szukaj
Czym zaskoczą nas „Strażnicy Galaktyki vol. 2”?
Przebój z innej galaktyki
Dlaczego film „Strażnicy Galaktyki” nie mógł się udać? I dlaczego udał się perfekcyjnie, a jego kontynuacja jest jedną z najbardziej wyczekiwanych premier roku.
Kadr z filmu „Strażnicy Galaktyki vol. 2”
Marvel Studios/Disney

Kadr z filmu „Strażnicy Galaktyki vol. 2”

Hollywood nie bez przyczyny nazywane jest Fabryką Snów – miejscem, gdzie wytwarza się filmy w dużych ilościach i taśmowo. Widać to po kolejnych kasowych przebojach, często sprawiających wrażenie odbitych ze sztancy, z co najwyżej zmienionymi imionami postaci. I po zachowawczości producentów, którzy najchętniej w kółko kręciliby ten sam film, byle nie ryzykować. Do dziś zagadką pozostaje więc, jakim cudem James Gunn zdołał przekonać produkujące hit za hitem studio Marvela do wydania 150 mln dol. na projekt taki jak „Strażnicy Galaktyki”. Zdrowy rozsądek podpowiada, że Gunn – wcześniej znany z niskobudżetowych, dziwacznych horrorów i serii „PG Porn” (porno, ale bez seksu czy w ogóle golizny) – musiał przystawić komuś w Marvelu lufę pistoletu do głowy.

Ten sam decydent nie powstrzymał Gunna, gdy spośród ponad 7 tys. marvelowskich superbohaterów wybrał tę grupę, o której nikt nie słyszał, nawet lwia część komiksowych ekspertów. Nikt też nie kazał mu puknąć się w czoło, kiedy ogłaszał, że jedną z pierwszoplanowych postaci będzie Rocket, czyli modyfikowany cybernetycznie, gadający szop ze smykałką do techniki i słabością do wielkich karabinów. Żaden z producentów najwyraźniej nie oprotestował również pomysłu, by jego kolegą i członkiem zespołu było chodzące drzewo Groot (będący w stanie wymówić tylko jedną kwestię: „Jestem Groot!”).

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj