Wrocław, miasto promocji?
Jak naprawdę wygląda kulturalny obraz Wrocławia?
„Wrocław, miasto spotkań" brzmi hasło promocyjne Urzędu Miasta. Idą za tym gigantyczne fundusze na medialny wizerunek, dziesiątki festiwali, konkursy na spoty reklamowe, organizacja Euro i Expo, itp, itd. W miniony weekend zaczęła się kolejna z wielkich imprez, Wrocław Non-Stop - dziesiątki zdarzeń z wielu dziedzin sztuk w ciągu dziewięciu dni. Jak naprawdę wygląda kulturalny obraz Wrocławia?

Kanał Audytywny obchodził hucznie w piątek pięciolecie istnienia. Ten znany kolektyw (trąbka, bas, gitara, perkusja, didżej i goście), grający dynamiczną mieszankę nu jazzu, hip hopu i popu, prowadzi charyzmatyczny raper L.U.C. I choć ponad trzygodzinny koncert stanowił niezłą retrospektywę, to zespołowi dobrze by zrobiło przewietrzenie szuflad z kompozycjami i ograniczenie roli egotycznego lidera na rzecz pozostałych instrumentalistów i improwizacji nie tylko w fristajlowych wstawkach słownych. Tarwater to z kolei niemiecki duet (gitara, elektronika i głow), specjalizujący się w nastrojowych balladach pomiędzy popem, muzyką elektroakustyczną i trip hopem. Było miło, choć zabrakło mi szaleństwa, improwizacji, zabawy brzmieniem; trochę gładka i przewidywalna to elektronika. Wreszcie w niedzielę główna atrakcja, Lech Janerka oraz Iggy Pop i The Stooges. Pierwszy jak zwykle zachwycił tekstami i wiolonczelą w składzie zespołu, jednak ten wieczór należał do Iggy'ego. 60-letni muzyk od początku był topless, w obcisłych dżinsach i z umięśnioną klatą, a pierwsze minuty przypominały zarówno dziewicze lata rocka, jak i występ chipendejlsów! Iggy Pop skakał po scenę, wpadał w publikę, wciągał ją do siebie, krzyczał i piszczał; muzycy zagęszczali solówki i orgiastycznie tryskali w kadencjach. Wspaniały koncert, wielki powrót The Stooges, energia dobrego, prostego rocka.

Non-Stop to wielka machina: koszulki, smycze, plakaty, ulotki, spoty, reklamy. Natomiast w zapuszczonym podwórku na ulicy Jagiellończyka od sześciu lat działa skłot Centrum Reaktywacji Kultury. Chaos Day to kolejne wcielenie organizowanych co jakiś czas szalonych maratonów kultury niezależnej. Blisko 20 godzin filmów, obrazów i muzyki, od sobotniego popołudnia po niedzielny ranek. Pokazy podziemnych i niszowych produkcji, wernisaże młodych plastyków, koncerty dzikich noisowców. Tym razem zagrali także goście z Warszawy: Jacek Staniszewski i Kamil Antosiewicz zmierzyć się musieli z legendarnym zespołem performerów KZK (Krew Z Kontaktu), noisowym szaleństwem Vilgoci i hiphopowym buntem Polaroida-Androida. Było krwawo. I żywo. Tłum barwnej młodzieży, dzieci, psy i browar. Bez żadnego plakatu i reklamy, przewinęło się parę setek ludzi.

Które z tych obliczy kultury we Wrocławiu jest prawdziwsze? A może to, o którym opowiada Mirosław Ratajczak z miesięcznika "Odra", skarżąc się, że pomiędzy tymi wszystkimi festiwalami wcale się tak dużo nie dzieje i zaskakująco mało pozostaje na miejscu, na stałe. Że miasto podkrada imprezy mniejszym (Fort Poetów - Legnicy, Erę Nowe Horyzonty - Cieszynowi). Że nie ma miejsca na kolekcję czy wystawy sztuki współczesnej, Opera przez kilkanaście lat nie miała siedziby, nowa sala koncertowa wciąż się nie buduje. Że Teatr Polski i Teatr Lalek nie mogą sobie poradzić z legendą lat 60. i 70... Muzyk Dawid Szczęsny myśli o wyprowadzce do Berlina, dziennikarka Monika Pasiecznik szuka bodźców w Warszawie. Czy my, przyjezdni, nie ulegamy mistrzowskiej propagandzie medialnej miasta kultury, miasta spotkań?

 A przecież promocja ta, jej poziom i profesjonalizm, zasługują na wyrazy pełnego uznania - choćby perfekcyjnie zorganizowany Non Stop: wagon prasowy dołączony do pociągu z Warszawy, hotele i autobusy, integracyjne obiady i panale dyskusyjne, szampany i chłodniki, rajd turystyczny po mieście. Brawo. I na pewno wnet pojawią się entuzjastyczne głosy w różnych mediach, od dzienników poprzez radiostacje po portale internetowe. I będziemy zachęcać ludzi do przyjazdu do Wrocławia. Czy nas kupiono? Czy omamiono?

Co zostaje w szare zimowe wieczory z kultury Wrocławia? Jak tłumnie uczestniczą w niej sami wrocławianie, skoro na koncercie Kanału Audytywnego było niewiele ponad sto osób, a Iggy'ego Popa przeniesiono ze Stadionu Olimpijskiego do Hali Orbita, bo bilety nie szły? Te pytania o miejsce kultury, jej sposób objawiania się i wspierania oraz promowania przez włodarzy powinny sobie zadać urzędy wielu innych miast w Polsce. Warto wsłuchać się w odpowiedź Wrocławia, bo brzmi gromko i pewnie, ale bynajmniej nie jednoznacznie. Czy ta donośność jest autentyczna, czy skrywa braki, to powinien każdy sam rozstrzygnąć, na drodze wycieczki lub krótkiego pobytu. A może tylko - przeprowadzki? Ja nie miałbym nic przeciwko...

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj