Ironia Nanniego Marettiego
Nieznośny ciężar bytu
Ironiczne spojrzenie na to, co w życiu najważniejsze, zaowocowało najlepszym filmem w karierze Nanniego Morettiego. „Moja matka” do kupienia z POLITYKĄ.
Osobisty kryzys bohaterki-reżyserki odbija się na jej relacjach z ekipą filmową. Na fot.: Margherita Buy i John Torturro.
Gutek Film

Osobisty kryzys bohaterki-reżyserki odbija się na jej relacjach z ekipą filmową. Na fot.: Margherita Buy i John Torturro.

DVD z filmem „Moja matka” będzie można kupić z następnym wydaniem POLITYKI. W kioskach, wyjątkowo, od wtorku 24 maja.

DVD z filmem „Moja matka” będzie można kupić z następnym wydaniem POLITYKI. W kioskach, wyjątkowo, od wtorku 24 maja.

Scenarzysta, aktor, reżyser, a także właściciel firmy producenckiej Sacher oraz kina o tej samej nazwie w rzymskiej dzielnicy Trastevere jest gwiazdą i symbolem artystycznej niezależności. Celebrytą i outsiderem. Nanni Moretti zdobywał prestiżowe nagrody, m.in. Srebrnego Lwa w Wenecji („Złote sny”), Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie („Idźcie, ofiara spełniona”), a nawet Złotą Palmę w Cannes („Pokój syna”), tymczasem poza ojczyzną nie jest tak sławny i rozpoznawalny jak ostatnio Paolo Sorrentino, młodszy o 17 lat laureat Oscara. A przecież inspirują ich podobne zjawiska: choroby i patologie współczesnych Włoch. Morettiego o wiele bardziej obchodzi jednak jego własne życie, o którym obsesyjnie opowiada nawet wtedy, gdy na ekranie nie reżyseruje i nie gra samego siebie. Samoświadomość jako źródło niepokoju. To jego temat.

„Moją matkę”, jedno z odkryć minionego sezonu, festiwalowe laury niestety ominęły. To dzieło nietypowe, na wskroś autobiograficzne. Smutna komedia o miłości i śmierci. Krytycy pisali, że czuje się w niej pogodne, momentami rozbrajająco zabawne echa „Ośmiu i pół”. Tyle że film jest poświęcony zmarłej kilka lat temu matce włoskiego idola, nauczycielce łaciny, u której stwierdzono nieznaną chorobę. Swoje alter ego – lewicowego reżysera kręcącego zaangażowany dramat społeczny „Noi Siamo Qui” (Jesteśmy tu) o robotnikach protestujących przeciwko przejmowaniu fabryki przez nowego właściciela – Moretti powierzył (ku zaskoczeniu fanów) aktorce Marghericie Buy, uzasadniając to chęcią naszkicowania potrójnego, trzypokoleniowego portretu rodzinnego kobiet: matki, córki i jej dorastającej wnuczki. Sam gra wyrozumiałego brata, troskliwie ofiarnego inżyniera obdarzonego mieszaniną cech własnego rodzeństwa.

Przekorny autoportret

W przejmującym pożegnaniu Moretti zawarł zarazem przekorny autoportret. Wyśmiał swój egocentryzm, obnażając niedoskonałości i błędy zapatrzonej w siebie reżyserki przeżywającej kryzys wieku średniego. Jej – czy raczej jego – problemem jest nieznośne, schizofreniczne rozdarcie między zawodowymi ambicjami a prozą życia. Niedająca się pogodzić z przyziemnymi obowiązkami misja bycia sumieniem Włoch.

Bohaterka rozstaje się z partnerem. Traci kontakt z córką. Użera się ze sprowadzonym z Hollywood gwiazdorem, który okazuje się mitomanem, na swój sposób uroczym nieudacznikiem. Tworząc sztukę proletariacką, próbuje walczyć, zmieniać świat (Moretti zaczynał karierę, wierząc w sens kina społecznie zaangażowanego), niemniej po latach beznadziejnych potyczek z głupimi krytykami oraz kapryśną publicznością dociera do niej, że to niemożliwe. W jej lękach, zwątpieniu, osobliwej metodzie pracy („aktor ma grać tak, jakby stał obok siebie”), charakterystycznym dystansie polegającym na chwilowym wyłączaniu się z rzeczywistości – wpisane są wszystkie obsesje 63-letniego Morettiego.

Ekstrawertyka o przepastnym ego lepiej nie porównywać z Fellinim. Nie jest magiem ani prowokatorem, tylko realistą. Równie często czerpie z humoru wywodzącego się z codziennego życia, cechuje go jednak swego rodzaju intelektualne wycofanie. „Nie dyskutuj z reżyserem, on zawsze ma rację” – radzi awanturującemu się aktorowi w „Mojej matce”, mając bez wątpienia na myśli siebie. Jako oświeconego despotę konsekwentnie ciągnie go w stronę psychoanalizy, rozpamiętywania zwłaszcza cudzego niespełnienia. Zaznacza uczciwie, że ciekawią go osoby, którym się wydaje, że wiedzą wszystko o ludzkich słabościach: specjaliści, co potrafią skutecznie pomagać innym, ale gdy nieszczęście dotyka ich samych, naukowa aparatura okazuje się nieprzydatna. Nie są w stanie jej zastosować. Najczęściej sam takie postaci grywa.

W „Pokoju syna” Moretti wcielił się w psychoterapeutę, który nie umie się skonfrontować ze śmiercią ukochanego syna. W „Habemus Papam – mamy papieża” gra psychoanalityka interpretującego Biblię, jakby to był zapis klinicznej depresji Boga. Grany przez niego intelektualista śmiało kwestionuje zasady religijnego przywództwa, obnaża iluzję wiary, podważa sens konklawe, krytykuje skostniałą strukturę Kościoła katolickiego, nieświadomie stając się więźniem swoich metod i zakładnikiem Watykanu. Powściągliwość i dystans to jego specjalność. Między innymi z powodu cierpkiego humoru bywa nazywany włoskim Woodym Allenem. „Mam z natury okropnie smutną twarz. Nie uśmiecham się. Gdybyście nie wiedzieli, że jestem komikiem, byłbym wcieleniem smutku” – mógłby powtórzyć za nowojorczykiem.

W „Mojej matce” autoironia działa ożywczo jak balsam, odciągając od mroku żałoby znaczonej intensywną muzyką Arvo Pärta. Wygłupy Johna Turturro grającego karykaturę amerykańskiego celebryty, który dodaje sobie charyzmy opowieściami o rzekomej współpracy ze Stanleyem Kubrickiem, wzruszają do łez. Moretti wielokrotnie dawał świadectwo, że w taki właśnie sposób traktuje swoje życie. Komizm jako nieodłączna część tragizmu. Szczerość osiągana poprzez dystans. Śmiech, gdy zwierza się z bólu. Tu odnalazł najwłaściwszy ton równoważący smutek, podniosłość, nieuchronność przemijania. Osiągnął to prostymi, realistycznymi środkami, bez fantazyjnej przesady i surrealistycznego sarkazmu jak w „Wielkim pięknie”, do którego – na zasadzie kontrastu – można porównać skromną, wyciszoną „Moją matkę”.

Dziecko swojej epoki

Manifestujący przywiązanie do lewicy Moretti wydaje się nieodrodnym, choć trochę przekornym dzieckiem swojej epoki. Jego ojciec, filolog klasyczny uczący studentów greki, wpoił mu szacunek do tradycji i często gościnnie grywa w filmach syna. Sam Nanni, za młody, by rzucić się w wir i poczuć na własnej skórze smak kontrkultury, sympatyzował jednak z ruchem obalającym kanony mieszczańskiej stabilizacji, bacznie śledząc ferment i przebieg rewolucji lat 60. Jej symbolem we Włoszech stał się Pasolini, mistrz pokolenia Morettiego, ale nie jego. „To wy krzyczeliście straszne i gwałtowne rzeczy i wy jesteście teraz szpetni. Ja krzyczałem rzeczy słuszne i teraz jestem wspaniałym 40-latkiem” – kpił w „Dzienniku intymnym” z różnej maści ekstremistów żyjących w cieniu dawnej legendy.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj