Dinozaury z Faith No More wracają na scenę
Hejt No More?
Faith No More to dziwaczny relikt cudownych dla rockowej muzyki lat 90. Może przypomnieć ich szalonego ducha bez przeobrażenia się w radiową, familijną, stadionową karykaturę samych siebie.
Faith No More w Kalifornii, 1992 r., od lewej: Mike Patton, Mike Bordin, Billy Gould, Jim Martin, Roddy Bottum
Ian Dickson/ArenaPAL/Top Foto/Forum

Faith No More w Kalifornii, 1992 r., od lewej: Mike Patton, Mike Bordin, Billy Gould, Jim Martin, Roddy Bottum

W takim stylu! Gdy wracasz, robisz to właśnie w takim stylu! – napisał ktoś pod informacją o premierze pierwszego od 17 lat studyjnego albumu Faith No More. Lecz trudno dokładnie powiedzieć, jaki to styl. Bo amerykańscy muzycy wracają w tych samych pogrzebowych garniturach, w których rozstawali się, zmęczeni konfliktami, jeszcze w ubiegłym stuleciu, gdy wielu dzisiejszych podekscytowanych fanów grupy nie było jeszcze na świecie. Wracają z tą samą abnegacją, z którą schodzili ze sceny: „Jesteśmy starzy, jesteśmy martwi, jesteśmy pieprzonymi dinozaurami”. Więc może chodzi po prostu o styl muzyczny, jak zawsze karkołomny i nieprzewidywalny. Mówiąc o płycie „Sol Invictus”, dinozaury z Faith No More nonszalancko zapowiadały: „Będzie gotycka, z wpływami Siouxsie and the Banshees oraz Roxy Music”.

„Sol Invictus” nie tyle wieszczy, co wieńczy powrót FNM na karuzelę show-biznesu. Grupa od sześciu lat koncertuje w niemal oryginalnym składzie – z czasów jej największej świetności brakuje tylko gitarzysty Jima Martina. Część utworów, które trafiły na nowy album, znamy właśnie z koncertów, również tych w Polsce (dwa razy w Gdyni, raz w Poznaniu). One, w tym singlowe „Motherfucker” i „Superhero”, przekonały nawet największych sceptyków, że to comeback stylowy i godny wcześniejszych dokonań zespołu.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj