szukaj
Subiektywny spis aktorów teatralnych
Wakacyjny spis - niekompletny i subiektywny - zapamiętanych z całego sezonu aktorskich pereł i perełek nie do końca rozwiewa obawy. Pociesza jednak i daje pewność, że nie musi być źle.
Stoi mi przed oczami kamienna, stężała twarz Jana Kociniaka z jego ostatniej roli w „Czaszce z Connemary” w Ateneum. Skrzywiona we wściekłym grymasie maska grubych zmarszczek i ust wygiętych w podkowę. Całe życie był komikiem, znakomicie posiadł technikę rozśmieszania, miał organiczne wyczucie groteski, formy, gagu, które często przychodziło mu trwonić w tanich krotochwilach. Był wirtuozem gry na sobie, niczym na instrumencie – jak wielu kolegów z jego pokolenia. I ta wirtuozeria, ta pewność efektu, spojrzenia, intonacji, pozwoliła mu w ciemnej tragifarsie McDonagha zmienić średnio ciekawego grabarza w chodzącą, skumulowaną nienawiść do nikczemnego świata i nikczemnego siebie. Nienawiść o mocy wiążącej spojrzenie widza, nie pozwalającej przez sekundę oderwać wzroku od postaci, która odpycha i jednocześnie budzi litość.

Czy doczekamy się takich kreacji wśród następców z kolejnych pokoleń? Mam niejakie obawy widząc, jak młodzi aktorzy nie szanują warsztatu i nie ćwiczą go mamieni teoriami, w myśl których aktorstwo polegające na wcielaniu się w postać jest udawactwem bez przyszłości, a liczy się tylko osobista, histeryczna wrażliwość wykonawcy. Ale także wchodzą na scenę z łatwymi patentami sprawdzonymi w kręceniu telenowel, nie rozumiejąc, dlaczego tak sklecona rola nie chce się sama montować, a zainteresowanie widzów odpływa w obłoki. Trudno pozbyć się lęku, że w sztuce aktorskiej rwie się ciągłość, a obecne – wciąż – stare wzory nie znajdują kontynuacji.

Ten wakacyjny spis – niekompletny i subiektywny – zapamiętanych z całego sezonu aktorskich pereł i perełek też nie do końca rozwiewa generalne obawy. Pociesza jednak i daje pewność, że nie musi być źle.

Mariusz Benoit 
W poszatkowanym i przemeblowanym „Weselu” Piotra Cieplaka w warszawskim Powszechnym ma rolę niemal samego Wyspiańskiego: mówi – krystalicznie – wstęp z ... „Akropolis”, a potem tylko patrzy z boku na wieczny, polski, kotłujący się kłąb. Zdystansowane spojrzenie na szamotaninę innych ma również w roli Angela z „Miarki za miarkę” Anny Augustynowicz oraz jednego z pięciu Peerów Gyntów w spektaklu-eseju Pawła Miśkiewicza w Dramatycznym. Czy to w nim jest rezerwa, która każe reżyserom tak go obsadzać? I nie pozwala mu od lat zagrzać miejsca w jednej garderobie? Świetny aktor w poszukiwaniu teatru?

Magdalena Biegańska
Dziewczyna z plecakiem na nowohuckim przystanku, zauroczona młodym sabotażystą wojny polsko-jaruzelskiej i zgarnięta przez idące za nim ubeckie cienie – w szkicu dramatycznym „Kochałam Bogdana W” Pawła Kamzy w krakowskiej Łaźni. Cudna w poważnym spojrzeniu porastającego w piórka kobiecego pisklęcia i niesłychanie prawdziwa w uczciwej naiwności i bezradności wobec najprostszych prowokacji przesłuchujących. Szczera, bez sznytu teatralnej kokieterii – tak w tej roli, jak w innych na macierzystej scenie w Legnicy.

Marcin Bikowski 
Z kolegą ze studiów na wydziale lalkarskim stworzyli (z pomocą Białostockiego Teatru Lalek) zespół i teraz kasują nagrody na każdym festiwalu, na którym się pojawiają, zachwycającym „Baldandersem”. Jest to godzinny popis transformacji aktorsko-lalkarskiej, w którym on jest głównym wirtuozem, grając na przykład trzy postacie naraz: prawa ręka prowadzi (podniecająco) kukłę zaborczej, rozerotyzowanej kobiety, a lewa – złośliwego wróbla czy robaka komentującego męsko-damskie zmagania. O co w tym chodzi? O światotwórczy cud teatru. Wystarczy.

Przemysław Bluszcz 
Tak jak Przemysław Wojcieszek osiągnął doskonałość w opowiadaniu swoich epopei prowincjonalnych najprostszymi środkami, tak i on bezbłędnie, wyliczonymi chwytami, potrafi kreślić postacie takie jak Rysiek z „Osobistego Jezusa” w Teatrze im. Modrzejewskiej w Legnicy: słabeusz pełen ran po klęskach pokrywanych gestami twardego mężczyzny, boksujący od nokautu do nokautu. Nie ma się co dziwić, że czując się tak pewnie na deskach scenicznych, chce popróbować czegoś nowego – filmu – ale można się spodziewać, że do teatru wróci. Ma to i owo jeszcze do zagrania.

Andrzej Chyra
Rola Roya Cohna, prawnika-potwora naznaczonego klątwą AIDS, jest popisową partią „Aniołów w Ameryce” Kushnera. Fascynujące, jak zmienia tony, jak przykrywa złośliwym grymasem chwile odsłonięcia słabości i bezradności, jak delikatnie, pod pozami władcy świata, szkicuje dojrzewanie do śmierci. Jest gotów do wielkich wyzwań teatralnej klasyki – jeśliby kogoś z kręgu Rozmaitości takie wyzwania jeszcze interesowały.

Adam Ferency 
Zawsze nienaganny technicznie, w roli czterdziestoletniego faceta oskarżonego o pedofilię z dramatu „Blackbird” Harrowera do techniki dodaje coś więcej: gorącą namiętność człowieka zmagającego się ze swoimi skłonnościami i ze wstydem, jaki na własny temat odczuwa. Prawdziwy ból, który przebija się przez retorykę i sprawia, że postać żyje. W każdym razie żyje lepiej niż jeden z rozmnożonych Peerów Gyntów (też w Dramatycznym), zredukowany do wymiaru chodzącego wykładu o człowieku z epoki Ibsena. Cóż z tego, że logicznego i z błyskiem zrozumienia w oku – skoro martwego?

Jan Frycz
Chmurny amant bez wieku (no bo przecież jego Zachedrynski z „Miłości na Krymie” musiałby mieć pod koniec 130 lat, gdyby fabułę brać dosłownie). Skupiony na miłosnym niespełnieniu i na meandrach rosyjskiej historii XX w. Rola idealnie zestrojona z materiałem literackim, konsekwentna do bólu, jak zawsze w teatrze Jerzego Jarockiego. I nie tuszująca – jak całe staranne przedstawienie Narodowego – słabości tej jednej z najambitniejszych i, może dlatego, nie najbardziej udanych sztuk Mrożka...

Janusz Gajos
...niemniej każdy powinien „Miłość na Krymie” zobaczyć, choćby po to, by podziwiać, jak ekskupiec i prymityw Czelcow w III akcie, w skórach i z kucykiem, wygłasza showmeńsko-new age’owo-hochsztaplerski monolog, którym chce podbić Amerykę. Bez wahań wierzy, że zamiar się ziści. Chapeau bas przed Jarockim za dopisanie Mrożkowi tej bufonady, przed aktorem za brawurę wykonania. Wierzy mu się też jako przewrotnemu, łajdacko-pokrętnemu pułkownikowi z telewizyjnej „Norymbergi” Tomczyka i jako nieznośnemu kogutowi domowemu z „Daily Soup” Amanity Muskarii w Narodowym.

Rafał Gąsowski
Od paru lat jest główną postacią teatru Piotra Tomaszuka i cieszy jego widoczna ewolucja – od giętkiego, ale jednowymiarowego i płytkiego w propozycjach efeba (jeszcze z czasów bielsko-bialskiej Banialuki) do ultratrudnej roli tytułowej w spektaklu Wierszalina „Bóg Niżyński”. Ultratrudnej, bo trzeba było pokazać i szaleństwo artysty bez dosłowności, i marzenie o „wytańczeniu boskiej mszy” bez naśladowania genialnego tancerza; to groziłoby śmiesznością. Że ten karkołomny zamiar się powiódł, jest zasługą dojrzałości Tomaszukowego teatru i zgrania całego zespołu, ale także pierwszy wykonawca winien dostać swoje brawa.

Marta Górecka
Zwracała na siebie uwagę buntowniczością już w cieszącym się sławą łódzkim dyplomie – „Pawiu królowej” Masłowskiej w reżyserii Łukasza Kosa. I bardzo przydaje się jej wypisany na czole młodzieńczy bunt w „Imieninach” Marka Modzelewskiego, satyrycznym (z oskarżycielskimi ambicjami) wizerunku prowincjonalnego establishmentu, inteligentnie poprowadzonym przez Marcina Sławińskiego. Czy znajdzie swoje miejsce w łódzkim Powszechnym, specjalizującym się w repertuarze lekkim i popularnym (choć na poziomie)? Jeśli tak, tylko zyska; to niezła szkoła, także dla buntowników.

Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska
Zaczyna się upiornie, kiczowatymi światełkami jak z telewizyjnego studia; pretensjonalna baba mizdrzy się do widowni, śpiewa jakąś haniebną piosenkę. Ale to rozpęd tylko. W niespełna godzinnym monologu aktorka jak po sznurku prowadzi widzów od blichtru talk-show do niebłyszczącej prawdy o dziewczynie przyjeżdżającej do miasta na studia, wielkiej miłości, krachu, jeździe na dno, próbie zabicia dziecka, więzieniu. Gdy kończy, jest szara. Z Michałem Siegoczyńskim, autorem i reżyserem monodramu „...syn”, można by się wadzić o nazbyt przewidywalny tok opowieści, ale w niczym nie umniejsza to precyzji i klasy roboty aktorki koszalińskiego Bałtyckiego Teatru Dramatycznego. Nagroda w ogólnopolskim konkursie na wystawienie polskiej sztuki współczesnej zasłużona bez wątpienia.

Halina Gryglaszewska
Gdy na koniec „Kordiana” w Teatrze im. Słowackiego przygotowanego na modłę Janusza Wiśniewskiego, jak swoisty taniec dziwacznych lalek (tu podporządkowany marszom ołowianych żołnierzyków), nestorka scen krakowskich cudownym głębokim altem mówi „Testament mój”, jesteśmy w teatrze bezbłędnego słowa, którego już nie ma. Pewnie z naszymi dzisiejszymi temperamentami nie wytrzymalibyśmy w wymiarze całowieczornym takiego teatru, ale jego kształt za wszelką cenę, choćby w takiej miniaturze, powinniśmy przechować dla siebie i następców. Bo zbiedniejemy.

Andrzej Jakubczyk

Dlaczego on? Może dlatego, że przypadł mu w udziale najdramatyczniejszy, przedśmiertny monolog i mówi go szlachetnie: mocno, ale bez emfazy i przesady. Ale tak naprawdę należałoby poprosić tu wszystkich siedmiu opolskich aktorów grających wspólnie nie tyle Brechtowskiego Baala, co „Baaliczny aspekt świata”. Grających w idealnym zestrojeniu, bez cienia aktorskiego egoizmu, miękko przekazujących sobie pałeczkę, doszkicowujących zbiorowe dzieło. Brawa dla dyrygenta Marka Fiedora i dla Bartosza Zaczykiewicza w Teatrze im. Kochanowskiego.

Kazimierz Kaczor
Wchodzi, kładąc na głowę biret doktora honoris causa jakiegoś pieskiego uniwersytetu, przywdziewając na twarz pogardę. „Polska to tylko hołota...” – cedzi. Na parę sekund widowisko „Albośmy to jacy tacy” w warszawskim Powszechnym sięga – mocą oskarżania współczesnych – genialnych wyżyn Wyspiańskiego. W ukazaniu, kogo na własną zgubę nobilitowaliśmy na pożal-się-Boże hetmana Branickiego naszych czasów.

Piotr Kaźmierczak
Ma na koncie inny niż w nocie wyżej, zabawny i celny portret polityka barbarzyńcy wpuszczonego na salony, stworzony przy okazji przypomnienia „Krawca” Mrożka w poznańskim Polskim. Najważniejsza rola sezonu to bohater „Wyszedł z domu” Różewicza na tej samej scenie. Zaginiony, który wraca bez twarzy, bo ją gdzieś zgubił czy zapomniał: z głową zawiniętą w bandaże, pod którymi jego rysy zdają się tylko nieskończonym szkicem rysownika. I który w przyśpieszonym tempie krótkiego spektaklu łyka lekcję życia, mając niestety ochotę z miejsca zwrócić ją do kuchennego zlewu. A gdy do tego obrazu dodać...

Zina Kerste
...traumę żony – dla której spóźnienie się męża o godzinę, oznacza zawalenie się porządku rzeczywistości, utratę równowagi, zachwianie wiary (pełen nieprawdopodobnego napięcia monolog wstępny) – będzie jasne, że Marek Fiedor delikatnie, bez łopatologii, kreśli portret świata rozchybotanego, zbudowanego na wątłych podstawach, sypiącego się za lada dmuchnięciem. Naszego świata. Którego ona, gdy tylko mija histeria osamotnienia, staje się natychmiast zdyscyplinowaną, opiekuńczą aż po ubezwłasnowolnienie, komiczną w gorliwości funkcjonariuszką. Ale jej dziarska krzątanina nie śmieszy tak, gdy pamięta się wypisany w oczach siedzącej metr przed widownią aktorki śmiertelny lęk z początku.

Maja Komorowska,
Władysław Kowalski

Drodzy państwo Meistrowie z Bernhardowskiego „Na szczytach panuje cisza” wystawionego przez Lupę w Dramatycznym. Wielki pisarz, czyniący zaszczyt swojej gminie faktem zamieszkiwania w niej, i jego żona, która zrezygnowała z kariery pianistycznej, by służyć wybranemu geniuszowi. Kabotyn i strażniczka świątyni, purchawka i celebrantka. Ale czy to oni narzucili światu swoje fanaberie, czy to świat, uwielbiający celebrować i stwarzać wielkości, wymusił na nich tę pozę? Oboje grają delikatnie, cieniutko, tu i ówdzie puszczając pół, ćwierć sygnału, że on zdaje sobie sprawę, jakie androny plecie zasłuchanej doktorantce, a w jej poważnym i lojalnym oku migoczą iskierki politowania. Wobec świata? Wobec siebie? A może wobec nas, cośmy tu przyszli oglądać wielkości na szczytach?

Barbara Krafftówna
Gdy w „Peer Gyncie” w Dramatycznym Mariusz Benoit podnosi ją z ziemi jak piórko i sadza wysoko na szafce, ma oczy przerażonego zwierzątka. Ale jest w tych oczach – i w toczonych później dialogach ze scenicznym synem – wszystko: zaciekawienie, żywość reakcji, komiczne nawyki, ciepło. I wybacza się sztuczny timbre głosu z charakterystycznym rozwibrowaniem, manieryczny sposób mówienia – bo nie ulega wątpliwości, że to sceniczna indywidualność, której dawno z nami tu nie było i która mogłaby tu pobyć trochę dłużej.

Dorota Lulka
Powracający po dłuższej nieobecności Ingmar Villqist wymyślił jej i Dariuszowi Siastaczowi zagranie dziwoludów: dzieci z kazirodczego związku wyrosłych w zamknięciu za drzwiami zapomnianej rudery. Wyreżyserował tę własną „Kompozycję w słońcu” po swojemu, delikatnie, na półtonach; nie przejmował się też, że zdadzą się za starzy do swych ról. I powstały na scenie gdyńskiego Teatru im. Gombrowicza niezwykłe role kobiety i mężczyzny, którym jakby wycięto część słów i część zachowań, poruszających się tylko w określony, skrępowany sposób i używających wybranych sformułowań, lękliwie spychając resztę między niedopowiedzenia i tajemnice. Niezwykłe zadanie do zagrania: ludzie niedokończeni.

Wacław Miklaszewski
Wygrał tegoroczny konkurs aktorskiej interpretacji piosenki podczas wrocławskiego Przeglądu Piosenki Aktorskiej, wcielając się w rolę rodzimego Bobbiego McFerrina. Śpiewał utwory własne, inteligentne, buntownicze; na tle powiększającej się niestety co rok mizerii konkursu, musiało się to spodobać. Gdy wygrywał, był studentem łódzkiej szkoły teatralnej. Nie sposób przewidzieć, co z niego będzie – może aktor, może tylko amant (bo warunki ma, a jakże), a może jeszcze zupełnie inne artystyczne zwierzę?

Dominika Ostałowska
Anna Augustynowicz kazała jej i całemu zespołowi „Miarki za miarkę” w Powszechnym grać nie postacie z Szekspirowskiej bajki, tylko życiowe postawy (lepszej lub gorszej próby) w świecie śliskim, obłudnym. Takim jak nasz – dlatego aktorzy w prywatnych kostiumach wstają z widowni. W tych niesprzyjających aktorowi warunkach stworzyła znakomitą rolę zasadniczej i twardej dziewczyny, nie zauważającej, jak świat ją uprzedmiotawia, odbiera wolność. Po stronie plusów winna też zapisać przekonującą współczesną dziennikarkę w „Norymberdze” Tomczyka w Teatrze TV. Natomiast drzemkę zamiast roli (pewnie nie na własne życzenie, tylko na skutek koncepcji całości) w „Arabskiej nocy” na scenie Montowni mogłaby sobie darować, nawet mimo tak ponętnego peniuaru.

Maja Ostaszewska
Pięknie prowadzi w „Aniołach w Ameryce” w Rozmaitościach wątek dziewczyny, którą porzuca mąż, odkrywając w sobie homoseksualne powołanie. Poznajemy ją jako zinfantylizowaną lekomankę i patrzymy, jak dorośleje i ciemnieje, jak dojrzewa do miłosnego cierpienia, zapadając w halucynacyjne odjazdy, wpychając się w myślach między śpiących gejów, jak zgryza w sobie ból i jak w końcu staje się wredna. Pokazowy przebieg. Warto odnotować – zwłaszcza że nikt tego nie zrobił; spektakl przeszedł bez żadnego echa – świetną rolę w widowisku telewizyjnym Małgorzaty Imielskiej „Chciałam ci tylko powiedzieć” w nieodżałowanym Studiu Teatralnym Dwójki. Natomiast nie miało chyba sensu robić karpia, czyli ruszać ustami pod śpiew sopranistki, w hybrydycznym „Giovannim” Grzegorza Jarzyny na scenie Wielkiego.

Beata Paluch
Pamiętałem ją zawsze z ról a’ la subretka, w drugim rzędzie krakowskiego Starego, stąd zaskoczenie: w „Odprawie posłów greckich” wyreżyserowanej przez Michała Zadarę zagrała Helenę – casus belli wojny trojańskiej, postarzałą, przyszarzałą, zrezygnowaną, zawstydzoną, kucającą bezradnie na piętach. Skupiona, konsekwentna rola, zamknięta etiuda w tym nie spojonym wspólną stylistyką przedstawieniu. Pozostająca raczej w mniejszości wobec stylu, jaki zdominował dzisiejszy Stary Teatr, oparty...

Błażej Peszek
...na predylekcji do wygłupów, karykatur, jajcarstwa. Lubi to, a dziś znalazł koniunkturę i pole do popisu. Cóż łatwiejszego, niż grając Aleksandra (czyli Parysa, syna Priama) w tej samej tragedii Kochanowskiego zaproponować etiudę komiczną „poseł-knajak”? Materiał do studiowania sam się przecież pcha przed oczy. Albo poruszać tyłeczkiem w obcisłych gaciach, rubasznie klepniętym przez boginię Atenę, gdy Apolla sprowadza się do wymiarów estradowego show w „Orestei” Jana Klaty? Ponoć taki mamy dzisiaj Olimp. Doprawdy?

Ryszard Ronczewski
Kazano mu, nestorowi gdańskiej sceny, stać nieruchomo boso i w gaciach długie minuty na deskach Wybrzeża z głową nakrytą szmatą, oblewano wodą, obrzucano błotem. Wytrzymał; mógłby być wzorem dla młodych. Tylko że niestety wzorem ofiarności w imię nie wiadomo czego, ponieważ do znalezienia sensu takiej „Lilli Wenedy” przeniesionej znad Gopła do współczesnego zakładu przyrodoleczniczego reżyser Wiktor Rubin nawet się nie zbliżył.

Mariusz Saniternik
Trzy razy w „Kowalu Malambo” Tadeusza Słobodzianka tytułowy bohater wydusza z diabła nową młodość „i trochę forsy na początek”. I trzy razy można patrzeć z fascynacją, jak ruchy aktora nabierają zwinności, sylwetka krzepnie, rozpuszczone jednym ruchem siwe włosy lśnią w świetle. Jak zachłanny jest krok w odzyskane życie i ile wściekłej witalności jest w zamaszystym malambo wystukiwanym obcasami tak, że uginają się deski sceny. Saniternik to aktor w wiecznym poszukiwaniu swego teatru; aż dziw, bo siła w nim tytaniczna.

Wojciech Solarz
Znaczek przy nazwisku proszę rozumieć dosłownie: kilkanaście razy pływa „na fali” w basenie udającym kanał przy Placu Broni w Zadarowej adaptacji powieści Molnára w Narodowym. Szkoda, że wciąż obsadzany jest „po warunkach”. Może być skazany na monokulturę grywania niedorostków gdzieś aż pod emeryturę. Czy nikt naprawdę nie myśli dziś o tym, że i dla sceny, i dla widowni jest lepiej i ciekawiej, gdy aktor nie gra wciąż tego, na co w pierwszym spojrzeniu wygląda?

Marta Stebnicka
O Arystofanejskim „Sejmie kobiet” w Starym Teatrze, napchanym przeterminowanym mizoginistą Weiningerem z jednej strony, a marnymi aluzjami do współczesności z drugiej, Mikołaj Grabowski powinien czym prędzej zapomnieć – może poza tą jedną pyszną scenką, kiedy ma być skonsumowane prawo głoszące, że mężczyzna nie może z młodą, póki nie zaspokoi starszych. I kiedy to owa starsza daje popis kabaretowej zabawy erotycznej: dowcipnej, smacznej, lekkiej, lata świetlne odległej od tej przaśnej pieprzności, którą mamy na co dzień. Sfilmować i przechować; będzie się z czego uczyć.

Danuta Stenka
Tęskniła za groteską, farsą, humorem – i zostało jej dane. Z marginalnej w „Aniołach w Ameryce” roli Ethel Rosenberg i żydowskiej ofiary Roya Cohna stworzyła arcydzieło komizmu, łącząc w jedną karykaturę inteligentną złośliwość, paniutkowate maniery, przenikliwość, kobiece ciepło i dwulicowość. Została pół aniołem stróżem, pół aniołem zemsty umierającego drania, walcząc i przekomarzając się z nim do końca. Wolę jej zwariowaną (z bezceremonialnym kładzeniem się w łóżku chorego włącznie), zachwycającą fanfaronadę u Warlikowskiego niż u Kleczewskiej w „Fedrze” w Narodowym.

Maciej Stuhr
Jakie to proste: do roli kogoś obcego wobec podstawowego środowiska sztuki (w „Aniołach w Ameryce” do roli żonatego mężczyzny, który odkrywa w sobie gejowskie powołanie) wziąć aktora nigdy dotąd nie pracującego ze zgranym już zespołem. Jest inny niż aktorzy Rozmaitości we wszystkim: w reakcjach, w sposobie ustawiania się na scenie, we wchodzeniu w zwarcia, w scenicznej kokieterii. Wyrazistość tej różnicy świadczy o dalece rozwiniętym organicznym porozumieniu wewnątrz trupy Krzysztofa Warlikowskiego – ale o indywidualności przybysza, jego okrzepnięciu na scenie. Zdobytym z pewnością nie w macierzystym Dramatycznym; o operetkowej roli Wierszynina w białym garniturze w „Siostrach” Enquista niech zapomni natychmiast.

Danuta Szaflarska
Maciej Englert sfilmował ją na warszawskiej ulicy, czyniąc z niemego zdjęcia jej twarzy klamrę swoich telewizyjnych „Rozmów z katem”. Kto wie jednak, czy nie zrobił więcej: czy nie uczynił z wizerunku jej skromnej, mądrej twarzy ikony tego, co w przeszłości najlepsze: mądrości, wierności, ofiarności. Gdyby tak utrwaliła się w świadomości społecznej, byłoby to piękne. A że nie tylko na pomniki się nadaje, świadczy rola w „Daily Soup” Amanity Muskarii w Narodowym. Rola babci niby żyjącej w świecie wspomnień, ale „kontaktującej” jak trzeba: koronkowo misterna, delikatna, a i drwiąco przewrotna chwilami. Dwieście lat!

Andrzej Szubski
Idealnie obsadzony w roli księdza po przejściach, usiłującego, po opuszczeniu stanu kapłańskiego, odnaleźć się w „cywilnym” życiu. Można mieć pretensje do autora, że swą opowieść o poharatanym, ekssutannowym mężczyźnie, którego z ziemi zbiera oczywiście czysta miłość, chociaż od niezbyt niewinnej dziewicy – że swą opowieść snuje trochę za prosto. Ale czy westerny nie były proste? A opierały się w dużej mierze na idealnym dobraniu typów do głównych ról. I nie da się ukryć, że Przemysław Wojcieszek ma świetne oko – a i dobrze, że porządny, doświadczony aktor mu w to oko wpadł; spektakl „Ja jestem Zmartwychwstaniem” w wałbrzyskim Dramatycznym ma się na kim trzymać.

Marta Szymkiewicz
Wojcieszek ma oko do typów (patrz wyżej), a Anna Augustynowicz oko do młodych aktorów. Wzięła ją bezpośrednio po szkole, wdrożyła natychmiast w swój dość ściśle sformalizowany teatr (w „Napisie” Sibleyrasa), ale jej rzeczywisty wdzięk, przebojowość, temperament sceniczny ujawniły się dopiero w spektaklu Michała Zadary „Na gorąco”. Korzystając z pretekstu, że Sugar z filmu „Pół żartem pół serio” była Polką, reżyser ułożył sztubacką zabawę, odnawiając żarty z klasycznej komedii. Trochę mu one pojechały w żakinadę, ale zarzut nie dotyczy młodej aktorki – uroczej, wiarygodnej i usprawiedliwiającej swoim czarem całą piramidalną głupotę bohaterki, jakiej reżyser jej nie szczędził. Czyż nie to samo robiła Marilyn M., notabene bardzo do naszej szczecinianki niepodobna?

Zbigniew Waleryś
Nie wiem, czy Pilch przytaknie, ale ja wierzę: tak mógł wyglądać legendarny pan Trąba, inicjator zamachu na Władysława Gomułkę z powieści „Tysiąc spokojnych miast”, ożywiony przez Jacka Głomba w spektaklu „Zabijanie Gomułki” w zielonogórskim Lubuskim. Elokwentny, logiczny, zachowujący kamienną twarz przy najbardziej szalonej nawet fanfaronadzie. Buduje ze swych fantazji skuteczny azyl przed szarością krainy rządzonej przez obiekt swego zamachu. I nie tylko z fantazji: rozbiegane oczy zawsze potrafią łypnąć w kierunku barku, gdy pada celna fraza i nagrody godna. Brawurowa rola, ciepła, zabawna i inteligentna, o co dziś w rozliczeniach z bliższą i dalszą rzeczywistością coraz trudniej.

Marieta Żukowska
Filigranowa blondynka: może grać i dziecko, i śliczną dorosłą kobietę. Ale i może grać o wiele więcej: w „Lwie na ulicy” Judith Thompson w łódzkim Teatrze im. Jaracza była duchem zamordowanej dziewczynki. Mogła mieć dziewięć lat i mogła mieć dwieście, włosy siwiały jej w mgnieniu oka, głos zmieniał się w skrzek. Dawała popis aktorstwa transformacyjnego najwyższej jakości: nie popadając ani w przesadę, ani w śmieszność, imponowała sprawnością, pomysłowością. Nowa rola w słabszym „Habitacie” tej samej autorki (też w reżyserii Mariusza Grzegorzka) nie jest tak wirtuozowska, ale może się podobać w swojej dynamice, konsekwencji, sile wyrazu. Patrząc na tak brylantowy talent w pierwszej chwili chce się wsadzić go pod klosz i otoczyć specjalną opieką; w drugiej przychodzi refleksja, że wszelka sztuczna hodowla talentów zawsze bokiem wychodzi. Co pozostaje? Mieć nadzieję, że nie zmarnujesz, drogi polski teatrze, tej ani innych z licznych swoich ozdób, ku pożytkowi wspólnemu. Amen.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj