Dorota Masłowska: Polska jest horrorem podszyta
Rozmowa z Dorotą Masłowską o podzielonej Polsce, Warszawie, która jest jak Facebook, o uzależnieniu od seriali i wojny.
Dorota Masłowska
Adam Kozak/Agencja Gazeta

Dorota Masłowska

Justyna Sobolewska: – W swoich felietonach „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu”, publikowanych wcześniej w Dwutygodniku, opisujesz Polskę wstydliwą.
Dorota Masłowska: – Wstydliwą. A z drugiej strony wstydliwe jest też to dzielenie Polski na D, E, F i G. Rzeczywiście opisuję zjawiska kultury jawnie nieoglądalne i niesłuchalne, ale czy chcemy czy nie, one są obecne w naszym życiu. Choćby przez to, że inni Polacy je lubią i one infekują język i mentalność. Ja też mam tendencję do izolowania się i takiego myślenia, że jak pójdę do teatru, to to będzie bardziej twórcze niż oglądanie „Kuchennych rewolucji”. Tymczasem ta kultura nie najlepsza jest często bardziej wielomówna i witalna niż ta najlepsza. Obieg kultury wysokiej jest zamknięty, bawimy się w swoim kółeczku, wymieniając hermetyczne treści, a życie rozgrywa się gdzie indziej.

Nawet TVP jest taka witalna?
Ja nie mam telewizora, ale TVP oglądałam kiedyś w hotelu – i miałam wrażenie, że to wniknięcie do jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Ksiądz oprowadzał reporterkę po mieszkaniu, gdzie Jan Paweł II „wzrastał w mądrości” i wszystko było odwrotnie niż w zwykłej nienarodowej telewizji, gdzie ma być szybko i kolorowo, i dużo dżingli. Reportaż toczył się w tempie refleksyjnym, kolory były jesienne, jakby panował tam rok 1987. Na drugim biegunie jest TVN, który pokazuje Polskę, której też nie ma – zoperowanych plastycznie ludzi, fluorescencyjne kolory i moc atrakcji.

Piszesz o pomieszaniu, w jakim żyją Polacy, powszechnym kłamstwie i wzajemnym braku zaufania.
To jest książka również o tym. O podziale na my i oni. Próba wniknięcia w inne światy.

Z jednej strony widzę to z zewnątrz, z Warszawy, z perspektywy osoby, która zajmuje się sztuką. Z drugiej czuję, że dotykam jakiejś ważnej części swojej jaźni: blok, telewizor i BigBrother to świat, w którym wyrosłam. Pisząc te teksty, z powrotem zaczęłam odczuwać fascynację krajem Polska. Wróciłam do szczęścia obserwowania, rozczytywania kodów językowych, ubraniowych, spożywczych. Jest w tym dużo ekscytacji dziwacznością tego wszystkiego. Polska jest krajem o zaburzonej wspólnocie, społeczeństwo jest bardzo skłócone, napięte, rozwarstwione.

Za sprawą polityki kultura okropna wyszła z getta wstydliwości i okazuje się, że disco polo to jest nasza kultura i możemy się nią chwalić za granicą.
To jest akurat bardzo cyniczne. Co innego obserwowanie tej kultury z boku, jako pewnego społecznego lustra, co innego promowanie jej za publiczne pieniądze, które jednak powinny iść na rzeczy wyznaczające pozytywne standardy, a nie cynicznie ciągnąć ludzi w dół. No i disco polo, które zupełnie odjechało już przez ostatnie lata od ludowości, a stało się po prostu jakąś fabryczną muzyką dance o przesłaniu rozrodczym. W tej kulturze okropnej jest jeszcze jeden ciekawy wątek: że ona instynktownie, bardzo prymitywnie, ale wyraźnie obrabia pewne pradawne, obecne w nas mity. We wszystkich programach i serialach, które obejrzałam, pojawiają się te same figury: dobrej blondynki i złej brunetki, sprawiedliwej kary za grzechy, baby, którą diabeł posyła tam, gdzie nie może…

Mamy chyba w ogóle zwrot w stronę antyracjonalizmu: zamiast nauki – ziołolecznictwo, bioprądy, ruchy antyszczepionkowców, strach przed szatanem i czarownicami.
Tak, jesteśmy społeczeństwem w kryzysie i te różne neozabobony są tego przejawem. Odreagowujemy nimi różne gwałtowne przemiany. Na przykład emancypacja kobiet, wzrost ich siły politycznej, ekonomicznej – powodują, że bardzo wprost, zwłaszcza w narracji narodowo-katolickiej, powraca określenie „czarownice”. Zrobiło na mnie duże wrażenie też to, co napisała prof. Maria Janion w liście podczas Kongresy Kultury: że to, co się teraz dzieje, to jest powrót do jakichś naszych mrocznych narodowych figur, wykopywania trupów, rozrywania ciał, kultu śmierci, wojny. Na ulicach uderza liczba młodych mężczyzn w strojach paramilitarnych – tak jak gdyby brali udział w jakiejś fantomowej wojnie, wykonywali gesty walki. Może nasze społeczeństwo jest uzależnione od wojny, której stosunkowo dawno nie było.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj