Koniec ery Bridget Jones?
Nie ma Renée Zellweger, to jakaś inna kobieta – grzmią chętnie zabierający głos internauci. A skoro nie ma Renée Zellweger, to światu ubyło też trochę Bridget Jones.
materiały prasowe

Zennie Abraham/Flickr CC by 2.0

„Nie wygląda, jakby przeszła operację plastyczną. Wygląda, jakby pożyczyła czyjąś twarz”. „Smutne”. „Mój mózg przeżywa katusze…”. „Prawdziwą twarz sprzedała pewnie na ebayu”. „Zawodowe samobójstwo”. „Mark [filmowy partner] by jej nie rozpoznał”. „Nawet niedowidzący mężczyzna jadący na pędzącym koniu zobaczyłby różnicę”. Tak na odświeżony wizerunek 45-letniej Renée Zellweger reagują internauci. Jeden z nich słusznie zresztą zauważył, że fala komentarzy – która wezbrała po opublikowaniu aktualnych zdjęć aktorki – to raczej rodzaj (poznawczego) szoku niż jednoznacznej krytyki.

Sama Zellweger robi – nomen omen – dobrą minę do złej gry. – Cieszę się, że ludzie sądzą, że wyglądam inaczej! Prowadzę teraz inne życie, jestem szczęśliwa, spełniona i podekscytowana, że te zmiany są widoczne – tłumaczy na łamach magazynu „People”. – Ponieważ strzegę swojej prywatności, ludzie sami węszą wokół jakiejś nikczemnie wymyślonej prawdy, która tak naprawdę nie istnieje. Eksperci mają na ten temat inne zdanie. Dr Alex Karidis z London’s Karaidis Clinic wylicza: lifting oczu, botoks, terapia ultradźwiękami... Tylko tak, jego zdaniem, da się wytłumaczyć zmiany, której w niej przez lata zaszły.

Zellweger na publiczny osąd wystawiła się w ostatni poniedziałek – wzięła udział w gali wręczenia nagród magazynu „Elle” w Beverly Hills. Sprawę odnotowały chyba wszystkie poważne (i poważane) serwisy. O co tyle szumu?

Chirurgii plastycznej zaufało wielu. Znawcy tematu wymieniają jednym tchem: Meg Ryan, Lara Flynn Boyle i Melanie Griffith... Zellweger, dopisując się do tej listy, bardziej niż sobie zaszkodziła jednak mitowi, który sama przed laty stworzyła. Wcielając się w rolę Bridget Jones – kobiety nieco fajtłapowatej, niestroniącej od używek, desperacko poszukującej miłości – posłużyła za wzór (by nie powiedzieć dosadniej: ikonę popkultury) i posłała w świat czytelny przekaz: owszem, można być (wdzięcznie) niezdarnym i niedoskonałym, podejmować nie najlepsze decyzje, a mimo to osiągnąć jakiś rodzaj spełnienia. Helen Fielding, autorka książek o Bridget, święci triumfy do dziś właśnie dlatego, że podsuwa czytelni(cz)kom prostą receptę na szczęście. Zellweger chcąc nie chcąc stała się zakładniczką tego mitu. 

Z Bridget wiele kobiet się utożsamiało, ale może niedobrze się stało, że utożsamiano z nią samą (tę dawną) Zellweger. 

Ironia losu (ale i smutny hollywoodzki schemat), że aktorka słynąca z poświęcenia, gotowa dotąd tracić i przybierać na wadze, jeśli tylko scenariusz tego wymagał, znana z niespotykanego w tej branży dystansu, postanowiła zmienić się nie do poznania. – To klasyczna pułapka, w którą wpadają znane z mediów kobiety: albo nie robisz operacji i znajdujesz swoje zdjęcie na liście „zaniedbanych”, albo robisz operacje i znajdujesz się na liście tych, które „zrobiły sobie transplantację głowy” – tłumaczy dr Elżbieta Korolczuk, socjolożka z uniwersytetu w Göteborgu.

Komentarze sugerują, że Zellweger nie jest zatrudniania, bo jej twarz jest nie do rozpoznania. Ale może warto byłoby zapytać, ile aktorek po 45. roku życia znajduje zatrudnienie? Jedna Meryl Streep wiosny nie czyni – zastanawia się dr Korolczuk. To już Leszek Kołakowski mawiał, że z kultu młodości należy się wyzwolić, bo „może kawał życia zmarnować”. Niełatwa to sztuka.

Trzecia część losów Bridget Jones ma wejść na ekrany w 2015 roku. Materiałów prasowych i zdjęć z planu na razie próżno szukać.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj