Dużo Szekspira na dużym ekranie. Najciekawsze adaptacje zobaczymy we Wrocławiu
Reżyser Szekspir
Filmów na podstawie dzieł Szekspira powstaje tyle, że warto je od czasu do czasu nadrobić albo przerobić od nowa. W najbliższych miesiącach będzie ku temu wyjątkowo dużo okazji.
Karolina Żelazińska/Polityka

„Burza” (1979), rez. Derek Jarman
mat. pr.

„Burza” (1979), rez. Derek Jarman

„Wiele hałasu o nic” (1993), reż. Kenneth Branagh
mat. pr.

„Wiele hałasu o nic” (1993), reż. Kenneth Branagh

„Henryk V” (1944), reż. Laurence Olivier
mat. pr.

„Henryk V” (1944), reż. Laurence Olivier

„Henryk V” (1989), reż. Kenneth Branagh
mat. pr.

„Henryk V” (1989), reż. Kenneth Branagh

„Anielskie rozmowy” (1985), reż. Derek Jarman
mat. pr.

„Anielskie rozmowy” (1985), reż. Derek Jarman

„Tragedia Makbeta” (1971), reż. Roman Polański
mat. pr.

„Tragedia Makbeta” (1971), reż. Roman Polański

Dzieła Williama Szekspira przeniesiono na duży ekran (scen teatralnych nie pomnę) blisko 500 razy. Sporo jak na twórcę, którego tożsamość od czasu do czasu się kwestionuje, a w każdym razie bezskutecznie ustala. Ale wróćmy do kinematografii: żeby każdą z adaptacji obejrzeć, jedną po drugiej, trzeba by poświęcić miesiąc, nie odrywając przy tym wzroku od ekranu. I co najmniej drugie tyle, żeby wszystkie je przestudiować, zestawić, porównać, uporządkować. Żaden inny twórca na świecie – co brzmi trywialnie, ale nie mija się z prawdą – nie śmiałby marzyć o takim wyniku. Ani dawniej, ani tym bardziej dziś, w czasach gdy wpływ literatów na rzeczywistość jest bez porównania mniejszy. W najlepszym razie, rzecz jasna, omawia się ich książki i cytuje, co mają do powiedzenia.

A potem bywa, że się o nich zapomina (i o autorach, i o książkach, i o cytatach). Inaczej z Szekspirem, o czym najlepiej świadczy rozmach trwających właśnie obchodów 400-lecia jego śmierci. Brytyjczycy mawiają, że to przejaw Bardolatry – osobliwej, bo obsesyjnej wręcz fascynacji jednym z najwybitniejszych twórców wszech czasów. Fascynacji połączonej na ogół z potrzebą twórczego opracowania jego dorobku.

Zresztą nie trzeba okrągłej rocznicy, żeby przypomnieć sobie o Szekspirze. Mamy inne, regularne okoliczności – wypadający 23 kwietnia Światowy Dzień Książki (dzielą z Szekspirem tę datę Miguel de Cervantes i Garcilaso de la Vega, cóż z tego, że w przypadku Szekspira jest ona tylko i aż umowna), powstające wciąż teatry jego imienia, ślady w języku (także polskim), popkulturze, literaturze, dowolnie rozumianej sztuce. I filmy, last but not least.

W tym roku – roku szekspirowskim – będzie je sobie można kilkakrotnie odświeżyć. W ramach 16. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego T-Mobile Nowe Horyzonty we Wrocławiu (21–31 lipca) British Council oraz Stowarzyszenie Nowe Horyzonty pokażą siedem rozmaitych adaptacji, podczas Olimpiady Teatralnej (też Wrocław, 14 października–14 listopada) – aż siedemnaście. 

Chwilę temu odbyła się zaś premiera filmowej adaptacji sztuki „Maxine Peake Hamlet”, przygotowanej przez Royal Exchange Theatre w Manchesterze i wyreżyserowanej przez Margaret Williams, w Polsce pokazanej przez British Council wspólnie z Multikinem. Nietrudno się domyślić, że chodzi o „Hamleta”, a główną rolę odgrywa tu Maxine Peake. Tak właśnie – kobieta.

Szekspir inaczej

Przeglądy, o których mowa wyżej, są tym ciekawsze, że nie obejmują głośnych, najnowszych produkcji, lecz raczej takie, które współczesny widz mógłby przeoczyć – i takie, do których trudno dziś dotrzeć. Będą to głównie produkcje brytyjskie, co nie bez znaczenia, bo o Szekspirze opowiadają tu jego rodacy. Nowatorsko, odważnie, czasem kontrowersyjnie, obchodzą się z Szekspirem w sposób nieliteralny i nieoklepany.

A przecież mowa o dziełach nie raz już wystawianych na scenie i nie raz wyświetlanych na ekranie, pewnie też nie raz przez wielu odczytanych i zinterpretowanych. Tyle że twórcy – zwłaszcza reżyserzy – wciąż szukają na Szekspira nowego (autorskiego) sposobu. Do takich należałoby zaliczyć wizjonera Dereka Jarmana (zmarł w wieku 52 lat w 1994 roku). Jego „Burza” (1979) jest bodaj najbliższa duchowi oryginału. Sztukę próbowano już zaliczać do komedii i romansu, u Jarmana (tak jak u Szekspira!) tej jednoznaczności nie ma. Dość wspomnieć, że zanim film powstał, reżyser napisał dla niego cztery różne scenariusze. Po komedii nie ma tu śladu, to mroczna, gotycka, pełna paradoksów opowieść, która na dodatek rozgrywa się głównie nocą. Niby mamy szczęśliwe zakończenie, ale – inaczej niż w sztuce – puentą jest tutaj słynne zdanie Prospera, który… No właśnie – najlepiej obejrzeć, sprawdzić i we własnym sumieniu rozsądzić, czy „Burza” to rzeczywiście po nowemu rozumiana komedia i nic ponadto.

O ile taką „Burzę” widzowie mogli przyjąć bezkrytycznie, a przynajmniej bez wielu zastrzeżeń, o tyle „Anielskie rozmowy” (1985) Jarmana – już niekoniecznie. Rzecz jak na owe czasy wydaje się i nowatorska, i ryzykowna. Nie uświadczymy w tym skromnym filmie nawet dialogów. 50-letnia wówczas Judi Dench recytuje czternaście szekspirowskich sonetów, w tle zaś migają nam senne, hipnotyczne, liryczne (a jakże) obrazy, których pozornie nic nie łączy. W istocie jest to opowieść o miłości, stale poszukiwanej i gubionej. Miłości między dwoma mężczyznami, dodajmy. Dla sekwencji bardzo emocjonalnych scen narracja Dench jest kontrapunktem, niezbędnym uzupełnieniem i – naturalnie – perfekcyjnie dobranym komentarzem. Sam Jarman podkreślał, że to jeden z najsurowszych, a zarazem najbliższych mu reżyserskich eksperymentów.

Z podobną żarliwością mierzył się z Szekspirem reżyser Kenneth Branagh. Zaczął od „Henryka V” (1989), i był to nie tylko początek jego przygody z twórczością Barda, którą był i pozostaje zafascynowany, ale z reżyserowaniem w ogóle (Branagh jest dość popularnym brytyjskim aktorem). Odważnie – bo przecież świat znał już pompatyczną, zrealizowaną z rozmachem, ale też w zupełnie innych okolicznościach (II wojna światowa), wersję Laurence’a Oliviera z 1944 roku. Propozycja Branagha jest skromniejsza (choć w obsadzie znów m.in. Judi Dench, no i sam Branagh), stonowana wizualnie, ale i odmienna w wymowie – bardziej niż na podstępnej naturze polityki reżyser koncentruje się na złożoności charakteru Henryka. Obaj – Olivier i Branagh – znaleźli u Szekspira wątki ważne dla każdego z osobna. I we Wrocławiu obie te wersje będzie można zobaczyć.

Branagh wracał i wciąż wraca do Szekspira. Zawsze z gwiazdorską obsadą. W „Hamlecie” (rzecz z 1996 roku – i tu znów nasuwają się skojarzenia z Olivierem, który swojego „Hamleta” zrealizował cztery dekady wcześniej) zobaczymy m.in. Kate Winslet w roli Ofelii, Judi Dench jako Hekabe i Gerarda Depardieu jako służącego Reynalda. Nieokrzesanym Hamletem jest rzecz jasna sam reżyser, który – trzeba przyznać – kradnie całe widowisko. W bezpretensjonalnie zabawnym „Wiele hałasu o nic” (1993) obejrzymy zaś bardzo młodych i obiecujących wówczas Keanu Reevesa, Michaela Keatona i Denzela Washingtona. Szekspir dla wielu twórców okazał się i cennym warsztatem, i sprawdzianem umiejętności.

Szekspir jak Mona Lisa

Sztukę tę (nomen omen) opanował do perfekcji Peter Brook, brytyjski reżyser, pisarz i producent. Blisko jego filmom do konwencji teatralnej, w której się zresztą specjalizuje. Nie ma tu zatem prostej fabuły, jest starannie pomyślany koncept. Jak w „Królu Learze” z 1970 roku (wystawionym wcześniej na scenie, naturalnie), filmie podporządkowanym prostej idei: świat zmierza ku zagładzie. I byłaby to może myśl nieznośna, gdyby nie groteskowość Szekspira (i Brooka zarazem).

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj