Jerzy Płażewski – człowiek, który obejrzał 14,5 tysiąca filmów
Całe życie w kinie
Rozmowa z Jerzym Płażewskim o 14 500 filmach, które obejrzał.
Jerzy Płażewski - krytyk i historyk kina.
Tadeusz Późniak/Polityka

Jerzy Płażewski - krytyk i historyk kina.

Plakat z filmu „Towarzysze broni” - pierwsza pozycja na liście ulubionych filmów Jerzego Płażewskiego.
Wikipedia

Plakat z filmu „Towarzysze broni” - pierwsza pozycja na liście ulubionych filmów Jerzego Płażewskiego.

Jerzy Płażewski urodził się w Siedlcach 27 sierpnia 1924 r. Był wielkim pasjonatem kina i wybitnym, uchodzącym za wzór krytykiem kulturalnym. Współpracował z wieloma pismami branżowymi, m.in. z magazynami „Odrodzenie”, „Film”, „Przegląd Kulturalny” (tu pełnił funkcję dyrektora działu filmowego), „Życie Literackie”, „Film na Świecie” i „Kino” (jako kierownik działu zagranicznego). W latach 60. otworzył Warszawskie Kino Dobrych Filmów Wiedza, którym kierował do 1985 r.

Był też żywo zainteresowany historią. Do recenzowania filmów skłonił go zaś Tadeusz Konwicki, który w latach 40. ubiegłego stulecia pełnił funkcję sekretarza redakcji tygodnika „Odrodzenie”. Pisarz miał mu powiedzieć: „Ciągle przynoszę do ciebie teksty, a do mojego »Odrodzenia« nie ma komu pisać! Napisz!” (anegdotę tę Płażewski przytoczył w wywiadzie dla „dwutygodnik.com”). I napisał. Poza wszystkim w dziedzinach kulturalnych łatwiej mu było przechytrzyć cenzurę.

Jerzy Płażewski był dwukrotnym laureatem Nagrody im. Karola Irzykowskiego, jurorem prawdopodobnie wszystkich najważniejszych festiwali filmowych (dość wymienić Cannes, festiwal w Berlinie czy Karlowych Warach). Filmom poświęcił też wiele książek i publikacji („Filmy, które pamiętamy”, „Język filmu”, „Historia filmu dla każdego”). W 2008 r. został uhonorowany Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

Jerzy Płażewski co dwa tygodnie polecał filmy czytelnikom portalu Stopklatka.pl. Zaledwie dwa dni temu przypomniał wczesne dzieło Jeana-Luca Godarda „Męski, żeński”.

Legendą obrosło zwłaszcza jego prywatne archiwum – skrupulatnie notował, co obejrzał i jakie wywarło to na nim wrażenie. Od krytyków filmowych oczekiwał wszechstronności i znajomości kontekstu, a nie streszczeń i lakoniczności, na które skazują współczesne media. Zwykł powtarzać, że „przeszedł historię kina razem z jego rozwojem”.

„Dla nas, krytyków filmowych co nieco pamiętających jeszcze z dawnych czasów, to definitywny już chyba koniec pewnej epoki. Wszyscy, absolutnie wszyscy uczyliśmy się kina z jego »Historii filmu«. Również, a może przede wszystkim - miłości do kina. Smutno, jakoś wydawało się że będzie z nami zawsze” – wspomina Płażewskiego na Facebooku krytyk Łukasz Maciejewski.

Przypominamy wywiad (niżej), którego Jerzy Płażewski udzielił POLITYCE (nr 2/2013) przed dwoma laty. Pisaliśmy o nim wówczas: człowiek, który obejrzał 14,5 tys. filmów. Do tej pory ich liczba z pewnością wzrosła.

*

Janusz Wróblewski: – Skończył pan niedawno 88 lat. Skąd pan wie, ile filmów zdołał przez ten czas zobaczyć?
Jerzy Płażewski: – Mogę odpowiedzieć dość precyzyjnie, bo od 40 lat prowadzę stałe zapiski specjalnym ołóweczkiem elektrycznym, pozwalającym pracować po ciemku. Tych zapisanych, bo oczywiście zdarza mi się jakiś słabszy film pominąć, mam dziś 14 500.

Piękny wynik. Jak pan sobie radzi z taką górą notatek?
Odnalezienie potrzebnej informacji zajmuje mi nie więcej niż 30 sekund. Są skatalogowane, ułożone chronologicznie, wedle oryginalnych tytułów, chyba że film był na przykład po kantońsku, wtedy zachowuję tytuł polski.

Co pan tam zapisuje?
Rzeczy, które by się zapomniało. Na przykład cytaty, bon moty, szczegóły akcji. Ale też sprawy niezwiązane bezpośrednio z fabułą, osobiste impresje, a nawet takie drobiazgi jak piękny zachód słońca nad Sorrento. To wszystko przydaje się potem do pisania recenzji.

Często pan korzysta z tych zapisków?
Czasem do nich wracam. Pomagają na przykład w prowadzeniu bloga na portalu filmowym SFP, który poświęcam historii kina. Omawiam klasykę, głównie z lat 60., przypominając młodszym internautom, jak pewne tytuły były przyjmowane, co wówczas o nich myślano.

Dlaczego kino stało się pana pasją?
Za moich bardzo młodych lat w gimnazjum siedleckim zawiązaliśmy kółko miłośników filmu. Nie stać nas było na chodzenie do kina Światowid. Składaliśmy się na jeden bilet i przez boczne drzwiczki na balkon jeden z nas wpuszczał resztę. Nie lubiłem dyskutować z kolegami. Wolałem zostawać sam z wrażeniami, chodzić do pobliskiego parku, żeby pobyć jak najdłużej w atmosferze filmu. Miałem chyba nie najgorszy gust, skoro za najlepszy przedwojenny film uznawałem „Towarzyszy broni” Jeana Renoira. W 1934 r. aplikantka mojej matki, która była adwokatką, podarowała mi pod choinkę dość gruby, świecący ołówek. Miałem więc sprzęt do dzielenia się przeżyciami w kinie. Dość długo jednak się wahałem, czy zajmować się tym serio.

Dlaczego?
Nie przychodziło mi na myśl, że to może być zawód. Bardziej pociągała mnie historia. Po wojnie czuło się niedosyt Polski. Niemcy, a potem Sowieci zarzucali propagandą. Pierwsza książka, jaką napisałem, nazywała się „II wojna światowa”. Była próbą naszkicowania podstawowych faktów, o których się mało wiedziało. Za cenę kilku skreśleń o działalności rządu Sikorskiego jakoś ją wybroniłem przed cenzurą. O Katyniu wiedziałem, nie mogłem oczywiście nic napomknąć, poza jednym zdaniem, że odkryto groby polskich jeńców wojennych.

Później, rozwijając pracę magisterską, wydałem „Szablę i pióro” o generale Józefie Hauke-Bosaku, który rzucił służbę w carskim wojsku i został ostatnim przywódcą powstania styczniowego. Nie spodziewałem się, że furię cenzury wywoła nie tyle rozdział o walkach Polaków z Rosjanami, co epizod kaukaski wodza. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że dotykam jakiegoś czułego punktu radzieckich towarzyszy. Zrozumiałem, że cokolwiek napiszę, będę miał z tym kłopoty. I wtedy wróciłem do kina.

Wybrał pan mniejsze zło?
Gdy ukończyłem SGPiS w Łodzi, ściągnięto mnie do Warszawy na sekretarza redakcji „Świata Młodych”, dość ciekawego pisma, odpowiednika „Przekroju”. Nie miałem gdzie spać, nocowałem w redakcji. Dział filmowy prowadził Tadeusz Konwicki, który jednocześnie pracował jako sekretarz redakcji „Odrodzenia”. On mnie namówił na pisanie recenzji. Przypomniałem sobie przedwojenne uniesienia filmowe. I jakoś poszło.

Nie żal panu było historii?
Właściwie nie. W stalinizmie teksty ostro cenzurowano. Należało sobie tylko winszować, że o kinie mogę pisać bardziej prawdziwie. Mniej kłamiąc. Nie pisząc o rzeczach, o których pisać nie chcę. Nikt z nas nie przypuszczał, że komuna kiedyś się skończy. Decydując się na pozostanie w Polsce, staraliśmy się tylko jakoś ugłaskać ten socjalizm.

Z jakim skutkiem?
Na początku lat 50. wyłapano członków antykomunistycznej organizacji podziemnej Miecz i Pług. Składałem zeznania jako przewodniczący bratniej organizacji Młody Nurt. Jeden z ławników zażądał mojego aresztowania. Cudem uniknąłem więzienia. W 1950 r. aresztowano mojego ojca, pułkownika Wojska Polskiego, komendanta Wojskowego Instytutu Naukowo-Wydawniczego, pod zarzutem współpracy z przedwojenną kadrą oficerską. Wszędzie węszono, szukano spisków. Wypuszczono go bez procesu. Potem zamknięto mojego teścia, prokuratora Siewierskiego. Dostał trzy lata za faszyzowanie życia w przedwojennej Polsce. Siedział na Rakowieckiej razem z hitlerowskimi zbrodniarzami, których wcześniej oskarżał, m.in. z namiestnikiem Kraju Warty Arthurem Greiserem i nadzorcą obozu koncentracyjnego w Stutthofie Albertem Forsterem. Widząc, co się dzieje, szukałem bezpiecznej niszy, w której można w miarę normalnie żyć i dawać od siebie coś pożytecznego.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj