szukaj
Zwycięzcy Nagrody Architektonicznej POLITYKI o swoich projektach
Jemsowa demokracja
Rozmowa z Jackiem Mroczkowskim oraz Maciejem Miłobędzkim z JEMS Architekci, zwycięskiego biura ostatniej edycji Nagrody Architektonicznej POLITYKI.
Jacek Mroczkowski i Maciej Miłobędzki
Leszek Zych/Polityka

Jacek Mroczkowski i Maciej Miłobędzki

19. Dzielnica – osiedle mieszkaniowe na warszawskiej Woli zaprojektowane przez pracownię JEMS Architekci
Michał Szachno/Forum

19. Dzielnica – osiedle mieszkaniowe na warszawskiej Woli zaprojektowane przez pracownię JEMS Architekci

Sponsor Główny Nagrody Architektonicznej POLITYKI

Sponsor Główny Nagrody Architektonicznej POLITYKI

Piotr Sarzyński: – Na swej stronie internetowej chwalicie się ponad 90 projektami. Niezłe miasto można by z nich stworzyć.
Maciej Miłobędzki (MM): – To nie wszystkie! Niektórych tam nie umieściliśmy. Na przykład tych, które zamknęliśmy na stosunkowo wczesnym etapie opracowania, lub takich, które z różnych względów nie dały nam poczucia satysfakcji.

Miewaliście nieudane projekty?
MM: – Porażki są wpisane w ten zawód, przydarzają się najznakomitszym architektom. Częściej nawet niż przeciętnym.

Do porażek zaliczyć też można przegrane konkursy?
MM: – Niezupełnie. Jeden wygrany konkurs na pięć, a nawet dziesięć, w których się startuje, to całkiem dobry wynik. W Europie renomowane biura projektowe przeznaczają nawet 30 proc. budżetu i czasu na konkursowe projekty. Jeżeli efektem tego zaangażowania są 1–2 realizacje rocznie, to już jest dobrze. U nas wskaźnik wygranych w niektórych latach wynosił około połowy.

Rewelacja!
Jacek Mroczkowski (JM): – Wybieramy te konkursy, które nam odpowiadają, w których czujemy, że mamy szanse na dobrą architekturę. No i dające nadzieję na realizację, a nie schowanie do szuflady. Teraz powszechnie chwali się nas za Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach. I to jest jakaś satysfakcja. Bo tylko my wiemy, ile energii włożyliśmy także w projekty, które przegrały w innych konkursach, ile pracy „poszło z dymem”.

MM: – Dlatego chwalimy się także projektami, które nie były zrealizowane, a które wydają się nam wartościowe. Na wystawę JEMS w Wenecji zorganizowaną w trakcie Biennale przygotowaliśmy album prezentujący m.in. nasz projekt Muzeum Historii Polski.

To ten, którego najbardziej żałujecie?
MM: – Na pewno. Żal też projektu Muzeum Bursztynu, które miało stanąć na Wyspie Spichrzów w Gdańsku. Staraliśmy się nadać mu formę budynku-ikony, tyle że potraktowanej jako forma negatywowa, wycięta w regularnym bloku. Może jeszcze projektu Teatru Nowego w Warszawie.

Efekt pracy architekta w dużym stopniu zależy też od sił zewnętrznych: inwestora i wykonawcy. Czy ten pierwszy to przyjazny partner w projekcie?
JM: – Coraz częściej. Przede wszystkim dziś wielu inwestorów naprawdę interesuje się architekturą. Wiedzą, czym jest dobra architektura, i rozumieją jej znaczenie. Pamiętam, gdy jeden z nich miał do naszego projektu zastrzeżenie, że próbujemy pomieścić na działce zbyt wiele metrów kwadratowych, i poprosił, by planować bardziej ekstensywnie. Jeszcze w latach 90. to było nie do pomyślenia.

MM: – Dobrzy inwestorzy wiedzą, że kierowanie się wyłącznie wskaźnikiem kosztów już nie wystarcza, że dziś liczy się także wizerunkowy, artystyczny czy społeczny element architektury. Takie postawy coraz częściej można dostrzec u deweloperów, co z pewnością czyni naszą pracę przyjemniejszą. Z drugiej jednak strony należy pamiętać, że architekt staje się pionkiem w globalnej grze inwestycyjnej. To gra pełna certyfikatów, procedur, zgód. Czasami sprzecznych wewnętrznie. Na przykład dostaje się dodatkowe punkty za projekt biurowca bez podziemnych garaży, by wymusić na pracownikach przyjeżdżanie do pracy na rowerze. To jednak wymaga zaprojektowania dodatkowych pryszniców, co z kolei odbiera punkty, bo większe jest zużycie wody.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj