Berlinale 2012 (cz. II) - Zaskoczenia i porażki
Nie ma wybitnych filmów, są za to niespodzianki. Tak można streścić pierwsze dni festiwalu, w których zabrakło mocnych, olśniewających propozycji na miarę wielkiej, światowej imprezy, jaką jest Berlinale.
Film Małgorzaty Szumowskiej „Sponsoring” został bardzo chłodno przyjęty przez krytyków na Festiwalu w Berlinie (na fot. Juliette Binoche w filmie).
Marion Stalen/materiały prasowe

Film Małgorzaty Szumowskiej „Sponsoring” został bardzo chłodno przyjęty przez krytyków na Festiwalu w Berlinie (na fot. Juliette Binoche w filmie).

Ceasar must die - kadr z filmu braci Taviani, w którym zagrali naturszczycy, autentyczni skazani z więzienia.
materiały prasowe

Ceasar must die - kadr z filmu braci Taviani, w którym zagrali naturszczycy, autentyczni skazani z więzienia.

Bracia Paolo i Vittorio Taviani, włoscy weterani kina.
materiały prasowe

Bracia Paolo i Vittorio Taviani, włoscy weterani kina.

Najwięcej satysfakcji przyniósł dramat dokumentalny „Caesar must die” weteranów włoskiego kina Paolo i Vittorio Tavianich. Bracia (każdy z nich przekroczył już 80.tkę) nakręcili go za kratami rzymskiego więzienia o zaostrzonym rygorze Rebibbia. Główne role grają naturszczycy, odsiadujący astronomiczne wyroki groźni mafiosi, zabójcy, członkowie Camorry. Prosto z celi kryminaliści przyprowadzani są na casting do teatralnego przedstawienia na podstawie „Juliusza Cezara” Szekspira, które chce z nimi wyreżyserować znany artysta, Fabio Cavalli. Angaż otrzymują nieliczni, ci co wykazali się choć odrobiną aktorskiego talentu. Reszta filmu to podpatrywanie prób, inscenizacja kluczowych scen na korytarzach i więziennym spacerniaku z efektownym finałem odegranym już we wnętrzu prawdziwego teatru.

Pomysł na psychodramę setki razy przećwiczony przez filmowców (nam się oczywiście kojarzy z nieśmiertelnym „Kopciuchem” Głowackiego) zadziałał w nieoczekiwany sposób. Momenty, w których osadzeni zakładają maski spiskowców i oto nagle zaczynają rozumieć własne emocje oraz odczuwać z powodu popełnionych zbrodni wyrzuty sumienia, są nie sentymentalne, a najczęściej komiczne. Jeden z gangsterów nazywa Szekspira geniuszem bo wydaje mu się, że pisarz tak dobrze zna świat Cosa Nostry, że musiał mieszkać w jego rodzinnym Neapolu. Inny wyznaje, że odkąd poznał sztukę, cela stała się dla niego prawdziwym więzieniem.

Ucieczka za berliński mur
Zaskoczeniem zmieniającym dotychczasowy, łagodny ton niemieckich opowieści o inwigilacji i Stasi w NRD, jest kameralny dramat psychologiczny „Barbara” Christiana Petzolda o lekarce przygotowującej się do ucieczki na Zachód pod koniec lat 70. ubiegłego stulecia. Reżyser nie gra na resentymentach, nie obśmiewa przaśnego enerdówka, nie chce rozgrzeszać, łagodzić ran ani udowadniać, że tajniacy byli również ofiarami komunistycznego systemu. Pokazuje, że w państwie Honeckera żyło się ni mniej, ni więcej, tylko jak w ponurym obozie otoczonym drutami kolczastymi, w którym panował obezwładniający strach, pleniło się donosicielstwo, więźniów politycznych torturowało i zmuszało do ciężkiej pracy fizycznej. Zdolnym zaś Stasi łamało kariery. Przypomina to wszystko nasze „Tam i z powrotem” Wojciecha Wójcika, gdzie panowała równie mroczna atmosfera, a jedynym światełkiem w tunelu była natychmiastowa emigracja. Petzoldowi udało się tę rozegraną w powolnym tempie - chwilami nawet melodramatyczną - historię opowiedzieć bez zacietrzewienia i nienawiści. Przygląda się z dużym wyczuciem swoim bohaterom, stara się ich obronić, niemniej brakuje w jego filmie głębszego napięcia. Nowe okazuje się to, że bohaterka (świetna rola Niny Hoss) podejmuje w końcu tragiczną decyzję o pozostaniu w kraju. Zamiast miłości, która na nią czeka za granicą, wybiera bezinteresowną pomoc innym. W imię solidarności.

Afrykański poemat
Najbardziej zaskakującą propozycję konkursową przygotował jednak Senegalczyk Alain Gomis w pięknym wizualnym, poetyckim, magicznym i zupełnie nieeuropejskim filmie „Aujour’hui” . Jest to niepokojąca, ludowa ballada utrzymana w klimacie kina Apichatponga Weerasethakula o wyobcowaniu, pożegnaniu z życiem, ostatnim dniu w Dakarze syna marnotrawnego. Trzydziestolatek powraca z Nowego Jorku, gdzie studiował prawdopodobnie na politechnice, ale niczego więcej o powodach jego dziwnego zachowania się nie dowiadujemy. Odwiedza dom rodziców, swoją pierwszą miłość, kumpli - którzy są teraz żebrakami albo robotnikami - a kończy wędrówkę w ramionach swojej żony i dwójki dzieci. Za każdym razem towarzyszy mu tłum gapiów, pełniący funkcję antycznego chóru, rozliczający go z win i tego co robił oraz kim był. Pada na przykład taka uwaga: „Zamierzasz umrzeć, lecz nawet w pełni nie żyłeś”. Innym razem zostaje obsypany litanią skarg pod swoim adresem, a zaraz potem pochwalony za przymioty charakteru.

Sprawia to wrażenie sennego dziwadła bijącego blaskiem dawnych filmów Antonioniego pomieszanych z egzotycznymi, afrykańskimi mitami i przypowieściami. Piękne i niepokojące.

Jeśli chodzi o „Sponsoring” Małgorzaty Szumowskiej to niestety spotkał się na Berlinale z dość chłodnym przyjeciem, co kontrastowało z szampańskim samopoczuciem autorów filmu. W recenzjach powtarzały się zarzuty schematyzmu i bardzo powierzchownego potraktowania tematu prostytucji. „The Hollywood Reporter” nazwał „Sposoring” „pustym i wyidealizowanym obrazem, nie mogącym liczyć na szersze zainteresowanie”.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj