Olga Tokarczuk o „Pokocie” i o tym, że świat stał się brzydki
Świat stał się brzydki
Rozmowa z Olgą Tokarczuk o ekranizacjach jej prozy, o „Pokocie”, który od 9 sierpnia można kupić razem z POLITYKĄ, i o Polsce, w której coraz trudniej żyć.
„To nie są dobre czasy dla sztuki, ona jako pewien rodzaj komunikacji społecznej coraz częściej musi wejść w polityczny dyskurs”.
Borys8/Wikipedia

„To nie są dobre czasy dla sztuki, ona jako pewien rodzaj komunikacji społecznej coraz częściej musi wejść w polityczny dyskurs”.

Kadr z filmu „Pokot”
Robert Pałka

Kadr z filmu „Pokot”

Olga Tokarczuk
Łukasz Giza/Agencja Gazeta

Olga Tokarczuk

audio

AudioPolityka Janusz Wróblewski - Świat stał się brzydki

Janusz Wróblewski: – Czy film wywarł w jakimś stopniu wpływ na pani wrażliwość, na wyobraźnię literacką?
Olga Tokarczuk: – Myślę, że tak, bardzo. Dzisiaj już wszyscy myślimy obrazami. Film wywarł ogromny wpływ na literaturę, widać to gołym okiem na przykładzie powieści – inne jest tempo opowiadania, pojawił się sposób opowiadania wzorowany na montażu filmowym, także pewien rodzaj literackiego suspensu, a do tego jeszcze zmieniła się rola dialogu. Widać to zwłaszcza w powieści anglosaskiej. Czasami można odnieść wrażenie, że taka powieść to scenariusz z didaskaliami, tylko inaczej zapisany.

Wielu pisarzy nie lubi ingerencji w materię literacką. Są przeciwni wprowadzaniu nowych postaci, zmienianiu narracji, tym bardziej przesłania. Inni pozostawiają filmowcom całkowicie wolną rękę. Do której grupy pani należy?
Zależy mi bardzo na pewnej wierności, zwłaszcza jeżeli chodzi o sens. Przykładowo: twórcy teatru zwykle traktują tekst literacki jak surowy materiał do obrobienia na swój sposób i czasami może to budzić sprzeciw żyjącego autora lub jego spadkobierców. Film natomiast zwykle sięga po tekst literacki wtedy, gdy szuka opowieści. Im bardziej historia jest uwikłana w tekst, tym trudniej zrobić z niej film. Trudno jest np. przenieść na ekran ten rodzaj pisania, które opowiada z punktu widzenia pierwszoosobowego narratora, kiedy trzeba zbudować bardzo sugestywny subiektywny punkt widzenia. W naturze filmu jest to, że opowiada bardziej obiektywnie, że buduje pewien świat istniejący na zewnątrz. Inne też jest poczucie humoru w filmie i tekście. Woody Allen np. używa bardzo literackiego poczucia humoru z wielkim sukcesem.

David Lynch, a przed nim np. Hitchcock szukali sensu właśnie w rozmyciu granic świata widzialnego. W takim ujęciu pani proza mogłaby coś zyskać?
Może właśnie tak. W adaptacjach moich tekstów zwykle dawałam reżyserom całkowitą wolność, bo wiedziałam, że środki, jakimi posługuje się film, są inne i czasami trzeba się do tego dostosować i zgodzić na pewne zmiany, uproszczenia albo – wzbogacenia. Interweniowałabym tylko wtedy, kiedy sens i znaczenie wykraczałyby daleko poza moje intencje.

Pani pisarstwo, będące próbą kreacji Nowej Mitologii, uchodzi za niefilmowe. Mimo to często pani książki są ekranizowane. Jak się pani zapatruje na próby podejmowane m.in. przez Ryszarda Brylskiego („Żurek”), Marię Zmarz-Koczanowicz („E.E.”), Piotra Mularuka („Skarb”) czy Piotra Tomaszuka („Prawiek i inne czasy”)?
Niefilmowe? Nie zgadzam się z tym. Piszę obrazami, trzeba po prostu mieć na nie pomysł. Wszystkie wymienione przez pana tytuły są bardzo autorskie, miały taki pomysł. Dzisiaj należą bardziej do twórców filmowych niż do mnie. To bardzo dobrze, że tekst literacki jest dla nich punktem wyjścia dla czegoś nowego i wszyscy traktują go trochę pretekstowo. Np. „Żurek” to świetne kino autorskie, które tylko korzysta z mojego pomysłu fabularnego i rozgrywa wątki nieco inaczej niż w tekście opowiadania. Robi to bardzo twórczo. „E.E.” natomiast to dosyć wierna adaptacja – jej siłą jest świetne aktorstwo. Postaci, tylko naszkicowane w książce, tutaj materializują się, nabierają dodatkowych wymiarów poprzez swoją fizyczność, niepowtarzalność. Bardzo żałuję, że to znakomite przedstawienie Teatru Telewizji z fantastyczną rolą Agaty Buzek jest znane tylko nielicznym. Od lat nie miało powtórnej emisji telewizyjnej. „Prawiek” to też produkcja dla Teatru TV, właściwie druga wersja, bo pierwsza była grana wspaniale przez Teatr Wierszalin. „Skarb” wiele zawdzięcza cudownej kreacji Mai Ostaszewskiej.

Wizja świata stworzona przez Agnieszkę Holland w „Pokocie”, ekranizacji „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, odpowiada pani wyobraźni? W pełni się pani z nią utożsamia?
Agnieszka jest mistrzynią filmu. Pracować z kimś takim to wielkie przeżycie. Jej filmy towarzyszyły mi, od kiedy chodzę do kina. Od początku przyjęłam założenie, że Agnieszka ma swoją wizję tej opowieści i od początku to zaakceptowałam. Pracując nad tekstem, miałyśmy największy chyba kłopot z przeniesieniem na ekran charakterystycznego, ekscentrycznego humoru głównej bohaterki i jej subiektywnego punktu widzenia. Stąd jego hybrydyczna struktura na pograniczu gatunków i form. Mimo to, chyba ze względu na wagę problematyki, którą niesie, film w stosunku do powieści jest w tonacji bardziej serio, miejscami nawet ociera się o realizm. Nie spodziewałyśmy się, że na odbiór tego filmu wpłynie nieoczekiwanie sytuacja polityczna w Polsce, dostał nagle nowego bardzo konkretnego kontekstu i przez to stał się rodzajem manifestu politycznego.

Przypomnijmy: bohaterka „Pokotu”, emerytowana architektka Duszejko, broni prawa do życia, ale sama nie przestrzega zasad, o które walczy. Pojawił się zarzut, że bronicie ekoterroryzmu, przypisując równocześnie negatywną rolę Kościołowi katolickiemu opowiadającemu się za myślistwem i zabijaniem zwierząt. Agnieszka Holland uważa, że to prowokacja intelektualna.
W sztuce wiele wolno, na pewno o wiele więcej niż w doraźnej wypowiedzi medialnej. Ten film bada pewną możliwość, pokazuje pewien paradoks. Główne pytanie, które stoi za tą historią, brzmi: Co może zrobić przyzwoity obywatel, gdy stwierdzi, że prawo moralne i prawo stanowione są łamane, ignorowane, omijane? Na ile mamy prawo do buntu wobec władzy, która nie stosuje się do standardów moralnych? Czy mamy prawo do obywatelskiego nieposłuszeństwa i jak dalece może się ono posunąć? Tak, to jest w pewnym sensie prowokacja, to propozycja przeżycia wyobrażonego katharsis. Działa trochę podobnie jak „Bękarty wojny” czy „Django” Quentina Tarantino. Poruszamy się na granicy pomiędzy realistycznym a wyobrażonym przedstawieniem świata. To raczej baśń o cechach politycznego pamfletu.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj