Berlinale 2012 (cz.V) - Pogromy i spiski
Ostanie dni konkursowych zmagań przyniosły w końcu długo oczekiwany przełom. Pojawiło się kilka niezłych tytułów, chociaż mocnego kandydata do Złotego Niedźwiedzia wciąż brakuje (ogłoszenie zwycięzców w sobotę).
W trzygodzinnym epickim widowisku „White Deer Plain” pokazano upadek konfucjańskiego systemu wartości, koniec cesarskiej dynastii u progu XX wieku i narodziny komunistycznego reżimu.
materiały prasowe

W trzygodzinnym epickim widowisku „White Deer Plain” pokazano upadek konfucjańskiego systemu wartości, koniec cesarskiej dynastii u progu XX wieku i narodziny komunistycznego reżimu.

Duński melodramat w szekspirowskim stylu „A Royal Affair” Nicolaja Arcela to sprawca jak do tej pory największej niespodzianki.
materiały prasowe

Duński melodramat w szekspirowskim stylu „A Royal Affair” Nicolaja Arcela to sprawca jak do tej pory największej niespodzianki.

„Just the Wind” Bence Fliegaufa łączy ostrą, publicystyczną tematykę (pogromy Cyganów) z minimalistycznym stylem, oddającym grozę wydarzeń, jakie rozegrały się w sercu Europy w 2008 r.
materiały prasowe

„Just the Wind” Bence Fliegaufa łączy ostrą, publicystyczną tematykę (pogromy Cyganów) z minimalistycznym stylem, oddającym grozę wydarzeń, jakie rozegrały się w sercu Europy w 2008 r.

Fascynująco prezentowała się konfrontacja dwóch wizji rewolucji, ukazanych z perspektywy kochanków, łamiących zakazy panujące w konserwatywnych społeczeństwach. U Chińczyka Wanga Quanana w trzygodzinnym epickim widowisku „White Deer Plain” upadek konfucjańskiego systemu wartości, koniec cesarskiej dynastii u progu XX wieku i narodziny komunistycznego reżimu ukazano na przykładzie losu pary wieśniaków, sprzeciwiającej się respektowanym od wieków klanowym nakazom. Syn lokalnego przywódcy zostaje wyklęty za to, że pragnie poślubić cudzą żonę. W utrzymanym w konwencji ludowej opery filmie burzliwe perturbacje między kochankami są okazją do przedstawienia brutalnych zmian na szczeblach władzy, co nie wydaje się niczym nowym w tradycji chińskiego kina. Podobną narrację stosował Zhang Yimou („Żyć”), a zwłaszcza Chen Kaige w eposie „Żegnaj moja konkubino”. I może dlatego nie zyskał należnego mu uznania berlińskiej widowni w przeciwieństwie do duńskiego melodramatu w szekspirowskim stylu „A Royal Affair” Nicolaja Arcela – sprawcy jak do tej pory największej niespodzianki.

Arcel pokazuje proces gaszenia płomieni oświeceniowej rewolucji, która doprowadziła Ludwika XVI i Marię Antoninę na szafot - ale nie we Francji, tylko w państwie duńskim. Nosicielem rewolucyjnych idei, wyłożonych w książkach Woltera, Rousseau i Locke’a jest tu królewski lekarz Johan Friedrich Struensee, zakochany bez pamięci w duńskiej królowej Karolinie Matyldzie Hanowerskiej. Ich romans dziejący się za plecami upośledzonego psychicznie młodego króla Christiana VII (genialna rola Mikkela Folskgaarda) owocuje nowoczesnymi reformami despotycznego, skostniałego religijnie państwa. Lecz kończy się tragicznie, co filmowi wychodzi na dobre. To niesamowita lekcja historii, a zarazem uniwersalny, poruszający, głęboki dramat miłosny o traceniu złudzeń, pragnieniu niemożliwego i gorzkim smaku wolności.

Świetnym przyjęciem mógł się również poszczycić Węgier Bence Fliegauf, twórca poruszającego dramatu społecznego „Just the Wind”. Mimo chronicznego niedoinwestowania (rząd przestał dotować węgierski przemysł filmowy w ubiegłym roku), artyści nad Dunajem nie załamują rąk i nie obniżają jakości.

Zrealizowany w koprodukcji „Just the Wind” Bence Fliegaufa łączy ostrą, publicystyczną tematykę (pogromy Cyganów) z minimalistycznym stylem, oddającym grozę wydarzeń, jakie rozegrały się w sercu Europy w 2008 r. Zniszczono i obrzucono wtedy koktajlami Mołotowa 16 budynków na obrzeżach niewielkiej miejscowości. Oddano kilkadziesiąt strzałów z broni palnej. 55 osób zostało ciężko rannych, a 6 zamordowano.

Młody, urodzony w 1974 roku w Budapeszcie reżyser (wcześniej nakręcił m.in. znane z polskich ekranów poetyckie „Łono”) odwraca w filmie schematy, do jakich przywykliśmy, wyobrażając sobie przebieg takich nieszczęść. Prawie w ogóle nie pokazuje prymitywnych, trawionych rasistowską gorączką sprawców. Wiadomo kim są, jakie mają poglądy, co to za postawa. Nie dąży do jakiegoś społecznego uogólnienia (na ogół w kinie mało przekonywającego). Uwagę konsekwentnie kieruje na ofiary.

Co ciekawe, wizerunek Romów też wyłamuje się ze stereotypu. Filmowi Cyganie nie są żebrakami-złodziejami, nie chodzą z gitarami, nie tańczą i nie wymuszają sztucznie sympatii. Dorośli imają się najprostszych zajęć. Zbierają śmieci z zasypanych odpadami rowów przy autostradach, sprzątają hale sportowe. Dzieci chodzą do szkoły, albo wagarują. Poza swoją nędzą i tym, że są obcy, nie dają żadnych powodu do nienawiści. Fliegaufa nie interesuje gazetowa sensacja, opisywanie szczegółów masakry. Tylko eskalacja atmosfery przemocy poprzedzającej wybuch irracjonalnej agresji. Kamera z wyczuciem prowadzona przez Zoltana Lovasi blisko twarzy i ciał, nie odstępuje ani na krok trójki bohaterów: matki i jej dwójki nastoletnich dzieci. Dzięki takiej bliskości widzowie są w stanie odczuwać niemal to samo, co zabijani w ostatniej scenie ludzie.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj