szukaj
Cannes 2011: relacja piąta
Koniec świata
-Bóg może się nieźle bawił, stwarzając świat, ale wszystkiego na pewno nie przemyślał – żartował von Trier, opowiadając, dlaczego bohaterki „Melancholii” tak strasznie cierpią". (Abstrahując od... Hitlera) - relacjonuje z Cannes Janusz Wróblewski.
Polityka

„Melancholia” przy pompatycznych dźwiękach uwertury do wagnerowskiego „Tristana i  Izoldy” opowiada o końcu świata.
Cannes 2011/Materiały prasowe

„Melancholia” przy pompatycznych dźwiękach uwertury do wagnerowskiego „Tristana i Izoldy” opowiada o końcu świata.

Czytaj także

Tak żartował uśmiechnięty Lars Von Trier, opowiadając dlaczego bohaterki „Melancholii” tak strasznie cierpią i wszystko im się rozsypuje (zanim zaliczył na konferencji prasowej wpadkę z Hitlerem, twierdząc, że go rozumie, za co później oficjalnie przeprosił...).

W jego zimnym, starannie wymyślonym filmie o bogu jednak w ogóle się nie wspomina. Nie widać go w jakiejkolwiek postaci. Triumfuje bezosobowa materia i wielka kosmiczna pustka wywołująca, u wrażliwszej z sióstr, chroniczny lęk i napady odrętwienia. 

„Melancholia” przy pompatycznych dźwiękach uwertury do wagnerowskiego „Tristana i  Izoldy” opowiada o końcu świata. O niemożliwości trwania ze świadomością, że poza naszą planetą żadnego innego życia nie ma. Grana przez Kirsten Dunst, pogrążona w depresji melancholiczka ze spokojem obwieszcza trzeźwo myślącej siostrze, że jest tego absolutnie pewna. I to ją paraliżuje. Na dowód, że ma rację podaje szczęśliwy numer wygranej na loterii – tylko ona go zna, a inni nie. Więc jej intuicja jest nieomylna.
Von Trier podejmuje metafizyczny wątek, ale w taki właśnie nieco kuglarski sposób. Wszystko jest od początku jasne: transcendencji nie ma, czeka nas pewna śmierć, a potem czarna dziura. Nic. Wielka pustka, którą można próbować pokonać irracjonalnym gestem solidarności z bezbronnymi i słabszymi (dziećmi), oszukując się, że jakaś magia istnieje. Tak naprawdę jednak, poza silnym, wieloletnim stanem głębokiej nerwicy reżysera - odciśniętej mocno w filmie – o żaden dialog w nim nie chodzi. To opis sytuacji. Oglądany zza szyby ponury taniec śmierci, która wszystkich dopadnie i pokona.
Wielki innowator, wiecznie poszukujący w kinie niemożliwych rozwiązań, eksperymentujący z formą i odpornością psychiczną widzów nakręcił film, który jest pięknie wystylizowanym krzykiem rozpaczy w obliczu nieuchronności śmierci i samotności ludzkiego istnienia. Przenosząc na ekran własne lęki i fobie (chętnie się z nich zwierza w wywiadach) nadał im charakter poetyckiego science-fiction. Ziemi zagraża zbliżająca się do niej, dziesięciokrotnie większa planeta Melancholia. Jeśli dojdzie do zderzenia życie definitywnie zniknie, nikt się nie uratuje. 
Duński reżyser zaprasza do celebracji ostatnich chwil przed zagładą. Po wizjonerskim, manieryczno-symbolicznym prologu właściwa akcja (sfilmowana w stylu Dogmy) obejmuje uroczystość weselną w gotyckim zamku na polach golfowych z romantycznym widokiem na jezioro, podczas której dochodzi do rodzinnych kłótni, zdrady, rozpadu małżeństwa na dobre nawet nie rozpoczętego. Kirsten Dunst gra nieszczęśliwą pannę młodą niechętnie poddającą się weselnym obowiązkom i rytuałom, a Charlotte Gainbourg jej opiekuńczą siostrę, która traci spokój i grunt pod nogami z chwilą gdy zdaje sobie sprawę, że kosmicznej katastrofy nie da się uniknąć. Pod koniec filmu zamieniają się rolami. Dunst będzie rozluźniona, opanowana i to ona heroicznie wyciągnie rękę w geście wyrażającym absurdalną nadzieję do rozdygotanej, histerycznie zapłakanej siostry i jej synka. Zderzenie ich postaw stanowi ciekawe pole do psychologicznych obserwacji. Jednak dla Triera, liczy się tylko jeden wątek  – systematycznego, totalnego zwątpienia i narastającego, panicznego lęku przed wszechogarniającą, kosmiczną pustką, symbolizowaną przez ogromną, zbliżającą się planetę. 
Ktoś złośliwie umiejscowił „Melancholię” pomiędzy „Festen” a „Armageddonem” co oczywiście jest przegięciem, bo Trier nigdy nie był epigonem cudzych pomysłów ani twórcą hollywoodzkim. Niemniej coś w tym porównanie jest na rzeczy. Wtórność niektórych scen, nachalny symbolizm ciągną film w dół. Wrażenie jednak robi. Co ciekawe, najbardziej podoba się tym, co pochopnie przekreślili zdecydowanie mądrzejszą, kosmiczną epopeję Malicka. Być może próbują naprawić błąd i zobaczyć w „Melancholii” więcej niż jest ona w stanie zaoferować.
Janusz óblewski

„Melancholia”, przy pompatycznych dźwiękach uwertury do wagnerowskiego „Tristana i  Izoldy”, opowiada o końcu świata. O niemożliwości trwania ze świadomością, że poza naszą planetą żadnego innego życia nie ma. Grana przez Kirsten Dunst, pogrążona w depresji melancholiczka ze spokojem obwieszcza trzeźwo myślącej siostrze, że jest tego absolutnie pewna. I to ją paraliżuje. Na dowód, że ma rację, podaje szczęśliwy numer wygranej na loterii – tylko ona go zna, a inni nie. Więc jej intuicja jest nieomylna.

Von Trier podejmuje metafizyczny wątek, ale w taki właśnie - nieco kuglarski - sposób. Wszystko jest od początku jasne: transcendencji nie ma, czeka nas pewna śmierć, a potem - czarna dziura. Nic. Wielka pustka, którą można próbować pokonać irracjonalnym gestem solidarności z bezbronnymi i słabszymi (dziećmi), oszukując się, że jakaś magia istnieje. Tak naprawdę jednak, poza silnym, wieloletnim stanem głębokiej nerwicy reżysera - odciśniętej mocno w filmie – o żaden dialog w nim nie chodzi. To opis sytuacji. Oglądany zza szyby ponury taniec śmierci, która wszystkich dopadnie i pokona.

Wielki innowator, wiecznie poszukujący w kinie niemożliwych rozwiązań, eksperymentujący z formą i odpornością psychiczną widzów nakręcił film, który jest pięknie wystylizowanym krzykiem rozpaczy w obliczu nieuchronności śmierci i samotności ludzkiego istnienia. Przenosząc na ekran własne lęki i fobie (chętnie się z nich zwierza w wywiadach) nadał im charakter poetyckiego science-fiction. Ziemi zagraża zbliżająca się do niej, dziesięciokrotnie większa planeta Melancholia. Jeśli dojdzie do zderzenia życie definitywnie zniknie, nikt się nie uratuje.

Duński reżyser zaprasza do celebracji ostatnich chwil przed Zgładą. Po wizjonerskim, manieryczno-symbolicznym prologu właściwa akcja (sfilmowana w stylu "Dogmy") obejmuje uroczystość weselną w gotyckim zamku na polach golfowych, z romantycznym widokiem na jezioro, podczas której dochodzi do rodzinnych kłótni, zdrady, rozpadu małżeństwa na dobre, nawet nie rozpoczętego.

Kirsten Dunst gra nieszczęśliwą pannę młodą, niechętnie poddającą się weselnym obowiązkom i rytuałom, a Charlotte Gainsbourg jej opiekuńczą siostrę, która traci spokój i grunt pod nogami z chwilą gdy zdaje sobie sprawę, że kosmicznej katastrofy nie da się uniknąć. Pod koniec filmu zamieniają się rolami. Dunst będzie rozluźniona, opanowana, i to ona heroicznie wyciągnie rękę w geście wyrażającym absurdalną nadzieję do rozdygotanej histerycznie, zapłakanej siostry i jej synka. Zderzenie ich postaw stanowi ciekawe pole do psychologicznych obserwacji. Jednak dla Triera liczy się tylko jeden wątek  – systematycznego, totalnego zwątpienia i narastającego, panicznego lęku przed wszechogarniającą, kosmiczną pustką, symbolizowaną przez ogromną, zbliżającą się planetę. 

Ktoś złośliwie umiejscowił „Melancholię” pomiędzy „Festen” a „Armageddonem”, co oczywiście jest "przegięciem", bo Trier nigdy nie był epigonem cudzych pomysłów ani twórcą hollywoodzkim.

Niemniej coś w tym porównanie jest na rzeczy. Wtórność niektórych scen, nachalny symbolizm ciągną film w dół. Wrażenie jednak robi. Co ciekawe, najbardziej podoba się tym, co pochopnie przekreślili zdecydowanie mądrzejszą, kosmiczną epopeję Malicka. Być może próbują naprawić błąd i zobaczyć w „Melancholii” więcej, niż jest ona w stanie zaoferować.

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+