleźć.

Festiwale się zmieniają. Nowe alternatywne imprezy w rodzaju barcelońskiej Primavery czy brytyjskiego All Tomorrow's Parties nie mają pola namiotowego, czasem też żadnych wielkich gwiazd. Inspiruje cię ta tendencja?

- Jak zakładałem Offa, to przykładem imprezy z alternatywną muzyką był dla mnie Dour Festival. Trzy lata temu byłem po raz pierwszy na Primaverze, dowiedziałem się o istnieniu ATP i podziałało to na mnie inspirująco. Tego typu przedsięwzięcia podobają mi się bardziej niż typowe festiwalowe supermarkety, które są stworzone na zasadzie „dla każdego coś miłego”. Realizacja tego pomysłu jest jednak trudna, bo jesteśmy na zupełnie innym etapie rozwoju rynku muzycznego niż Niemcy, Wielka Brytania czy Hiszpania, Może dlatego mnie, jako osobie stosunkowo znanej było łatwiej zrealizować pomysł na alternatywny festiwal muzyczny, ściągnąć sponsorów, uwagę mediów. Wiem, że te czynniki jednak nie będą działały wiecznie i dopiero zaczynam sobie zdawać sprawę, ilu jest realnie odbiorców muzyki alternatywnej w Polsce i jak wiele pracy mnie czeka, żeby na mapie kulturalnej Polski festiwal jeszcze urósł.

Co to za grupa odbiorców, o której mówisz?

- Weźmy za przykład festiwale, które przyciągają naprawdę dużo ludzi, jak Open'er – jedna szósta z nich, może nawet mniej, to są właśnie ci świadomi odbiorcy tego, co tam się muzycznie dzieje. Reszta jedzie na wydarzenie, a nie na konkretnych artystów, jadą trochę jak do parku, w którym miło się spędza czas. Ja mówię o tych świadomych odbiorcach, których nie ma w Polsce nawet 10-15 tysięcy. Ludziach, którzy się buntują wobec rzeczywistości, starają się być inni. Myślę o tym, czym sam się kierowałem, deklarując w pewnym momencie światu, że jestem odbiorcą muzyki alternatywnej. Odróżnianie się od tego, co cię otacza w tych najprostszych kanałach, które docierają do nas. Czy to przez radio, czy przez telewizję.

Dotrzeć do nich to trudna sztuka. Tacy odbiorcy są dziś o wiele bardziej osłuchani niż kiedyś.

- Mają o wiele więcej możliwości. Ja, pewnie tak samo jak ty, pamiętam jeszcze okres heroicznego zdobywania muzyki, wysyłania cioć do Niemiec po płyty, albo pisania do wujków, żeby przysłali mi płytę, albo wyczekiwania w radiu, żeby przegrać coś na kasetę. Dzisiaj ten dostęp jest bardzo swobodny, uwolniony. Ta młodzież jest dzięki temu lepiej wykształcona i bardziej wybredna. Nie ma tylu rzeczy, przeciwko którym może się buntować, więc ważniejsza dla nich staje się ta potrzeba inności, już nie sam bunt.

Jak wygląda praca nad festiwalem w ciągu roku?

- Ten festiwal to jest przede wszystkim wynik wielu lat słuchania muzyki. To doprowadza cię do takiego momentu, że masz wyrobiony jakiś gust i smak. Ale musisz się z tym odnaleźć w przemyśle festiwalowym, wiedzieć, co się dzieje wokół ciebie. Ja się cały czas uczę biznesowej strony robienia festiwalu – tego, że jeśli chcę kogoś poruszyć, wprawić w konsternację, to nie zawsze przełoży się to na frekwencję. Uczę się też tego, że nie tylko zestaw artystów jest powodem, dla którego ludzie przyjeżdżają na festiwal, ale wszystko to, co się wokół niego dzieje, jak jest przedstawiany.

Zespoły alternatywne pokazywane przez nas na Offie nie grywały dotąd regularnych tras koncertowych po Polsce. Dopiero teraz zaczynają się pojawiać. Myślę, że dzięki tego typu imprezom nasz rynek może się rozwijać. Na przykład w ubiegłym roku na Offie pokazaliśmy całe grono młodych „pitchforkowych” artystów na festiwalu – oni przyjechali do nas po raz pierwszy, chociaż w Hiszpanii, gdzie jest Primavera, w Niemczech, gdzie jest Melt, czy we Francji, gdzie jest La Route du Rock, zdążyli już zagrać trasy.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj