Kawiarnia literacka
Ucieczka z Gejropy (i powrót)
Znokautowana przez ojczyznę, odpływam zwykle na Wschód.

Nie wiem, jak państwo sobie radzą w tych półmrocznych czasach, ale ja raczej kiepsko – choć łaknę równowagi jak kania dżdżu, przeważnie miotam się między potrzebą ciętej riposty a pragnieniem wyciszenia. Spokój spływa na mnie najczęściej bez mojej zasługi – wtedy, kiedy rzeczywistość społeczno-polityczna sięga dna i zaczyna gadać językiem obraźliwie głupim. Czyli w sumie dość często. Czuję się wtedy tak, jakbym nastąpiła na grabie i tym sposobem zaznała nirwany. Wystarczy, że Janusz Korwin-Mikke swą trzaskającą jak sekator angielszczyzną obwieści światu, kto według niego jest łikerrr, smolerrr i lesyntelydżent, albo Jacek Kurski wytłumaczy telewidzom, komu w Polsce wolno chodzić na randki, a komu nie pozwala na to konstytucja, albo Tomasz Terlikowski opowie o potrzebie ewangelizacji kosmitów – a ja już odlatuję.

Znokautowana przez ojczyznę, odpływam zwykle na Wschód. Jeśli nokaut był naprawdę silny, pogrążam się w rosyjskiej poezji, która koi nerwy jak nic na świecie.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną