szukaj
Duch w dwóch
Rozmowa z laureatami Paszportu "Polityki"  Mariuszem Liblem i Krzysztofem Sidorkiem z Grupy Twożywo
Grupa Twożywo to dwie osoby, ale wobec świata życzą sobie występować jako jedno artystyczne ciało. Tak też zażyczyli sobie odpowiadać na pytania – jednym głosem.

Piotr Sarzyński: – Naprawdę macie tak zbieżne poglądy na każdy temat?

Twożywo: – No nie. Są rzeczy, które nas różnią, na przykład kwestie wyznaniowe. Ale w sprawach artystycznych, a o tym przecież mamy chyba rozmawiać, na ogół zgadzamy się ze sobą. Oczywiście czasami pojawiają się napięcia, które rozwiązujemy – jak to się mówi – polubownie.

Jak stare dobre małżeństwo. Ile czasu spędzacie ze sobą?

Nie liczymy, bo chyba byśmy się załamali. Czasami pracujemy na jedną, czasami na dwie zmiany, w zależności od tego, czy gonią nas plany produkcyjne. Zdarza się, że i kilkanaście godzin dziennie. Na szczęście mamy też swój własny odrębny świat i wyrozumiałe partnerki życiowe.

Plany produkcyjne? Kto wam je ustala?

Sami sobie ustalamy. To rodzaj autodyscypliny, którą przyjęliśmy. Tak jest na przykład z naszym najnowszym projektem „Zaciemnienie”. Ustaliliśmy, że każdego dnia, przez trzy zimowe miesiące, powstaje jedna praca, która trafia na naszą stronę internetową i tam staje się przedmiotem obróbki ze strony odbiorców. Umieszczają oni swoje komentarze, oceny, a przede wszystkim własne, inspirowane naszymi lub nie, prace. Nikt nam tego nie proponował, nikt nie zachęcał, nikt za tym nie stoi. Żaden kurator, sponsor, producent. Dobrowolnie wprzęgliśmy się w ten kierat. Ale też mamy frajdę, bo odzew jest spory.

Zawsze byliście tacy zdyscyplinowani?

Nauczyła nas tego przede wszystkim współpraca z Galerią Zewnętrzną AMS. Przed kilku laty użyczyła nam w Warszawie miejsca na billboardach. Początkowo na jednym, później na kolejnym. Dali wolną rękę, a my postanowiliśmy co miesiąc umieszczać na nich nową pracę. Była to benedyktyńska robota, bo na tych wielkich powierzchniach wszystko malowaliśmy ręcznie. I tak to trwało przez cztery lata. Dzięki tej współpracy bardzo rozwinęliśmy się warsztatowo i – rzec by można – mentalnie. A także nauczyliśmy się samodyscypliny.

Swoją drogą szkoda, że już tego nie robicie. Znudziło się wam?

Nie. Po prostu AMS zmienił właściciela, a nowy nie był już zainteresowany promowaniem takich niezależnych przedsięwzięć.

Mam wrażenie, że takich surowych reguł funkcjonowania narzuciliście sobie w pracy więcej. Na przykład jak ognia unikacie tego, by was rozpoznawano. Naprawdę bałem się, czy na gali Paszportów „Polityki” wyjdziecie po odbiór nagrody.

Zrobiliśmy wyjątek. Ale to nie kwestia wstydu czy skromności. Po prostu uważamy, że nie liczymy się my, ale nasze dzieło. Dlatego wolimy pozostawać w cieniu. Żyjemy w czasach, w których częstokroć osoba jest ważniejsza niż jej dzieło. Potęga kultury obrazkowej i coś, co można by nazwać ciemną stroną epifanii twarzy, sprawiają, że liczy się wizerunek, a nie indywidualne dokonania. Rozumiemy, że tak aktualnie musi być, ale nie mamy zamiaru się temu podporządkować.

A dlaczego nie przyjmujecie zamówień z agencji reklamowych?

Rzeczywiście, przyjęliśmy niegdyś i trzymamy się do dziś zasady, że z rynkiem nie współpracujemy. Współpracujemy wyłącznie z obszarem kultury: festiwale, koncerty, spektakle itp. Rzecz jasna można tu zdobyć znacznie mniejsze pieniądze, ale pracuje się dużo przyjemniej, bez stresów i z poczuciem uczestniczenia w czymś pożytecznym.

I nie próbowano was kupić?

Ależ próbowano. Kilkakrotnie. Ale na razie się nie dajemy.

Z waszą pracowitością i talentami moglibyście żyć wygodnie dzięki etatom w agencji reklamowej, a swoje robić po godzinach.

Dobrze znamy scenariusz tzw. tworzenia po pracy. Wielu naszych znajomych pracuje w różnych agencjach lub wydawnictwach i próbuje jeszcze coś tworzyć. Ale, mimo najlepszych chęci, to się nie udaje. Brakuje siły, czasu. I widać to po ich pracach: są zazwyczaj robione na skróty, nieprzemyślane, niedopracowane. Na szczęście udało nam się uniknąć tego typu pokusy. Zresztą, dziś już możemy utrzymać się z tego, co robimy.

A wcześniej?

Mama, tata i dorywcze prace.

Nie chcecie też wiązać się na stałe z żadną galerią, mieć własnego agenta.

Na pewno byłoby bezpiecznie mieć mocodawcę, reprezentanta, który pomoże, wyręczy w sprawach organizacyjnych, będzie negocjował w sprawie zamówień czy wystaw. Ale wybraliśmy to, co znamy – niezależność. Realizujemy więc różne projekty z poszczególnymi galeriami, ale z nikim nie wiążemy się na stałe.

Czy decyzja, by nie studiować na Akademii Sztuk Pięknych, też była przemyślana?

Jak najbardziej. To był świadomy wybór. Mieliśmy tam znajomych, obserwowaliśmy i nie podobał nam się ten system kształcenia. Uważamy, że na ASP nie pobiera się tylko nauk warsztatowych. Studia to także pewien wybór światopoglądowy. Poza tym nie chcieliśmy robić sztuki i nie nazywamy się artystami.

To cóż to jest, jeśli nie sztuka?

Po prostu robienie. Robimy, pracujemy, coś powstaje.

Ale z powodu stażu możecie się uważać za artystów.

Faktycznie zaczęliśmy bardzo wcześnie, w liceum, w połowie lat 90. To był na początku taki układ szkolno-towarzyski. Szukaliśmy sposobu, jak pożytecznie wykorzystać ten wspaniały czas, jakim jest młodość, jak robić coś fajnego. Próbowaliśmy różnych rzeczy, założyliśmy nawet kapelę, ale granie nie bardzo nam wychodziło (Dlaczego? Było fajnie – to jedna z nielicznych odrębnych opinii, jaka padła podczas wywiadu). Metodą prób i błędów ostatecznie zajęliśmy się tym, co – jak się później dowiedzieliśmy – nazywało się street art. Poligon doświadczalny stworzyliśmy sobie w Warszawie pod wiaduktem mostu Grota-Roweckiego. Obok było duże dzikie obozowisko Cyganów. Dobrze z nimi współżyliśmy, przychodzili czasem popatrzeć, co robimy.

Pracowaliście wówczas we trójkę?

Tak, był jeszcze z nami Robert Czajka i nazwaliśmy się Pinokio. Jak się któryś z nas zakochał, to wypadał na jakiś czas, ale później dwaj pozostali przychodzili, mobilizowali i znów byliśmy we trójkę. Na początku to były szablony, plakaty, później vlepki. Zrobiliśmy ich chyba kilkaset.

Mieliście jakieś wzorce?

Rzec by można – archeologiczne. Trafialiśmy bowiem na ostatnie ślady podobnej twórczości jeszcze z czasów PRL. Pomarańczowa Alternatywa, Towarzystwo Malarzy Pokojowych. Na tym się wychowywaliśmy. W przejściu podziemnym pod placem Na Rozdrożu było prawdziwe muzeum szablonu – mnóstwo takich prac jeszcze z czasów walki z władzą Jaruzelskiego. Ale to był też czas, gdy zaczynało się w Polsce rozwijać graffiti. Agresywne, brutalne w formie i treści. My staraliśmy się pokazać, że można trochę ina-czej zaznaczać swoje terytorium, bardziej subtelnie. Kiedyś jednego z nas zgarnięto na komendę, policjanci bardzo się dziwili oglądając nasze szablony, że to nie o Legii i nie przekleństwa.

Towarzyszył temu jakiś program ideowy?

O światopoglądzie rozmawialiśmy bardzo dużo, ale nigdy nie sformułowaliśmy żadnego programu. Może dlatego, że nie chcieliśmy się wiązać z żadną partią, subkulturą, ideologią. Nie interesowało nas opowiadanie się za jednym politykiem, a przeciw drugiemu, jakakolwiek doraźność. Z drugiej strony nie chcieliśmy zajmować się tylko czystą estetyką i przekonywać, że sztuka to panaceum na wszystko. Działaliśmy więc gdzieś między tymi skrajnościami, kierując się przeczuciami, intuicją.

Ale oglądając wasze prace można mówić o sporym zaangażowaniu, o kontestacji rzeczywistości.

O zaangażowaniu na pewno. W końcu mamy jakieś poglądy i wyrażamy je w naszych pracach. Zresztą dość konsekwentnie, bo uważamy, że pewien azymut, który wytyczyliśmy dawno temu, nadal nas prowadzi. Czy o kontestacji? Nas w gruncie rzeczy nie interesuje prosta krytyka i negacja. Nic w stylu „nie jedz mięsa” lub „nie kupuj w hipermarkecie”. Nie chcemy mówić ludziom, co mają robić. Dążymy raczej do tego, by w naszych pracach obnażać pewne mechanizmy, pokazywać problemy w taki sposób, by odbiorca zechciał chwilę pomyśleć i wyciągnął samodzielne wnioski. Czyli raczej: popatrzcie i zastanówcie się, jak to działa i do czego prowadzi.

Docieracie do innych?

Różnie bywa. Gdy przygotowywaliśmy billboard „Emanacje słabości”, podszedł jakiś pan, popatrzył i pyta: „Emana... co?!”. Ale widzimy, że żyje wokół nas naprawdę wielu ludzi, którzy są bardzo otwarci, chcą ogarnąć świat i go zrozumieć. Są wszędzie, niezależnie od wieku, przygotowania intelektualnego, jakie wynieśli z domu, wykształcenia. I to do nich kierujemy nasze prace.

Wykorzystujecie Internet, billboardy, plakaty, ilustracje, rysunki prasowe, animacje...

Forma dotarcia do innych ma w gruncie rzeczy znaczenie drugorzędne. Tę samą treść można przecież przekazać na różne sposoby. Faktycznie, wykorzystujemy różne sposoby ekspresji, a ciągle próbujemy nowych, np. radia. Są też takie, których ruszać nie będziemy. Na przykład muzyki, bo nie jesteśmy w tym dobrzy, rzeźby, bo trzeci wymiar nas przeraża, czy happeningów i performance’ów, bo po prostu nie odpowiada nam wykorzystywanie siebie samych. Ale pewne media są jeszcze przed nami i być może kiedyś po nie sięgniemy, jak telewizja, film, teatr. Wszystko jest dobre, co powiększa pole naszego rażenia.

Rażenia?

Pokazujemy, że można mówić i rozmawiać o rzeczach ważnych. Że należy bronić się przed zdegradowaniem do pustych, banalnych wzorów życia. Wystarczy spojrzeć na telewizyjne seriale. Ich bohaterowie mówią językiem potocznym, zachowują się, reagują jak większość. Powtarzają po ludziach, bo istnieje wymóg dotarcia do jak największej tzw. grupy docelowej. A ludzie z kolei wzorują się na tych bohaterach i w ten sposób następuje reprodukowanie, umacnianie stereotypów. Nasze rażenie wymierzone jest w te stereotypy.

W tej walce posługujecie się niekiedy humorem, delikatną ironią.

Tak, bo to metody ułatwiające dotarcie do odbiorcy. Bardzo jednak się pilnujemy, by nie sięgać po cynizm. O ile bowiem ironia jest kategorią estetyczną, o tyle cynizm – już moralną. Codzienne życie stale oducza nas wiary w możliwości człowieka i osłabia przekonanie, iż świat jest z gruntu dobry. Dbamy, by nas nie pozbawiło tych złudzeń, by były one jednak obecne w naszych pracach. Dlatego tak wystrzegamy się cynizmu, który związany jest ze zwątpieniem. Może to zabrzmi nieskromnie, ale nam po prostu ciągle zależy.

 
 

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj