„Lo i stało się”, czyli Werner Herzog o wirtualnym świecie
W dżungli sieci
Werner Herzog, znany przeciwnik nieostrożnego stosunku do technologii, pyta, czy internet wygenerował już własną świadomość. Film „Lo i stało się” od 30 listopada można kupić razem z POLITYKĄ.
Werner Herzog, „Lo i stało się”
Materiały promocyjne

Werner Herzog, „Lo i stało się”

Może potrzeba kogoś, kto sam nie korzysta z internetu, żeby poznać lepiej naturę cyberbestii? Werner Herzog z sieci nie chce korzystać (np. serwisy społecznościowe nazywa zmasowanym atakiem głupoty), ale potrafił zrealizować dokument pełen ostrożnego szacunku dla zjawiska – „Lo i stało się. Zaduma nad światem w sieci”. Nie daje też prostej odpowiedzi, czy sprawy rozwijają się w dobrym czy złym kierunku. Na pewno – wnioskuje reżyser – internautom brakuje ostrożności, a to, z czego korzystają, to trzecia wielka cywilizacyjna rewolucja – pierwszą było rozpalenie ognia, drugą rozprzestrzenienie się elektryczności. Ale Herzog jest zainteresowany tylko jej wpływem na użytkownika – o tym założeniu „Lo i stało się” pisali parę miesięcy temu Aleksandra Przegalińska i Edwin Bendyk: „Roztapiając się w sieci, stajemy się częścią globalnego systemu – społecznej maszyny, zarządzanej (...) przy coraz mniejszym udziale ludzkiej woli” (POLITYKA 19).

Ten brak kontroli człowieka nad determinującymi warunkami środowiska jest cechą, która zawsze przyciągała Herzoga. Tyle że w swoich filmach zajmował się do tej pory nie stosunkiem człowieka do technologii, tylko raczej do natury. W ciągu pół wieku zrealizował na ten temat ponad 60 filmów, nie rezygnując z zaangażowanego, obrosłego środowiskowym mitem sposobu pracy – dwa lata spędził w amazońskiej dżungli, przenosząc statek parowy przez górę na potrzeby filmu („Fitzcarraldo”, 1982 r.), innym razem – też w dżungli – groził pistoletem Klausowi Kinskiemu, uniemożliwiając mu zejście z planu („Aguirre, gniew boży”, 1972 r.). Zajmował się też zdjęciami niedźwiedzi grizli na Alasce („Grizzly Man”, 2005 r.), rozmawiał z ludźmi wykonującymi prace fizyczne w stacji McMurdo na biegunie południowym („Spotkania na krańcach świata”, 2007 r.). Rozmawiał też z amerykańskimi więźniami na kilka dni przed wykonaniem na nich wyroków śmierci („Otchłań. Opowieść o życiu i śmierci”, 2011 r.), a ostatnio – z naukowcami schodzącymi do aktywnych wulkanów, choćby w Korei Północnej, gdzie Kim Ir Sen związał rewolucję z mocą świętej dla narodu góry („Into the Inferno”, które w tym roku pojawiło się w Netflixie).

Herzog stara się fizycznie być blisko człowieka filmowanego w ekstremalnych warunkach, przeprowadzając wywiad, trzyma twarz blisko jego twarzy. Nie przygotowuje się do nagrań, daje sobie na rozmowę kilkanaście minut, od razu poruszając najważniejsze wątki – przewijające się w jego filmografii zagadnienia dotyczące przemocy czy poczucia czasu. Samo podjęcie przez rozmówców próby odpowiedzi na jego poważne pytania, nawet jeśli nieudane, staje się w gotowym filmie prośbą o zweryfikowanie jakiegoś ludzkiego zachowania. W „Lo i stało się” – stosunku do internetu, który należałoby według Herzoga objąć takim samym lękiem jak siły natury.

W „Lo i stało się” reżyser rozmawia z pionierami internetu z UCLA, z magnatem finansowym i wynalazcą Elonem Muskiem, z ludźmi leczącymi się z uzależnienia od gier, z wierzącymi w dręczące ich poważne uczulenie na fale Wi-Fi, a także z ofiarami trollingu, które sieć uważają za manifestację Antychrysta.

Ciekawych rozmów krążących wokół problemów internetu miało być na tyle dużo, że Herzog, oprócz realizacji „Lo i stało się”, chce jeszcze teraz – dla Netflixa albo Amazona – zmontować serial dokumentalny o użytkownikach sieci. Tymczasem początkowo pomysł był prosty i czysto komercyjny. To firma zapewniająca bezpieczeństwo w sieci, NetScout, odezwała się do Herzoga, proponując, by zrealizował dla niej serię krótkometrażówek. Reżyser szybko jednak przekonał zleceniodawców, by podnieśli w niewielkim stopniu jego budżet i zgodzili się na realizację półtoragodzinnego dokumentu o technologicznych zagrożeniach dla cywilizacji, w którym logo firmy pojawiło się ostatecznie tylko dwukrotnie, na kilka sekund.

Był w tym nagłym zainteresowaniu reżysera siecią jakiś element ironii. Tak się bowiem składa, że internauci od dawna lubili powoływać się na Herzoga jako twórcę, który chwali się tym, że nie ma nawet smartfona. Doczekał się fikcyjnych kont w serwisach społecznościowych. Na przykład twitterowego profilu @WernerTwertzog, który imituje głębokie przemyślenia filmowca, takie jak „Śmierć jest dowodem na to, że Bóg nas kocha i chce, żebyśmy byli szczęśliwi”. W tweetach, memach i filmach z parodią mocnego niemieckiego akcentu Herzoga sieć zamienia mroczne i lekko patetyczne, charakterystyczne narracje jego filmów w coś, co stylistycznie często przypomina miks przypadkowych cytatów z Schopenhauera i ostrych żartów komiczki Sary Silverman.

Tymczasem niezrażony tym (bo i odcięty od sieci) reżyser w „Lo i stało się” zadaje swoim rozmówcom kolejne ważne dla niego pytanie: Czy internet już śni o samym sobie? Zastanawia się nad rolą sztucznej inteligencji – czy sieć już teraz nie funkcjonuje świadomie bez udziału użytkowników, ale nie chce się z tym ujawnić? Sam widzi taką możliwość. Bo przecież rozwinięta sieć ludzi do funkcjonowania nie potrzebuje, choć ci nadal chcą z niej korzystać.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj