Koncerty dla śpiących
Drzemka session
Badacze zastanawiają się, czy sen służy muzyce. Twórcy sprawdzają to na sobie i publiczności.
Robert Rich zagrał najcichszy, a zarazem najgłośniejszy koncert festiwalu Unsound.
Anna Spysz/Unsound

Robert Rich zagrał najcichszy, a zarazem najgłośniejszy koncert festiwalu Unsound.

W październikową noc w krakowskim hotelu Forum usnęło około 200 osób. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jako hotel to miejsce dawno nie działa – krakowiacy rozpoznają je raczej jako gigantyczny betonowy wieszak na billboardy reklamowe. W środku odbywała się jednak impreza festiwalu Unsound – kalifornijski muzyk Robert Rich zagrał swój pierwszy od lat „sleep concert”, który miał nie tyle zapewnić nocny wypoczynek publiczności (zaopatrzonej w śpiwory – rzecz odbywała się w dawnym hallu hotelu), co raczej sprawić, by weszła tylko w pierwszą fazę snu. Drzemała płytko, ale nie zasnęła głęboko. Ma to zapewnić muzyka Richa przez całą noc, bo koncert trwa osiem godzin.

O co w tym wszystkim chodzi? O to samo co na Stanfordzie, gdzie Rich – jeszcze jako student – zorganizował pierwszy nocny koncert, w lutym 1982 r., dla kilkunastu znajomych. – Pracowałem w tamtejszym Sleep Center u boku Stephena LaBerge’a, który zajmował się świadomym snem – tłumaczy Rich. – Sytuacjami, gdy zdajemy sobie sprawę z tego, że śnimy, nie wybudzając się ze snu, dzięki czemu możemy kontrolować marzenia senne. Budowałem urządzenia elektroniczne, które pomagały ludziom rozwijać tę umiejętność.

Zjawisko to, po angielsku zwane lucid dreaming, masowa publiczność może kojarzyć z fantastyczną wizją z filmu „Incepcja” Christophera Nolana.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj