Rajkowska Joanna
Sztuka oddychania
Przed pięcioma laty ustawiła w centrum stolicy palmę, która z początku budziła kontrowersje, a dziś reklamuje Warszawę. Niedawno zbudowała Dotleniacz, w którym natychmiast dostrzeżono kolejną ikonę stolicy. Kim jest Joanna Rajkowska i co kryje się za jej niezwykłymi projektami?

Choć krytycy sztuki zgodnie umieszczają ją w czołówce polskich twórców, Rajkowska nie dorobiła się do dziś ani jednego albumu, ani jednej monografii. Mało tego, żadna galeria w kraju nie zaproponowała jej nigdy stałej współpracy. Dlatego mimo iż jest artystką ponadprzeciętną, ze sztuki nie żyje; by się utrzymać, pracuje na etacie w firmie komputerowej.

– Jestem poza rynkiem, poza obiegiem, poza oficjalnym światem sztuki. Osobna i „niestrawiona” przez tzw. art world. Mam za to potrzebę działania społecznego i robię to, co sprawia mi największą przyjemność – z mieszanką rezygnacji i satysfakcji mówi Joanna Rajkowska. Pełen uznania dla niej jest Wojciech Krukowski, dyrektor Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Instytucji, pod której egidą stawiano zarówno palmę, jak i Dotleniacz: – Rajkowską charakteryzuje duża pogoda ducha, a równocześnie determinacja. Nie zraża się kłopotami biurokratycznymi i organizacyjnymi. Dzięki temu udaje się jej zrealizować projekty, przy których inni twórcy dawno by zrezygnowali.

– Jest niezwykle pracowita – uzupełnia Magda Pustoła, kuratorka kilku jej projektów. – Potrafi uważnie słuchać i modyfikuje własne poglądy, jeśli uzna, że ktoś inny ma rację, a to wśród artystów niezwykle rzadka cecha.

Podwójna magister

Rajkowska urodziła się i dorastała w Bydgoszczy. Studiowała w Krakowie i jest podwójnym magistrem. Zaczęła od historii sztuki, ale przyznaje, że teoria niezbyt ją interesowała. Niemal równocześnie studiowała malarstwo w zacnej pracowni prof. Jerzego Nowosielskiego (dyplom w 1993 r.). – Niestety, nigdy nie nauczyłam się dobrze malować – mówi. Dziś po pędzel i farby sięga wyłącznie w momentach silnego stresu i tworzy malutkie, bardzo osobiste obrazki, które następnie chowa głęboko w szafie. (Pokazała mi kilka i muszę przyznać, że jej samokrytyka nie jest bezpodstawna). Po studiach zajęła się rzeźbą. Tworzyła wówczas, jak pisze historyk sztuki Ewa Gorządek, „rzeźby-manekiny naturalnej wielkości człowieka, na poły fantastyczne, na poły realistyczne. Estetycznie wykonane, lśniły wypolerowaną powierzchnią żywicy epoksydowej, wabiły wzrok czystym kolorem, ale przedstawiały okaleczone, zdeformowane lub zmutowane ciała”.

Często były to odlewy ciała samej artystki, niezwykle pracochłonne i pieczołowicie wykonywane na zamówienie w fabryce sklepowych manekinów. Te prace zwróciły uwagę fachowców, co sprawiło, że w drugiej połowie lat 90. artystka miała już na swym koncie indywidualne wystawy w wielu liczących się polskich galeriach.

Ale Rajkowskiej to nie wystarczało. W 2000 r. powstaje „Satysfakcja gwarantowana”, praca, która w refleksji nad własnym ciałem idzie o krok dalej. To ogromne i ekscentryczne przedsięwzięcie polegało na wyprodukowaniu metodami przemysłowymi całej linii napojów chłodzących w puszkach oraz kosmetyków, których ingrediencjami były substancje pobrane z ciała artystki. Intymne życie artystki zostało przerobione na towar i – zgodnie z wszelkimi regułami marketingu – wystawione na sprzedaż. Ta praca stanowiła apogeum twórczego zmagania się Rajkowskiej z własną cielesnością.

– „Satysfakcja” była punktem zwrotnym – wspomina. – Wielką ulgą było widzieć, jak inni mnie używają – piją, mydlą się, smarują się mną. Kontakt z ludźmi, nawet jeśli był to rodzaj cynicznego użycia, na dodatek w warstwie symbolicznej, był dla mnie głęboko wyzwalający. Wówczas też artystka przeniosła się do Warszawy. „Kraków mnie nie potrzebował, bo Kraków nikogo nie potrzebuje. Warszawa natomiast potrzebuje cię bardzo, bo jest ułomna, chaotyczna, zniszczona, brzydka po prostu” – mówi w jednym z wywiadów. I zapewne z tego współczucia dla niedoskonałego miasta narodziło się przedsięwzięcie oficjalnie nazwane „Pozdrowienia z Alei Jerozolimskich”, a potocznie znane jako palma.

Kawałek Jerozolimy

Pomysł zrodził się właściwie przypadkowo po pobycie artystki w Izraelu. Na początku to była czysta fantazja, trochę żart czy wygłup; a gdyby tak przenieść część Jerozolimy w Aleje Jerozolimskie i obsadzić całą ulicę palmami? Skończyło się na jednej sztuce, dodatkowo sztucznej, bo żywa nie przetrzymałaby naszych mrozów. Wyprodukowano ją na pograniczu meksykańsko-amerykańskim, a realizacji projektu podjęło się Centrum Sztuki Współczesnej. Stanęła w grudniu 2002 r. jako symbol tolerancji dla odmienności, żartobliwe nawiązanie do idiomu „palma komuś odbiła”, fantazyjny element na chwilę ubarwiający szarą Warszawę.

Na początku budziła szalone emocje. Od oburzenia (Żydzi ją postawili, bo to ich Aleja), poprzez pukanie się w czoło, po entuzjazm. Stopniowo warszawiacy oswoili się z palmą i polubili. W sondażu przeprowadzonym w październiku 2003 r. przez Instytut Badań Rynku i Opinii SMG/KRC aż 75 proc. mieszkańców stolicy opowiedziało się za jej pozostawieniem. Spontanicznie zawiązał się też KOP, czyli Komitet Obrony Palmy. I palma została. Ale zaczęły się kłopoty.

Rok później palma straciła liście. Rajkowska zaproponowała więc miastu bezpłatne przekazanie drzewa w zamian za jego renowację i przywrócenie poprzedniej świetności. Odpowiedź z magistratu nigdy nie nadeszła. Miasto nie chciało prezentu, odmówiło też wsparcia finansowego w odtworzeniu liści. Przez sześć miesięcy na Rondzie de Gaulle’a straszył łysy kikut. Palma zyskała dawny wygląd latem 2005 r. dzięki Rajkowskiej i grupie sympatyków. Przez półtora miesiąca z chińskich półfabrykatów osobiście skręcali nowe liście. Ale i chińszczyzna nie wytrzymała stołecznych warunków pogodowych. Latem tego roku, już dzięki zastrzykowi pieniędzy od nowych gospodarzy stołecznego Ratusza, drzewo po raz kolejny przeszło kompleksowy lifting. Wygląda, że starczy na dłużej.

Palma bardzo szybko stała się ikoną stolicy przełomu stuleci. Fotografują się pod nią nowożeńcy i turyści, informują o niej praktycznie wszystkie internetowe strony poświęcone miastu i turystyce. Mało tego. Palma sama doczekała się rozbudowanego, profesjonalnego serwisu internetowego. W ostatnich wyborach partia Zielonych na jej podstawie zbudowała wyborczy spot, a Ratusz postanowił uczynić z niej ważny element promocji miasta.

Palma przechyla się w lewo

Poprzedni prezydent miasta Lech Kaczyński najwyraźniej palmy nie lubił. Nic więc dziwnego, że trochę na zasadzie przekory szybko zaanektowały ją na swój symbol środowiska lewicy, alterglobalistów, Zielonych i wszystkich tych, którym z PiS zdecydowanie nie po drodze. To na niej wieszały swoje czepki protestujące pielęgniarki. Sama Rajkowska ze spokojem traktuje te nowe okoliczności: – W momencie, gdy postawiłam palmę w przestrzeni publicznej, oddałam ją niejako w społeczne posiadanie. To inni dopisują jej dalszą historię, tworzą nowe konteksty znaczeniowe, po prostu używają. A to dowodzi, że projekt żyje, budzi emocje, jest komuś potrzebny. I nie mam prawa w to się wtrącać.

Co dalej z palmą? Formalnie jest własnością artystki, która w każdej chwili może drzewko spakować na ciężarówkę i wywieźć. Na przykład, gdyby zjawił się hojny inwestor i postanowił przenieść ją przed swój nowy apartamentowiec lub biurowiec. Władze miasta przez tyle lat nie postarały się o to, by palmę od Rajkowskiej odkupić. Na razie to artystka musi miastu płacić za to, że drzewko w ogóle może stać. Ale chyba coś się zmienia. Pytany o realizacje Joanny Rajkowskiej dyrektor Biura Kultury w Urzędzie Miasta Marek Kraszewski z entuzjazmem wypowiadał się o tego typu inicjatywach, za wzór stawiając choćby Paryż. I deklarował, że zrobi wszystko, by sztuka w przestrzeni publicznej miasta pojawiała się coraz częściej.

Nenufary i bąbelki

Tymczasem na stołecznym placu Grzybowskim pojawiła się kolejna realizacja artystki: Dotleniacz. To nieduży staw, jakby żywcem przeniesiony z ogrodu botanicznego. Pływają po nim nenufary, a specjalne urządzenia produkują przyjemne dla oczu i uszu bąbelki i przyjemną dla ciała (szczególnie w upały) wodną mgiełkę. Wokół usypano niewielkie wzniesienia, posadzono ładne rośliny i ustawiono atrakcyjne siedziska. Prawdziwa minioaza w centrum tętniącego życiem miasta.

Projekt wydaje się znacznie bardziej neutralny emocjonalnie od obcej kulturowo palmy. Ale to tylko pozory. Plac Grzybowski to bowiem miejsce szczególne. Z jednej strony kościół, znany z księgarni kolportującej antysemickie wydawnictwa, z drugiej – Teatr Żydowski i synagoga. Świat drepczących emerytów, spieszących biznesmenów, żuli i drobnych handlarzy. A pośrodku staw, który ma wszystkie te – tak nieprzystające do siebie – światy połączyć, właśnie dotlenić, zintegrować w krótkim momencie wypoczynku nad taflą wody. A przy tym jest instalacja Rajkowskiej osobliwą, alternatywną propozycją wobec dwóch planowanych w tym miejscu kolejnych martyrologicznych pomników.

Podobnie jak palma, tak i Dotleniacz zaczął niemal natychmiast żyć swoim nowym życiem; już w dzień po jego otwarciu zawiązały się dwa lokalne komitety mieszkańców, które chcą skłonić władze miasta do pozostawienia go na dłużej (planowana likwidacja instalacji to koniec września). A już po kilku dniach trzeba było Dotleniacz naprawiać, bowiem nikt nie spodziewał się tłumów, które wręcz zadeptały delikatny brzeg stawu.

Zarówno Palma, jak i Dotleniacz mają kilka cech wspólnych. Budują tzw. otwartą narrację, sprawiając, że sens dzieła konstytuuje się nie w momencie jego ukończenia, ale dopiero w trakcie dalszej jego egzystencji i interakcji z otoczeniem. Sprzyjają budowaniu pozytywnych, spontanicznych relacji między ludźmi. Zdaniem artystki na co dzień ludzie chowają się w kapsułach, odgradzają od innych, boją kontaktów z nieznajomymi. A ona swymi projektami stara się owe kapsuły otworzyć.

Temu celowi służyły też inne, mniej znane projekty realizowane przez Rajkowską w ostatnich latach. W „22 zleceniach” (lata 2002–2005) artystka dała do prasy ogłoszenie, że bezpłatnie podejmie się dowolnych, zleconych jej prac. W Berlinie m.in. pomagała pewnej pani wysprzątać mieszkanie z pamiątek po dwóch byłych mężach, by przygotować miejsce dla trzeciego, sprzedawała kiełbaski na pikniku, służyła za pilota zdezorientowanemu turyście z Anglii. W Łodzi wypędzała duchy, a w Anglii mediowała w rodzinnych sporach. W „Tylko miłość” (2004 r.) obsługiwała zaproszonych gości w ulubionym barze, zaś w „Przejażdżce wokół wyspy wojny” (Belgrad 2004 r.) starała się choć na chwilę zagłuszyć powojenną traumę mieszkańców miasta przyjemną wycieczką statkiem.

Wojciech Krukowski widzi pozytywny wpływ Rajkowskiej nie tylko na tych, którzy obcują z jej pracami, ale na całą rodzimą sztukę: – Polscy artyści nie mają skłonności do spektakularnych przedsięwzięć, śmiałych i pracochłonnych pomysłów. Wydają się działać w stanie specyficznego samoograniczenia. Tymczasem tacy twórcy jak Althamer, Kozakiewicz, Uklański czy właśnie Rajkowska działają z rozmachem, nie bacząc na przeszkody. I dobrze by się stało, gdyby w ten sposób inspirowali innych do działania z większą odwagą i fantazją właśnie w przestrzeni publicznej.

Prace Rajkowskiej wnoszą nieco absurdu, odrobinę ciepła i dystansu do rzeczywistości. Czy jednak to, co robi, jest sztuką? Sama artystka bagatelizuje tę kwestię. – Jak to ktoś nazwie, to jego sprawa – kwituje. Jeżeli jednak przyjmiemy, że sztuka jest tym, co ma nas czynić lepszymi i dawać nam przyjemność, to Rajkowska z pewnością jest artystką dużego formatu.

Piotr Sarzyński

 

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj