szukaj
„Ucho prezesa”: Minister (ochrony?) środowiska największą ozdobą odcinka
Nowy odcinek, nowy członek rządu – tym razem widzowie „Ucha…” poznają kabaretową reinkarnację Jana Szyszki. Będzie miał również miejsce zamach na życie… kota.
„Ucho prezesa”
mat. pr.

„Ucho prezesa”

Sylwester Maciejewski w roli ministra (ochrony?) środowiska to zdecydowanie największa ozdoba dziesiątego już odcinka serialu kabaretowego „Ucho prezesa”. Miał zresztą wdzięczną postać do odegrania, bo przywar mnóstwo, a scenarzyści bardzo udanie stworzyli swoją wersję Szyszki – ich Pierwszy Myśliwy RP delektuje się zapachem krwi, uśmiecha na widok padających drzew, nie może przejść obok rośliny bez jej ścięcia, a gdy widzi żywe zwierzę, odruchowo sięga po sztucer i strzela.

Do Prezesa wpada zaś, obdarowując panią Basię martwym bażantem, a samego dyktatorka głową żubra. (Rzecz jasna zwierzę było chore, na gruźlicę, zdrowego by przecież minister nie zastrzelił).

Serialowy Prezes ministra Szyszki nie wyrzuci

Tak jak w poprzednim epizodzie widzieliśmy hierarchię władzy w państwie, w „Ludzkich panach” Robert Górski i współpracownicy pokazują nam znowu jej mechanizmy, a więc próbują w jakiś sposób zrozumieć, co też kieruje PiS i Prezesem. Odwołują się przy tym do niechęci Prezesa do Szyszki i jego pomysłów na wycinkę drzew, tu podkreślając, że to minister ma swoje manie, a szef PiS nie jest w stanie go powstrzymać, mimo że i mu przeszkadza smog, za oknem ścina mu się stuletnie drzewo, no i życie kota było zagrożone. Dlaczego więc nie reaguje? Dlaczego nie wyrzuci z rządu człowieka, który partii wyraźnie szkodzi?

Powody są dwa. Pierwszym jest pewien mieszkaniec Torunia, który kojarzyć się może z grzybobraniem, a którego Szyszko jest „pupilem”. Drugim jest jednak obrana przez Prezesa taktyka, opisywana już w jednym z poprzednich odcinków, w myśl której do błędów przyznawać się nie wolno, nie można zrobić ani kroku w tył, i nawet gdy palnęło się gafę, trzeba w nią niestrudzenie brnąć.

W skrócie: żądza władzy i mania siły Prezesa nie pozwalają mu racjonalnie zarządzać tym, co ma, a ponieważ otaczają go nasłani przez różne środowiska dziwacy, efektem jest choćby ogólnopolska drzewokalipsa.

W „Uchu prezesa” działo się aż za dużo

Tyle Szyszki, choć w odcinku działo się więcej. Nawet sporo więcej. Aż za dużo wręcz – miały „Ludzkie pany” spore problemy z tempem, bo z jednej strony pokazywano nam świetnie wykreowaną postać ministra (ochrony?) środowiska, z drugiej zaś co chwila raczono nas przerywnikami w postaci scen z korytarza, z dziećmi pani Basi, co wybijało widzów z rytmu. Bo te drugie były często zbytnio przeciągnięte, na pewno natomiast odstawały od ekscesów Szyszki. Gdy więc kamera pokazywała na przykład panią Basię i jej córkę, my niecierpliwiliśmy się, kiedy wróci do wnętrz gabinetu Prezesa.

Musi to obniżyć ogólną ocenę dziesiątego odcinka, na pewno odstającego choćby od najlepszego dotychczas epizodu z wizytą Angeli Merkel. Maciejewski jednak wykonał na tyle dobrą robotę, że ogólnie można mówić o udanej odsłonie „Ucha…”.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj