Fragment książki „Wróbelek z kości”
Moszczę się przy mamie, kulę nogi w jej nogach – ale staram się jej nie obudzić, bo dziś ma dzień zmęczenia – i przeglądam obrazki w pudełku. Niedługo będę musiał zdobyć nowe.
„Wróbelek z kości”
mat. pr.

„Wróbelek z kości”

Szczury zjadły prawie cały bok, a to, co zostało, jest mokre i spleśniałe, choć wystawiałem pudełko na słońce, żeby wyschło. Na dnie jest kilka obrazków opisanych przez mamę dawno temu, jak jeszcze nie umiałem pisać sam. Wolę pismo mamy. Gdy pisze, to słowa jakby wnikają w papier już oczyszczone, takie idealne. Wodzę palcami po literach mamy, wdychając je jak zapachy z muszli.
Jak mama poczuje się jutro lepiej, pokażę jej nowy obrazek i muszlę i jeszcze raz opowiem o nocnym morzu i jego skarbach. Opowiem wszystko i będę słuchał, jak się śmieje, i patrzył na jej uśmiech.
Kiedy rozplątuję nogi i szepczę, że zbliża się śniadanie i czy nie wyjdzie zjeść, widzę, jak rozchyla lekko oczy, a na jej wargach pokazuje się uśmiech.
– Jeszcze mało chwilka, tak? – odpowiada swoim angielskim, co nigdy nie brzmi dobrze. – Ja bardzo niegłodna, Subhi, skarbie.
Mama zawsze jest bardzo niegłodna. Ostatni raz, jak zjadła pełny posiłek, a nie tylko podziobała, to było, gdy miałem wzrostu zaledwie dziewiętnaście oczek w ogrodzeniu. Pamiętam, bo to było w dzień urodzin Queeny, a mama mierzy nas w każde urodziny. Teraz mam co najmniej dwadzieścia jeden oczek albo dwadzieścia dwa, a może nawet dwadzieścia dwa i pół. Nie byłem mierzony
od dłuższego czasu.
Mama zawsze jest bardzo niegłodna, ale mnie wciąż chce się jeść. Według Eliego przechodzę okres gwałtownego wzrostu. Eli mieszka w namiocie rodzinnym numer cztery z paroma obcymi rodzinami, bo jego rodziny tutaj nie ma. Dawniej byliśmy razem w jednym namiocie – namiocie rodzinnym numer trzy – ale potem kurtkowcy kazali mu się przenieść. Nieraz tak robią.
W rodzinnym czwartym jest czterdzieści siedem osób, a w rodzinnym trzecim czterdzieści dwie, więc nie wiem, czemu się tak stało. Nie szkodzi, że Eli jest ode mnie dużo starszy niż Queeny; to mój najlepszy przyjaciel i mówimy sobie wszystko, co tylko jest do powiedzenia. Eli mówi, że jesteśmy czymś więcej niż najlepszymi przyjaciółmi. Jesteśmy braćmi. Eli ma chyba rację z tym gwałtownym wzrostem, bo zjedliśmy już dziś obiad, a mi się i tak chce jeść, chociaż dostałem
dodatkową porcję.
– Musisz mieć siłę, żeby dbać o matkę – powiedział mężczyzna, który podawał nam jedzenie. Przytaknąłem, bo zależało mi na dodatkowej porcji, ale nie wiem, jakie dbanie miał na myśli.
Eli pochylił się do mnie i powiedział:
– Jak chcesz być silny, to ostatnią rzeczą, jaką powinieneś się żywić, jest to jedzenie.
Ale mnie pociekła ślina już na sam widok miski. Od czterech dni mamy niedobory żywności i dostajemy tylko po pół racji, więc nie było mowy, żeby Eli mnie zniechęcił.
Kończę obiad i patrzę na wszystkich ściśniętych nad miskami dokoła długiego stołu i na tych, co jedzą pod ścianą, na stojąco, ale z tego, co widzę, nikomu nie odechciewa się jeść, nawet jak ktoś wyjmie z ust kawałek plastiku. Wtedy tylko uważniej grzebią łyżkami w papce.
Mama mówi, żebym nie wpatrywał się w jedzenie, a jak znajdę w nim muchę albo robaka, to mam wielkie szczęście, bo one są źródłem białka. Raz nawet znalazłem w ryżu ludzki ząb. „To też szczęście, mamo?” – zapytałem, a mama spojrzała na ząb i odpowiedziała: „Jak ci trzeba zęba”. Długo
śmiała się z własnego żartu. Według mnie trochę dłużej, niż na to zasługiwał.
Widząc, jak się rozglądam, Eli podsuwa mi swoją miskę, do połowy pełną.
– Zbzikowałeś, chłopcze. Nikt normalny nie chciałby więcej tego gówna.
Mówi to bardzo głośno, aż kurtkowcy, którzy nas pilnują, przybliżają się o krok, z rękami na pałkach, na wypadek gdybyśmy jeszcze nie wiedzieli, co będzie, jak w namiocie jedzenia wywołamy awanturę.
– Ale mamy farta, Subhi, bo przydatność do spożycia tego, cośmy dziś dostali, skończyła się dopiero dwanaście dni temu.
Mówiąc coraz głośniej, Eli wskazuje puste pojemniki koło wejścia do kuchni. Jedzenie wywraca mi się w żołądku, gdy widzę, jak kurtkowcy patrzą na siebie, czekając na sygnał,
że Eli przegina.
– Jak myślisz, co to? – pytam.
Eli chyba usłyszał, że drży mi głos, tak troszkę, bo odrywa wzrok od kurtkowców i zwraca się teraz do mnie.
– Psia karma – odszeptuje. – Na stówę psia karma.
To zabawa, której mnie nauczył. „Zgadnij, co jemy”. Normalnie jedzenie jest brązowe i rozgotowane, tak że bardzo trudno się domyślić. I nigdy nie wygląda jak jedzenie z tych czasopism, co przychodzą do sali rekreacyjnej. Dojadam ostatnią łyżkę z miski Eliego i zamykam oczy.
– Nie, to kurczak w czekoladowym sosie z kroplą miodu. Psiej karmy nie sprzedają w pojemnikach z datą przydatności do spożycia.

*

Eli śmieje się głośno i wali ręką w stół, aż miska spada na ziemię z takim strasznym metalicznym brzękiem, że zaraz wszyscy milkną. Szkoda się zastanawiać, co teraz zrobią kurtkowcy, więc Eli i ja wybiegamy stamtąd pędem, przeskakując ławki i przepychając się przez kolejkę ludzi na dworze. Wciąż się śmiejemy, choć jesteśmy tak zdyszani, że nam oddech staje w gardle, aż myślę, że jak zaraz nie przystanę, zwymiotuję obiad, no i znowu będę głodny.
Kiedy jesteśmy już tak daleko, że kurtkowcom odechciewa się za nami gonić, wyjmuję muszlę i pokazuję ją Eliemu. Tylko Eliemu pokazuję wszystkie swoje skarby.
– Tato przysłał mi następną – mówię.
Eli patrzy na mnie i unosi brwi. Chyba nie jest pewny, czy to tato przysyła mi te różne skarby, kiedy wszyscy śpią. Ale jak już ktoś umiałby podpowiedzieć Nocnemu Morzu, żeby posłało wiadomość chłopakowi, którego jeszcze nie zna, to tylko mój tato.
– Twój ojciec musi się bardziej przykładać do tych wiadomości, bo na razie nikt z nas ich nie czai – odpowiada Eli, poklepując zaczerwienione i pełne ropy miejsce na nodze, gdzie ugryzł go komar. Na sam widok czuję, jak go musi boleć.
Ma rację. Ale moje Nocne Morze wyrzuca na brzeg skarby już piąty sezon, a pierwszy skarb, który znalazłem, sprawił, że mama się uśmiechnęła tak jak jeszcze nigdy i ten uśmiech z nią został prawie do rana. Ściskając skarb w ręce, wymawiała imię taty – i nie chciała mi go oddać, dopóki nie stwierdziłem, że dosyć się już nacieszyła i ma być sprawiedliwie. Ten skarb to figurka rycerza. Mam też inne.
Niebieskie autko z otwieranymi drzwiami, starą zieloną monetę z poczerniałym brzeżkiem, gwiazdę, która spadła tu z kosmosu, pióro, co nie pisze, ale jest takie miło ciężkie i masywne, i narysowany czarną kredką obrazek z latającym wolno na wietrze tysiącem ptaków. Wszystkie skarby wyrzucił na brzeg przypływ, który widzę tylko ja.
Daję Eliemu muszlę, a on się uśmiecha i długo obraca ją w rękach.
– Ładna.
Potem siada na ziemi i przyciska ją do ucha tak mocno, że aż robi mu się czerwone na policzku.
– Słuchasz szumu morza? – pytam.
– Słucham morskich opowieści. Chcesz wiedzieć, co słyszę?
Na to zbiera się wokół z dziesięcioro dzieci, żeby posłuchać Eliego.
– Dawno temu, gdy świat był samym tylko morzem, żył sobie wieloryb. Największy, najogromniejszy w całym oceanie. Był stary jak wszechświat i wielki jak państwo, w którym jesteśmy. Co noc wypływał na powierzchnię i śpiewał pieśń do księżyca. Aż pewnego razu… Siadamy, a historyjka Eliego wwierca się w mózg tak głęboko, że nie wypadnie z niego nigdy.
Później daję muszlę Queeny, żeby też sobie posłuchała.
– Cóż to ma być? – pyta, rozzłoszczona moim namawianiem.
– Słyszę tylko świst powietrza.
– To szum morza – odpowiadam.
Ledwie patrzy w moją stronę.
– Też coś! Morze szumi inaczej.
A kiedy pokazuję muszlę mamie, tak samo ją bierze i słucha. Słucha bardzo długo i ten ból w jej oczach staje się jeszcze głośniejszy. Nie mówi słowa, ale widzę po jej minie, że coś słyszy.
– Później, nie? – mówi tak cichym i łagodnym głosem, jakby już samo myślenie było dla niej męką. Ostatnio prawie zawsze mówi w taki sposób.
Chowam muszlę z innymi skarbami, które wyrzuciło na brzeg Nocne Morze, pod zapasową koszulą i spodniami mamy, gdzie nikt inny nie zagląda. Ale najpierw jeszcze raz przyciskam muszlę do ucha i wsłuchuję się w nią z całej siły. Jestem pewny prawie na sto procent, że dobiega z niej głos taty. Woła do mnie. Mówi, że jest w drodze. Mówi, że to już wkrótce, no bo mija dziewięć lat, a przecież
tak okropnie długo nie można czekać na wizytę taty.
„Ki e dy ś” – szepce. I ten szept brzmi tak świetliście, jakby się urodziło tysiąc gwiazd. Ale nie mówię nikomu, że go słyszę. Nawet Eliemu.

*

Ledwie się budzę, już wiem, że dzisiaj będzie masakra. Powietrze od rana jest gęste i trudno nim oddychać. To będzie jeden z tych dni, gdy żar słońca spada z nieba i wychodzi z ziemi, tak że nie da się ochłodzić ani odrobinkę. Już czuję, że się zaczyna to pragnienie – takie, że cały język jakby mi puchnie i wysycha. Kurtkowcy mówili, ż prowiant ma być dopiero jutro, a świadomość, że została mi tylko jedna butelka wody, co jest raczej pusta niż pełna, sprawia, że chce mi się pić jeszcze bardziej. Patrzę, jak pleśń przy moim łóżku rozrasta się w coraz to nowe kształty, i próbuję nie myśleć o upale. Widzę kształt psa ze spiczastymi uszami i ostrymi kłami – i ciężarówkę, a trochę dalej, koło łóżka mamy, widzę jakby stado ptaków, tylko muszę trochę zmrużyć oczy.
Queeny już zaczyna kwękać. Staje przed wentylatorem i rozdrapując wysypkę na nodze, ględzi jak najęta o upale, na który nikt nic nie może poradzić i którego to jej mękolenie wcale nie osłabia. Ale upału chyba nikt nie lubi, bo po chwili narzeka cały namiot i wszyscy chcą się dopchać do wentylatora.
Nie znoszę takich dni. W takie dni każda sekunda przynosi coś gorszego. W takie dni cierpnie mi skóra i wszystko wydaje się za głośne, jazgotliwe, chropowate. Teraz też skóra naprawdę mi drętwieje, więc zaczynam dodawać w myśli liczby, pozwalając im krążyć po głowie jak wtedy, gdy mama śpiewała mi tarany, żebym nie miał w nocy koszmarów. Dodaję i dodaję, aż te liczby się robią takie duże, a w mózgu tak mi się kotłuje od bezbłędnego dodawania, że cała reszta świata jakby troszkę cichnie.
Wtedy podchodzi Queeny i szturcha mnie nogą.
– Z drogi, głąbie!
I robi się jeszcze głośniej, jazgotliwiej i bardziej chropowato.
Nogi podnoszą się same, zanim zacznę coś, czego nie chcę zacząć, i idę z tego namiotu, zanim będę miał przez Queeny jeszcze większe ciarki. Na dworze, w upale, przynajmniej mogę oderwać się od Queeny i reszty marudzących.
Jest dopiero pora śniadaniowa, ale widać, że słońce już się złości. Zaostrzony drut u góry ogrodzenia daje mi po oczach odpryskami światła, oślepia tak, że nie wiem, w którą stronę patrzeć – i czuję, że zaraz też zacznę marudzić, choćbym nie wiem jak zacisnął powieki i nie wiadomo ile liczb próbował dodać.

***

Zana Fraillon, „Wróbelek z kości”, tłumaczenie: Paweł Łopatka, Wydawnictwo Poradnia K, Warszawa 2017, s. 240

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj