szukaj
Początek naprawy świata
Film jako narzędzie edukacji społeczeństwa. Brzmi jak gadka nudnego belfra, ale to naprawdę działa.
Festiwale filmowe na całym świecie to zwykle targowisko próżności. Jednak istnieją takie, gdzie najważniejsze są nawet nie same filmy, ale ich bohaterowie. Do tej kategorii zalicza się Human Rights Watch Film Festival, który zakończył się 28 czerwca w Nowym Jorku. Jak mówi Bruni Burres, dyrektor festiwalu, który organizowany jest od roku 1994, głównym celem przedsięwzięcia jest wykorzystanie siły filmu, by edukować oraz inspirować społeczeństwo. Brzmi jak gadka nudnego belfra, prawda? Ale to naprawdę działa.

Nie jest łatwo zagonić Nowojorczyków do kina w czerwcu, kiedy na dworze temperatury już wysokie, lecz jeszcze nie obezwładniające. A jednak bilety na niektóre filmy wyprzedano na pniu jeszcze zanim festiwal na dobre się zaczął. Tak było np. ze świetnym dokumentem Szwajcara Marcela Schüpbacha, “Carla’s List”, pokazującym pracę Carli del Ponte, Prokurator Międzynarodowego Trybunału Karnego dla byłej Jugosławii.

Pokazano też wstrząsające dokumenty o Afryce i Ameryce Południowej, ograbianych z surowców naturalnych, z których zyski czerpią jedynie zachodnie mocarstwa pozostawiające lokalną ludność na skraju nędzy (piękny i wstrząsający „Suffering and Smiling“, opowieść o Nigeryjskim rewolucyjnym pieśniarzu, który poezją i muzyką próbuje pobudzić do działania swoich ziomków i „Cocalero“ - dokumentujący drogę do władzy boliwijskiego prezydenta, socjalisty Evo Moralesa). Były też filmy walczące o prawa kobiet („Lumo“, którego bohaterka, mieszkanka Konga przez lata dochodzi do siebie po zbiorowym gwałcie w szpitalu organizacji HEAL Africa, czy „The Railroad All-Stars”, o prostytutkach z gwatemalskich slumsów La Linea, które postanawiają walczyć o swoje prawa… kopiąc piłkę nożną).

Sala Walter Reade Theatre wypełniła się po brzegi przed projekcją „Hot House“, dokumentu Shimona Dotana o palestyńskich więźniach w Izraelu. Ciarki przechodzą po plecach, kiedy jeden z nich, skazany za nieudany zamach samobójczy, mówi: „Moim największym marzeniem jest zginąć za Ojczyznę. Jeśli miałbym dzieci, chciałbym dla nich tego samego. Sam umocowałbym na ich ciałach bomby.“

Najciekawsze były jednak filmy o tym, o czym za oceanem słyszy się nieczęsto: o Ameryce, legendarnej kolebce wolności słowa, która ograniczana jest przez ekipę rządzącą. Cenzura kwitnie, choć w ukryciu, a obywatele są bezradni w starciu z machiną, która „walczy z terrorem“, terroryzując jednocześnie swoich obywateli.

Iście kafkowski jest znakomity dokument Lynn Hesrhmann-Leeson, „Strange Culture“, który opowiada historię Steve’a Kurtza, artysty i profesora sztuki na Uniwersytecie w Buffalo. W swojej pracy Kurtz zachęcał od zawsze do zadawania pytań typu: Dlaczego rząd nie oznacza na etykietach żywności zmodyfikowanej? Czy nie jesteśmy niczym więcej niż królikami doświadczalnymi? Czy mamy w ogóle jakiś wybór? Rząd takich pytań nie lubi. Kiedy żona i najbliższy współpracownik artysty, Hope, umiera nagle we śnie na niewydolność serca, Steve dzwoni na pogotowie - i od tego zaczynają się jego problemy. Sanitariusze, widząc w mieszkaniu mikroskopy, probówki i bakterie zgromadzone do przygotowywanej przez Critical Art Ensemble interaktywnej wystawy, dzwonią na policję. Ta wzywa FBI, która działając w specjalnym trybie obowiązującym po 11 września 2001 r. wysyła tam brygady specjalne, aresztuje Steve’a, próbując zarzucić mu zamordowanie własnej żony, a kiedy autopsja temu przeczy, rząd oskarża artystę o... bioterroryzm. Człowiek staje sam przeciwko państwu.
Steve oczekuje na proces. Grozi mu do 20 lat więzienia, a cała sprawa do złudzenia przypomina polskim widzom chyba nie tylko zamordyzm Josepha McCarthyego w czasie zimnej wojny.

Inny dokument dotyczy niszczenia naszej planety w imię „postępu“. Obserwujemy drogę dewelopera z Teksasu, marzyciela Gary‘ego Bradleya, który w latach 70. i 80. dzięki sprytowi, machlojkom i znajomościom (m.in. z byłym gubernatorem Teksasu Georgem W. Bushem) próbował zamienić dziewicze połacie ziemi na wzgórzach Austin w osiedle mieszkaniowe. Przeszedł drogę o zera do bohatera, po czym zatoczył koło – w chwili ukończenia realizacji filmu ogłosił upadłość finansową i stał przed perspektywą procesu o zdefraudowanie publicznych pieniędzy. To pięknie sfilmowana, metaforyczna opowieść nie tylko o człowieku upadłym, ale też o powolnym umieraniu jeziora Barton Creek, oazy zieleni w wysuszonym słońcem Teksasie, spowodowanym rewolucją industrialną, na którą błogosławieństwo dają politycy. Najbardziej urzeka niezwykle poetycka postać ostatniego Mohikanina-kowboja, Curtisa, który postanawia zostać na farmie i uprawia ziemię otoczony betonową dżunglą przedmieść.

I wreszcie film „Election Day“, ważny zwłaszcza teraz, kiedy potencjalni kandydaci na prezydenta są w trakcie rozgrzewki. To dokument kręcony jednocześnie przez kilka ekip w różnych stanach, śledzący drogę 12 obywateli amerykańskich, którzy chcą oddać swój głos w wyborach prezydenckich 2004. Mógłby równie dobrze nazywać się „Droga przez mękę“ – nie dość, że sam system głosowania jest skomplikowany, zwłaszcza dla słabo wykształconych mniejszości etnicznych, to w dodatku kilkoro bohaterów na Florydzie musi jeździć z jednego lokalu wyborczego do drugiego, oddalonego setki mil, gdyż nigdzie nie może znaleźć swojego nazwiska, mimo że zarejestrowali się miesiące przed wyborami. Jak twierdzi reżyserka Katy Chevigny, po skandalu z 2000 roku - kontrowersyjnym obliczaniu głosów na Florydzie, gdzie rzekomo wygrał George W. Bush - chciała udokumentować wybory w roku 2004 po to, by cztery lata później ewentualne błędy systemu zostały wyeliminowane.

Pokazane w Nowym Jorku dokumenty są tylko początkiem naprawy świata - każdy może się dołączyć - Human Rights Watch przyjmuje do pracy ochotników, a także donacje.

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj