Kawiarnia literacka
Guślarz i żebrak
Ostrożnie wstępuję na ziemię poetów i tylko jako czytelnik.

Każdy mój krok niepewny, boję się zdrady i śmiechu. Wierzę, że poezja jest ostatnim krokiem mowy, najdalszym przyczółkiem, poza nią tylko pustkowia, bezsłowne przestrzenie. Zakorzeniony w prozie, jestem bezpieczny. Opowieść daje schronienie, zawsze można uciec w anegdotę, jestem jak ślimak, powolny, lecz otoczony iluzją domu. Boję się pustkowi i poetów, boję się przeoczyć wielki wiersz i zachwycić się małym, niezdarnym, ale przyjaznym. Ten niepokój narasta, ale odważnie, może nieświadom ryzyka, zapuszczam się na ziemie poetów. Za każdym razem uczę się nowej mowy, składam sylaby jak dziecko, gaworzę bezradnie ku uciesze dorosłych.

Boję się wierszy czytanych, obcowania z nimi podczas wieczornych spotkań. Sam na sam z tomem pełnym białych plam na marginesach czuję się bezpieczniej, niepodglądany, niewydany na pastwę. Nie wiem, co znaczy dobrze przeczytany wiersz. Na ogół intonacje poetów mnie rozczarowują.

Tkaczyszyna-Dyckiego najpierw odkryłem niemego, bezbronnego wobec mnie ze swoim „Oddam wiersze w dobre ręce”.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną