Recenzja filmu: „Mumia”, reż. Alex Kurtzman
Ni to horror, ni komedia
W kategorii przygodowego kina rozrywkowego nowa „Mumia” radzi sobie całkiem przyzwoicie. Problemem był jednak reżyser, który nie mógł się zdecydować, czy chce widza przestraszyć, czy rozbawić.
„Mumia”, reż. Alex Kurtzman
themummy/mat. pr.

„Mumia”, reż. Alex Kurtzman

Alex Kurtzman, który wcześniej wraz z Roberto Orcim udanie odświeżył „Star Treka” jako scenarzysta, tym razem miał jeszcze trudniejsze zadanie: wyreżyserować nową wersję klasycznego horroru „Mumia”, który ma otwierać tak zwane Dark Universe – serię połączonych fabularnie filmów o potworach, jak Drakula, Doktor Jekyll/Pan Hyde (ten już tu się pojawia, a gra go Russell Crowe) czy Frankenstein. Z zadania tego wywiązał się kiepsko, i to mimo wsparcia całkiem niezłej obsady, ciekawego pomysłu wyjściowego i świetnych scen akcji.

Winą Kurtzmana, tą największą, był fakt, że chyba nie do końca wiedział, jaki film chce nakręcić. Bo „Mumia” to z jednej strony horror, rzecz jasna – i to są najlepsze momenty tego obrazu, głównie ze względu na hipnotyzująco piękną i groźną Sofię Boutellę. Jednocześnie jednak aż za bardzo starano się między te sceny grozy wplatać typowe dla letnich blockbusterów żarciki i lekkie dialogi.

I to się gryzło, momentami wręcz irytowało, jak choćby postać Chrisa, czyli trupka-śmieszka – postaci, która wyglądała makabrycznie, niekiedy mordowała, ale generalnie robiła w „Mumii” za sympatycznego klauna-kolegę głównego bohatera. Na dokładkę, zupełnie niepotrzebnie, dołożono jeszcze kilka przesadnie efekciarskich sekwencji, jak na przykład burza piaskowa w Londynie, których bodajże jedynym zadaniem było dobre prezentowanie się w zwiastunach.

„Mumia” byłaby może niezła, ale...

„Mumia”, gdyby od początku do końca trzymała się horrorowej tonacji, a także była filmem nieco bardziej kameralnym, skupiającym się na postaciach, mogłaby może nie zachwycać, ale z pewnością świetnie bawić. Wycięcie scen z nadmierną liczbą efektów specjalnych pomogłoby obrazowi także z tego powodu, że często były to kadry nieudane, ewidentnie niedopracowane.

Film broni się wbrew swojemu reżyserowi, a nawet wbrew momentami słabym zdjęciom Bena Seresina, który nie potrafił wykorzystać faktu, że Tom Cruise większość kaskaderki robił sam, stojąc na przykład na dachu walącego się budynku czy wskakując do sunącego ulicą pędzącego autobusu – wtedy jednak albo światło było kiepskie, albo kamera pod dziwnym kątem, a zbyt częste zmiany kadrowania tylko zwiększały chaos i psuły warstwę wizualną. Broni się właśnie scenami grozy (zwłaszcza tą pod wodą!), broni się Tomem Cruisem, a także wspomnianym pomysłem na większy świat potworów i bogów, wychodzący poza ramy fabularne tej jednej historii, naprawdę zaostrzający apetyty na więcej.

Chłodne przyjęcie filmu na świecie sugeruje niestety, że owego „więcej” możemy nie zobaczyć. Szkoda – wystarczyło zatrudnić reżysera dla jego umiejętności, a nie kojarzonego z kilkoma hitami nazwiska.

Mumia, reż. Alex Kurtzman, prod. USA, 110 min

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj