Jaką sztukę kupują Chińczycy
Chiny Pany
Gust Chińczyka to jeden z głównych czynników wpływających na rynek sztuki. Każdy chce dziś dobrych artystycznych relacji z tym bogacącym się krajem, próbujemy i my.
Fragment wystawy braci Gao w pekińskiej 798 Art Zone, rzeźba „Nieszczęsna prostytutka”.
Jason Lee/Reuters/Forum

Fragment wystawy braci Gao w pekińskiej 798 Art Zone, rzeźba „Nieszczęsna prostytutka”.

Dopóki Chińczyków szczelnym kordonem oddzielano od jakiejkolwiek sztuki ze świata i od własnej historii, ich rzeczywistość artystyczna ograniczała się do osobliwej, azjatyckiej wersji socrealizmu. Cywilizację Zachodu zaś interesowało co najwyżej ściąganie stamtąd wystaw z artefaktami z zamierzchłej przeszłości.

Później wszystko się skomplikowało. Nie tylko Chiny zaczęły otwierać się na świat, ale i świat zaczął coraz bardziej zezować w stronę Państwa Środka. A przede wszystkim – w Pekinie, Szanghaju i okolicach pojawiły się wielkie pieniądze. I wydawało się, że po raz kolejny będziemy świadkami starego scenariusza, sprawdzonego już na japońskich prezesach, bliskowschodnich szejkach i rosyjskich nowobogackich: zachodni „world art” łaskawie zgadzał się na zagospodarowanie ich finansowych nadwyżek. Nie docenił jednak siły chińskiej specyfiki.

Świat chce Chin

Moda na ściąganie wielkich historycznych ekspozycji nie minęła. Przebojem ostatniej dekady była oczywiście wędrująca po świecie i bijąca rekordy popularności terakotowa armia. Jej pierwsza odsłona w londyńskim British Museum (2008 r.) przyciągnęła 850 tys. widzów, zaś w kolejnych 40 krajach gliniane oddziały obejrzało łącznie 20 mln osób. Mieliśmy swój odprysk tego szaleństwa – w latach 2007–14 kilkakrotnie objeżdżały Polskę nieduże wystawy ze współczesnymi replikami terakotowych wojowników.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj