szukaj
Festiwal filmowy w Gdyni 2011: relacja pierwsza
Festiwal w remoncie
Brutalna selekcja sprawiła, że nie ma w tym roku w Gdyni filmów byle jakich, niedorobionych, na żenująco niskim poziomie artystycznym i technicznym. Po pierwszych projekcjach można się zachwycać, że nasi twórcy wreszcie równają do światowych standardów.
FPFF w Gdyni/Materiały prasowe

Najpierw podróż do Gdyni. Odjazd z Dworca Centralnego (w remoncie), potem 9 godzin w podróży pociągiem (tory w remoncie), przyjazd na dworzec w Gdyni (też w remoncie), formalności akredytacyjne w Teatrze Muzycznym (oczywiście w remoncie). Festiwal też w remoncie.

Już nie jak kiedyś przegląd – prawie całej rocznej produkcji – lecz tylko 12 wybranych tytułów. Z ponad 40 zgłoszonych, czyli odpowiedzialność komisji selekcyjnej jest obecnie ogromna. Może nawet bardziej niż jurorów, którzy w tym roku mają prawdziwy komfort, inni wykonali za nich brudną robotę, oni tylko zdecydują, komu jaką przyznać nagrodę. A nagród będzie, zdaje się, dwa razy więcej niż konkursowych filmów.

Po dwóch dniach festiwalu prawie wszyscy są zadowoleni, no może poza tymi, których filmy odpadły w przedbiegach i nie zmieściły się nawet w sekcji Panorama. Mniej projekcji, więcej wolnego czasu, do tego wakacyjna pogoda, czego więcej chcieć? Wprawdzie nałogowi pożeracze filmów, do których się zaliczam, marudzą, że chętnie zobaczyliby więcej tytułów – także z tego praktycznego powodu, by potem mieć na rok spokój z polskim kinem – ale są w zdecydowanej mniejszości.

Wszystkie te proceduralne innowacje mało jednak interesują zwykłego widza, którego obchodzi jedynie to, co widzi na ekranie. A kinomani w tym roku wyjątkowo dopisali, w Multipleksie, gdzie odbywają się pokazy dla publiczności, są komplety, nawet na seanse prasowe wpuszcza się zwykłych widzów, spóźnialscy muszą więc siedzieć na schodach. Bywa niewygodnie, ale miło popatrzeć, że naród tak garnie się do sztuki.

Brutalna selekcja sprawiła, że nie ma w Gdyni filmów byle jakich, niedorobionych, na żenująco niskim poziomie artystycznym i technicznym. Po pierwszych projekcjach można wręcz się zachwycać, że nasi twórcy wreszcie równają do światowych standardów. Co nie znaczy, że mamy same arcydzieła. Jak do tej pory najwięcej pochwał zbierają dwa tytuły: „Kret” Rafaela Lewandowskiego i „Wymyk” Grega Zglińskiego. Pierwszy wraca do sprawy lustracji, co niektórych kolegów dziennikarzy zniechęciła jeszcze przed seansem, ale jak się okazało, niesłusznie. Autor fortunnie omija bowiem wszystkie możliwe schematy i mielizny, na których wyłożyli się twórcy wcześniej podejmujący podobny temat. Nie wynika z filmu, że oskarżony o współpracę górnik, jeden z liderów Solidarności, organizator krwawo stłumionego strajku w stanie wojennym, jest niewinny. Ale jednocześnie osąd jest sprawiedliwy i rozważny. Więcej tu trudnych pytań niż łatwych odpowiedzi. A najlepszym pomysłem w scenariuszu jest to, że na owe pytania musi też sobie odpowiedzieć syn złamanego przez bezpiekę b. bohatera. Przeszłość waszych ojców jest także waszym problemem – zdaje się mówić reżyser. Główne role zagrali doskonale Marian Dziędziel (ojciec) i Borys Szyc (syn).

Świetny duet aktorski występuje także w „Wymyku”. Robert Więckiewicz i Łukasz Simlat grają braci prowadzących firmę, przekazaną im przez chorego ojca. Są różni. Narzucają się wręcz biblijne skojarzenia z historią Abla i Kaina. Więckiewicz gra tego gorszego, starszego brata. Jest gorzej wykształcony i ubrany, nie ma dzieci, nie był za granicą, w ogóle niechętnie myśli o innowacjach w firmie i w życiu. Pewnie wolałby, żeby czas stanął w miejscu. Młodszy brat chce brać sprawy w swoje ręce, co doprowadza do sytuacji konfliktowych. Punktem kulminacyjnym filmu jest scena w pociągu podmiejskim, w którym chuligani zaczepiają wracającą z pracy dziewczynę. Młodszy brat staje w jej obronie, podczas gdy ten drugi raczej biernie przygląda się zdarzeniu, którego konsekwencje będą tragiczne. Od tego momentu zły brat już nie ma praktycznie szans odpokutować swej winy.

Dwie historie, jedna bardzo polska, druga uniwersalna. Obydwa filmy śmiało mogą reprezentować nasze barwy na zagranicznych festiwalach. Zwróćmy też uwagę na imiona reżyserów: Rafael i Greg. Obaj są Polakami mieszkającymi wiele lat za granicą. Startują z nieco inną wrażliwością i ambicjami. Kto wie, może przyszłość polskiego kina w coraz większym stopniu będzie zależała od Gregów i Rafaelów?

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj