Odszedł Andrzej Kondratiuk, autor kultowej „Hydrozagadki” i wielu innych niezapomnianych dzieł
Don Kichot z Gzowa
Kondratiukowi kontemplującemu uroki życia na uboczu w filmach zawsze chodziło o czas. O mozolne odbudowywanie przeszłości, która bezpowrotnie odeszła.
Piotr Ciesla/Polityka

Odszedł Andrzej Kondratiuk. Reżyser-outsider, jeden z niewielu polskich twórców spełniających się na marginesie głównego nurtu. Zmagał się z nowotworem węzłów chłonnych. Kilka miesięcy temu miał wylew. Przykuty do łóżka, przegrał z chorobą.

Tworzył osobiste, ironiczno-egzystencjalne filmowe eseje o przemijaniu i bezsensie istnienia. Niezapomniany autor kultowej „Hydrozagadki”, satyrycznej komedii „Wniebowzięci” z duetem Himilsbach-Maklakiewicz oraz pięknego autobiograficznego cyklu „Cztery pory roku”, „Wrzeciono czasu”, „Słoneczny zegar” realizowanego we wsi Gzowo koło Serocka nad Narwią, gdzie z dala od ludzi, w chałupie przypominającej pustelnię, kilkanaście ostatnich lat pomieszkiwał wraz z żoną Igą Cembrzyńską.

Należał do tego samego pokolenia co Jerzy Skolimowski i Krzysztof Zanussi. Urodził się w 1936 roku w Pińsku na Polesiu. Wojnę spędził wraz z rodzicami na zesłaniu w Kazachstanie. Z wykształcenia operator. Ukończył też reżyserię w łódzkiej filmówce. Od początku fascynowała go prostota, zwyczajność, „puste” momenty życia, które dla większości artystów składają się na nieinteresującą magmę codzienności. On w tym widział piękno wyrażające niekłamaną prawdę istnienia.

W ascetycznej „Dziurze w ziemi” (1970 r.), pełnometrażowym debiucie kinowym o młodym geologu poszukującym nafty, krytyka wytykała mu nadmierne przywiązanie do socrealizmu. Nazywała „produkcyjniakiem”. Nie chciano wówczas dostrzec, że dalekim echem odbija się w tym filmie pikarejska legenda o Don Kichocie i Sancho Pansie. Dramat rodzinny o zdradzie „Skorpion, Panna i Łucznik” z 1972 r. również spisano na straty. Więcej mówiono o nieporadności reżysera niż franciszkańskiej ewangelii miłości, która stanowiła dla niego chyba zbyt słabo widoczny punkt odniesienia.

Sukces osiągnął dopiero telewizyjną komedią „Hydrozagadka”. W czasach gierkowskiej prosperity zafundował rodakom brawurowy pastisz amerykańskiego kina akcji i nieznanej jeszcze konwencji zachodniego komiksu, w którym z miejsca dopatrzono się parodii smutnej, peerelowskiej rzeczywistości.

Pozornie chaotyczna, „amatorska” forma wielu jego filmów stawała się przekorną manifestacją artystycznej wolności reżysera. Kpiną z hollywoodzkich wymagań gatunkowych, wysokich budżetów, gwiazdorskich zobowiązań.

Przełomem okazała się „Pełnia” (1979 r.) kameralna, utrzymana w klimacie magicznego realizmu przypowieść o architekcie zrywającym z miejskim stylem życia, udającym się na wieś w poszukiwaniu autentyzmu. Czeski humor, melancholia, ciepły stosunek do ludzi firmowały osobny, niepodobny do żadnego innego, styl kina Kondratiuka.

W prowincjonalnej, gzowskiej trylogii poświęconej zadumie nad ulotnością życia melodramat o wiecznych kłótniach i kryzysie starzejącego się małżeństwa przeobraża się w przewrotnie żartobliwą historię perypetii współczesnego Szymona Słupnika. Zawiedziony życiem i „sztuką robienia pieniędzy”, reżyser wybiera samotność. „Wstydzę się, że jestem człowiekiem w świecie opanowanym przez krwiożerczych cymbałów” – gorzko wzdycha w jednej ze scen. I głosi filozoficznie: „Wszystko, co ludzkie, jest mi obce”.

Kondratiukowi kontemplującemu uroki życia na uboczu w towarzystwie jedynie żony oraz ptaków, kotów, psów i bezimiennych owadów chodziło o czas. O mozolne odbudowywanie przeszłości, która bezpowrotnie odeszła. Zamykając się i uciekając przed światem, otwierał na oścież okna, za którymi tylko on mógł zobaczyć ostre kontury chwil, sytuacji, postaci, którym zawdzięczał najwięcej: ojca, młodszej, ciągle zakochanej w nim żony, dawnych przyjaciół. Pamięć była dla Kondratiuka nie tyle metafizyczną zagadką, co realnym przeciwnikiem, z którym należało walczyć, pobudzać go do nieustającego wysiłku.

Niezależnie od wyczuwalnego w jego twórczości sarkastycznego humoru, dyskretnego, autorskiego dystansu, jego filmy przenika egzystencjalna trwoga. Lęk przed śmiercią, wizja niebytu – to go przerażało. Zasłaniając się maską wiejskiego mędrca, maczo łamiącego serca odwiedzających go kobiet, nieustannie dawał temu wyraz.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj