Czy J.J. Abrams uratuje „Gwiezdne wojny”?
„Gwiezdne wojny”
Disney

„Gwiezdne wojny”

Za kulisami „Gwiezdnych wojen”

Co więc dzieje się za kulisami „Gwiezdnych wojen”? Otóż dzieje się Kathleen Kennedy, która najwyraźniej ma ściśle określoną wizję tego, czym ta saga ma być. Ma to swoje plusy, bo gwarantuje spójność uniwersum, mimo że tworzyć je będzie wielu reżyserów. Poza tym Kennedy to niezwykle doświadczona producentka, która od kilku dekad pracowała m.in. ze Spielbergiem i w Hollywood trudno o lepszą specjalistkę. Muszą jednak istnieć również jakieś minusy i być może największym jest fakt, iż nie jest w stanie oddać kontroli nad filmami ich reżyserom i zdecydować się na jakiekolwiek ryzyko.

„Przebudzenie Mocy” w końcu było filmem udanym, ale wyjątkowo zachowawczym – niby wprowadzało nowe postacie i szło nową ścieżką fabularną, zbudowano je jednak na szkielecie „Nowej nadziei” – czyli użyto sprawdzonego wzorca. I może tego chcą Kennedy, Lucasfilm i Disney – bezpieczeństwa.

Z pewnością wpasowuje się w to fakt, iż Trevorrowa zastąpi J.J. Abrams. Raz że sprawdził się w „Przebudzeniu…”, dwa zaś – z Kennedy zna się od 35 lat, to ona zatrudniła go, gdy miał szesnaście lat, by pracował nad starymi filmami krótkometrażowymi Stevena Spielberga, wciągając go w ten sposób do Hollywood. Ufa mu, jest go pewna, skoro zaś po niego sięgnęła, znaczy, że szuka stabilności.

Bo Abrams nie jest wyborem ekscytującym. Abrams to stawianie na pewniaka, który da nam film co najmniej dobry, raczej jednak nie wybitny.

„Gwiezdne wojny” pod dyktando

Tym bardziej że do premiery zostały już tylko nieco ponad dwa lata. I wprawdzie wraz z angażem Abramsa przesunięto datę premiery „Epizodu IX”, który miał zadebiutować w maju 2019 roku, do kin trafi jednak w grudniu. 27 miesięcy na napisanie scenariusza, nakręcenie, edycję i zrobienie efektów specjalnych do tak potężnej produkcji to olbrzymie wyzwanie.

I znowu – Abrams to sprawdzone koło ratunkowe, bo przecież „Przebudzenie Mocy” również kręcił w pośpiechu, również przesuwano mu datę premiery z maja na grudzień, a mimo to film przyniósł blisko trzy miliardy zysku.

Prawdziwie zabawna jest więc tu ironia losu – „Gwiezdne wojny” okazują się filmami kręconymi pod dyktando studia, reżyserzy są zwalniani albo zastępowani, a przecież wielkim marzeniem George’a Lucasa, które zrealizował właśnie dzięki sukcesowi „Star Wars”, było wyrwanie się spod zewnętrznych wpływów i artystyczna swoboda.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj