Cannes 2017: Rozczarowujący Haneke, nieco lepszy Lanthimos
Wina i skrucha
Cannes solidaryzuje się z rodzinami ofiar zamachu w Manchesterze. We wtorek o godzinie 15.00 uczestnicy festiwalu razem z mieszkańcami wyszli na ulice, by minutą ciszy oddać hołd zabitym i zaprotestować przeciwko aktom terroru.
Kadr z filmu „Happy End”, reż. Michael Haneke
mat. pr.

Kadr z filmu „Happy End”, reż. Michael Haneke

Kadr z filmu „The Killing Of a Sacred Deer”, reż. Yorgos Lanthimos
mat. pr.

Kadr z filmu „The Killing Of a Sacred Deer”, reż. Yorgos Lanthimos

Kino chwilowo zeszło na dalszy plan. Przestano narzekać na skrupulatne i uciążliwe kontrole przed obiektami festiwalowymi opóźniające projekcje. Największą niedogodnością wydaje się stosunkowo niski jak do tej pory poziom pokazów konkursowych. Rozczarowują mistrzowie.

Oczekiwania wobec nowego filmu Michaela Hanekego były ogromne. Zawiedzione reakcje mówią wszystko. Haneke nakręcił sequel „Miłości”, z którego wyparowała poezja – to najczęstszy zarzut. Trzeciej Złotej Palmy dla Austriaka więc raczej nie będzie.

Nowy Haneke rozczarowuje

Spodziewano się, że dramat ironicznie zatytułowany „Happy End” okaże się głosem wielkiego reżysera na temat relacji mieszkańców Calais do uchodźców. Prowokacja wisiała w powietrzu. Zamiast niej Haneke przedstawił kreślony grubą kreską portret zamożnej, pałacowej, nienawidzącej się rodziny, która dorobiła się olbrzymiego majątku na deweloperce. Najstarszy z rodu, 85-letni Georges (gra go Jean-Louis Trintignant), po dokonaniu eutanazji swojej żony i nieudanej próbie samobójczej konsekwentnie namawia zaprzyjaźnionego fryzjera, potem zaczepionych na ulicy imigrantów, by pomogli mu rozstać się ze światem. Nie odmawia jedynie 13-letnia wnuczka, śliczna, pozbawiona empatii dziewczynka, która wcześniej dla zabawy uśmierciła antydepresantami swojej mamy domowego chomika, bezdusznie filmując jego agonię telefonem komórkowym.

Film grzęźnie w długich, monotonnych opisach patologicznych stosunków wewnątrzrodzinnych. Jest jeszcze syn Georgesa, zdemoralizowany lekarz seksoholik, zdradzający swoją niedawno poślubioną młodą drugą żonę. Oraz cierpiący na depresję syn córki Georgesa, który zamiast pracować, popada w mętne tarapaty finansowe. Świadkami ich upadku staje się potulna, marokańska służba, nazywana przez niego niewolnikami. Gdyby ten symboliczny obraz degeneracji zgniłej zachodniej cywilizacji nakręcił przed laty Visconti, nikt by się specjalnie nie dziwił. Ale Haneke?

Twórca niezaszufladkowany

Cieplej, jednak bez zachwytów, przyjęto surrealistyczną tragikomedię „The Killing Of a Sacred Deer” Greka Yorgosa Lanthimosa („The Lobser”), luźno inspirowaną mitem o Ifigenii, córce Agamemnona, złożonej w ofierze bogini Artemidzie. W charakterystycznym dla siebie lekko odrealnionym stylu twórca greckiej nowej fali snuje opowieść o dziwnej relacji łączącej renomowanego amerykańskiego chirurga (Colin Farrell), jego żonę okulistkę (Nicole Kidman) oraz dwójkę dzieci z nadwrażliwym nastolatkiem, który w połowie filmu okazuje się szantażystą i ich prześladowcą. Chłopak chce wyrównać rachunki, planuje zemstę za śmierć swego ojca. Winę przypisuje lekarzowi, który źle przeprowadził operację. Każe mu więc dokonać tragicznego wyboru: albo chirurg sam zabije kogoś ze swojej rodziny, albo zginą wszyscy jego bliscy.

Lanthimos miesza gatunki, z melodramatu rodzinnego przeskakuje w horror, co robi wrażenie i budzi napięcie, równocześnie dezorientuje, jeśli chodzi o intencje. Co mówi ta historia? Na pewno nie jest to zwykła zabawa konwencjami. Rzecz o wyparciu odpowiedzialności? O strachu przed winą? Żadnego z wcześniejszych filmów Lanthimosa: ani „Kieł”, ani „Alpy”, ani „Lobster”, też nie dawało się łatwo zaszufladkować.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj