Rozmowa z Bélą Tarrem
Nietzsche i cierpiący koń
Rozmowa z węgierskim reżyserem filmowym Bélą Tarrem, autorem „Konia turyńskiego”.
Od debiutu w wieku 22 lat stosuję wolną narrację, operuję zbliżeniami profilów twarzy, lubię klaustrofobiczną atmosferę - opowiada Béla Tarr.
Thomas Peter/Reuters/Forum

Od debiutu w wieku 22 lat stosuję wolną narrację, operuję zbliżeniami profilów twarzy, lubię klaustrofobiczną atmosferę - opowiada Béla Tarr.

Janusz Wróblewski: – Trudno o bardziej pesymistyczny film niż „Koń turyński”, w którym następuje opis sześciu dni agonii świata. Nie uważa pan, że kino, zamiast nihilizmu, powinno jednak wnosić jakąś nadzieję?
Béla Tarr: – A proszę mi powiedzieć: kiedy zapalają się światła po projekcji, widzowie czują się lepiej czy gorzej?

Ja byłem zdruzgotany.
Większość jest wzmocniona, czuje się podbudowana.

„Koń turyński” mówi o śmierci Boga…
Raczej o nieobecności, o braku Boga.

Nietzsche, głosząc śmierć Boga, popadł w szaleństwo. A pan, odwołując się do jego historii, zapowiada definitywne wycofanie się z reżyserowania. Czy to znaczy, że najlepszą odpowiedzią na brak Boga jest milczenie?
Zaraz, zaraz, po kolei. Był 1889 r. Nietzsche rzeczywiście powiedział, że Bóg umarł. Miejsce Boga zajął w jego filozofii człowiek. Potem mamy pamiętną scenę objęcia szyi konia, okładanego batem przez woźnicę, i płaczu filozofa na placu w Turynie, po której wybucha choroba psychiczna Nietzschego. To przełom. Wcześniej autor „Tako rzecze Zaratustra” nie przejmował się cierpieniem zwierząt. Wiemy, co się działo później. Aż do śmierci Nietzsche już się nie odezwał i niczego więcej nie napisał. A co się stało z koniem?

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną