Kawiarnia literacka
Dźwięk doskonale upiorny
Nigdy nie podejrzewałem, że zamieszkaliśmy w nawiedzonym domu – w sumie nie wiem, skąd takie przekonanie, w końcu żyjemy w samym środku miasta-upiora, Warszawy-Feniksa, lecz i Warszawy-zombie, gdzie na każdym rogu kogoś rozstrzelano. A jak nie rozstrzelano, to wyrzucono z okna, a jak nie wyrzucono z okna, to przynajmniej powieszono.

Ale nie, żadnych podejrzanych skrzypień, stukań, zawodzeń, żadnego wiatru łkającego w kominach, żadnych gałęzi skrobiących o szyby. Aż do tamtego wieczoru.

Była późna jesień, może już zima – za oknem latarnia przeświecająca przez gołe drzewa, ciemność zapadająca wcześnie i znikająca późno, ale wewnątrz mimo to przytulnie, dzięki dobrodziejstwom centralnego ogrzewania oraz dwóm skrzydłom sięgającej sufitu biblioteki, która okala nasze biurka. Jesienny wieczór jak z powieścidła: grzbiety książek, imbryk z herbatą, cisza, stukanie w dwie klawiatury pod dwiema zapalonymi lampkami.

I nagle w tym wszystkim ten... Huk? Nie, to nie jest dobre słowo. Dźwięk, z pewnością, dźwięk zrywający z miejsca i ciągnący nas za włosy do drugiego pokoju, ale nie huk. Coś między zgrzytem, jękiem, coś jak fortepian zrzucany z piętra – ideał sięgał bruku wszak o rzut beretem od tych biurek, przy skrzyżowaniu Świętokrzyskiej z Nowym Światem – coś szarpiącego, jak skarga, coś, co można nazwać na sposoby poetyckie i prozatorskie, ale w każdym razie: głośne jak cholera.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj