Szaleństwo to odtrutka na normalność
Rozmowa z Wojciechem Kucharczykiem - muzykiem, grafikiem, artystą wizualnym i dźwiękowym.

Wojciech Kucharczyk

Muzyk, grafik, artysta wizualny i dźwiękowy, założyciel i szef jednej z pionierskich polskich wytwórni alternatywnych mik.musik.!. Ostatnio coraz częściej piosenkarz. Jego działalność artystyczna ma intermedialny charakter - łączy muzykę, sztuki wizualne i performance. Okładki płyt i plakaty muzyczne jego autorstwa uchodzą za jedne z najoryginalniejszych w kraju.

Sztuka jest dla niego sposobem na przekazywanie komunikatów, nierzadko wyrażonych z surrealną wyobraźnią i absurdalnym humorem. Komentuje zarówno muzyczne, jak i pozamuzyczne zjawiska. Mierzy głównie w stereotypy. Jest członkiem grupy Mołr Drammaz, Pathman i HWDJazz. Wraz z niemieckim artystą Felixem Kubinem tworzy komentujący polsko-niemieckie zaszłości i stereotypy, plądrofoniczny (od plądrowania różnych muzycznych pól) projekt TerriTerrorTorium. Muzycy wzięli na warsztat powszechnie rozpoznawalne elementy obydwu kultur - przeboje pop i muzyki poważnej, hymny i legendy, a także konkretne zdarzenia dawnych i ostatnich lat. Pod pseudonimem retro*sex*galaxy zagłębia się w zjawiska popkultury, przykładowo płyta "dispop" to dekonstrukcja schematów muzyki pop dokonana pod pretekstem hołdu dla staromodnego instrumentu Yamaha PSS-280, a "with bolly and netto - time is rupee and love costs nothing" to pełna humoru, elektroniczna wariacja na temat bollywoodzich hitów.

Jako The Complainer tworzy własną wizję muzyki popularnej. Pierwsza wydana pod tym szyldem płyta była specyficznym hołdem dla jego młodzieńczych fascynacji popem lat 80. Przy użyciu sampli stworzył muzykę, która jest reinterpretacją i trawestacją tamtych brzmień, pomysłów i rozwiązań technologicznych. Na skutek deformacji starych hitów powstały nowe formy, wyjaskrawiające mechanizmy popkultury. Nazwał je „this-is-not-a-coverami". Są to nawiązujące do bastard-popu i plądrofonii połączenia coverów z remiksami. Najnowszy album Complainera, choć znów pełen nawiązań i cytatów, wykracza poza funkcję komentarza i recyklingową formę - prezentuje własną wersję muzyki rozrywkowej.




Joanna Wojdas: Nazwałeś się The Complainer. I faktycznie, narzekasz i krytykujesz coraz bardziej. Ale raczej w wywiadach, muzyka na twojej nowej płycie "The Complainer & The Complainers" ma afirmatywny charakter. Jest w tym jakaś dynamiczna sprzeczność. Może dlatego ten album rozsadza energia, pali tropikalna gorączka - jest przeładowany, ma jakiś szalony posmak. Dlaczego właściwie działasz tak na maksa?

Wojciech Kucharczyk: Na maksa, bo tak jest najlepiej. Czasy są unifikacyjne, w stronę uśrednienia i powszedniości. Żeby się temu przeciwstawić, trzeba to zrobić maksymalnie i dotkliwie. Inna sztuka kompletnie nie ma sensu. Musi boleć, nawet przyjemność musi być wstrząsająca. Ta płyta jest dla mnie rodzajem katharsis, stąd ta tropikalna gorączka. Chciałbym, żeby ten upał był odczytywany na różne sposoby, metaforycznie i dosłownie. Szaleństwo to też piękne słowo, to świetna odtrutka na byle jaką normalność. Dzięki niemu można być cały czas obok, a jednak wciąż w centrum akcji. Prawdopodobnie największe znaczenie dla charakteru tej muzyki ma moment, w jakim została zrobiona. To najtrudniejsze czasy dla mnie, w sensie prywatnym, zdrowotnym i w paru innych sensach. Połączenie wszystkiego ze wszystkim ma oddać to, co gra w mojej duszy. Zresztą to stało się samo, bez premedytacji. Bardzo się cieszę, że udało się to wykonać z pozytywną energią, bo to był pewnie także jakiś rodzaj fizycznej terapii. Nie bez powodu dużo śpiewam - śpiew leczy. I głos jest najlepszym instrumentem, żeby wyrazić emocje, które na mojej płycie są bardzo ważnym elementem. Musi być widać człowieka. Mnie. The Complainer został wymyślony, żeby mniej narzekać, żeby nabrać dystansu i zarazić nim innych. Ta płyta jest moim dotychczasowym apogeum artystycznym i intelektualnym, może także właśnie emocjonalnym. Ale już na koncertach promujących jest jeszcze ostrzej.

W podziękowaniach, obok całego szeregu muzyków, którymi się fascynujesz, i którzy wywarli wpływ na kształt i brzmienie tej płyty (Prince, David Byrne, Depeche Mode, Marc Almond, Jamie Lidell, Buena Vista Social Club, Szostakowicz, Eno, Cash, Waits, Veloso, Gainsbourg) umieściłeś Raimonda Queneau. Muzycznie żonglujesz gatunkami. Utwór „Lovesexy Orqusta" to kolaż głosów sporej gromadki przyjaciół mik.musik.!. z całego świata, wypowiadających w różnych językach słowa „miłość" i „seks". Skąd taka ruchliwość i jaskrawość zestawień, dlaczego są tak zaskakujące? Ćwiczenia stylistyczne, czy pochwała różnorodności?

O tak, pochwała różnorodności to jest to! Nie zastanawiałem się, czy to będzie zaskakujące, czy nie. Robiłem. No i na koniec byłem sam zaskoczony... Pozwoliłem akcji dziać się. Chciałem, żeby muzyka zaczęła żyć własnym życiem. Gościom niczego nie narzucałem, nie dookreślałem szczegółów. Ich wkład był dla mnie drogocenną niespodzianką.

Zestawiasz obok siebie i miksujesz przeróżne, odległe gatunki i tradycje muzyczne (country, electro, muzykę współczesną, folk, hiszpańskie pieśni rewolucyjne, techno, ballady, r'n'b, gospel, tropicalię, muzykę filmową itd.). Po niektóre, jak np. country, sięgnąłeś po raz pierwszy. Dlaczego?

A dlaczego nie? Jeśli ma być maksymalistycznie, to wszystko jest dozwolone. Im więcej zestawień i kontrastów, tym ciekawiej. Duża część tej żonglerki wyniknęła z decyzji użycia jako głównego surowca różnego rodzaju darmowych sampli. Wchodząc w ich bezmiar i gąszcz, ciężko oprzeć się atrakcjom jakie oferują. Uważnie czuwałem nad efektem, ale w kilku miejscach zastosowałem zestawienia losowe. Country wzięło się stąd, że jednym z moich głównych bohaterów jest od kilku lat Johnny Cash. Hank Williams też jest very ok. W prosty sposób przyjemność płynąca ze słuchania ich muzyki przeniknęła do mojej. Cieszę się, bo w Polsce country jest jednym z głównych synonimów obciachu. Tymczasem tak jak w każdym innym stylu i tu zdarzają się niebywałe perły. Lubię przypominać o takich sprawach ponadstylowo.

Jesteś kojarzony z abstrakcyjną muzyką elektroniczną, z tak zwaną sceną eksperymentalną. Dlaczego zdecydowałeś się nagrać płytę z piosenkami, z taką ilością zwykłego śpiewania - śpiewasz całe piosenki, a nie robisz - jak to najczęściej czynią awangardowcy - dekonstrukcyjnych eksperymentów z głosem?

Bo ja najbardziej w muzyce lubię piosenki! Po latach pracy w tzw. awangardzie zrobiłem rachunek sumienia - chłopie, co ty tak naprawdę lubisz, czego słuchasz przy śniadaniu? Co byś chciał robić dalej? Naprawdę trudno jest zrobić dobrą piosenkę, taką, żeby inni mogli się z nią utożsamić, która zostanie na długo. Musiałem długo dojrzewać do tego momentu, życie mnie tego nauczyło. Ale to rodzaj ewolucji, nie uważam tego za zerwanie. Wciąż dekonstruuję, ale w inny sposób. Raczej dotyczy systemów odbierania, pojmowania muzyki niż jej różnych możliwych estetyk.

Nagrałeś płytę z alternatywnym popem. Blaski i cienie popu?

Tak, blaski popu! BLASKI POPU, ładna nazwa dla zespołu!

Czego oczekujesz od tego rodzaju muzyki?

Oczekuję mądrej przyjemności, w odróżnieniu od tej głupawej. Choć to czasem zależy od kontekstu. Trzeba być uważnym i otwartym.

Complainersi to na pewno muzyka w dużym stopniu rozrywkowa. Tworząc ją chciałeś, żeby była popularna?

Tak. Chcę się skontaktować i skomunikować. Przekazać wiadomość. Dać to, co mam najlepszego. Mieć przyjemność w dawaniu przyjemności.

Z jednej strony, z tego, co wiem, po cichu marzysz, żeby być jak Depeche Mode,

Głośno marzę!

Żeby stadion przed Tobą falował i śpiewał.

OOOOOO!

Z drugiej, cenisz garstkę wiernych fanów, który rozumieją wykreowany przez Ciebie nietypowy i - bądź co bądź - trudny w odbiorze przekaz. O nowej płycie mówisz, że jest najbardziej popowa w dorobku. Na ile jest to wyjście do ludzi? Muzyka pop ma być komunikatywna, dlatego wiąże się z pewnymi uproszczeniami i schematami. Czy jesteś w stanie, jako twórca oryginalny i osobny, pójść na tego typu ustępstwa?

Jakie ustępstwa? W zasadzie być może utrudniłem sobie sprawę, bo część starych znajomych może się ode mnie odwrócić, bo stałem się zbyt popowy, "ułatwiony". Nie uginam się przed żadnym schematem. Nie stosuję uproszczeń. Lubię zaskakiwać i być zaskakiwany. Pop jest dobry do tego. Jest tak złożonym zjawiskiem, że być może obejmuje już wszystko, co można sobie wyobrazić, a na pewno mówi na wszystkie tematy możliwe w codziennym życiu, choć czasem oczywiście nie są to ważne wypowiedzi. Ale pop także ewoluuje, uczy się. Mam na myśli to zjawisko w sensie idealnym i nieschematycznym, bo jeśli uznamy, że pop to coś, co widzimy w zwykłej telewizji, to nam się taka analiza nie uda. Powiem skrótowo - Warhol TAK! TV (raczej) NIE! TV to tylko wycinek, element składowy. Tak samo jak większość awangardy jest przecież popem, nie ma co tego kryć. Nie pisze się o niech w czasopismach dla gospodyń, ale już w lajfstajlowych zdarza się. Na przykład Stockhausen, Reich, czy Cage są zarówno symbolami sztuki - jak się to niefajnie mówi -"wysokiej", ale także stali się ikonami popu, mają na niego niebywały wpływ. W biografiach wielkich artystów popu, rocka, jazzu bardzo często czyta się, że artyści stereotypowo określani jako "awangarda" są momentem wyjścia, znalezienia idei na to, jak pop powinien wyglądać, czym w ogóle może być, to zjawiska nierozerwalnie połączone. I coraz trudniej pokazać, gdzie ewentualna granica między nimi miałaby przebiegać. No i wszystko jest do kupienia na tych samych nośnikach, w rozwiniętych ekonomicznie krajach także do dostania w tych samych sklepach. Jeśli chcesz cokolwiek zmienić, "zrewolucjonizować", to musisz wyjść do ludzi, co nie? Mój świat nie jest trudniejszy niż świat po prostu. Być może ogół chce widzieć wszystko zbyt prosto, albo nie ma czasu na zbyt długie zastanawianie się. Mój jest taki jak Twój i Jej, Jego itd.

Płyty Complainera mają w dużym stopniu charakter retrospektywny, przetrawiasz na nich swoje młodzieńcze fascynacje muzyczne. Jest w Tobie nostalgia?

Staram się unikać nostalgii. Ona nic nie daje. Myślę, że wraz z ostatnią płytą uporałem się z retro albo nawet nieco wcześniej zrobiłem to epką "Mastered at the Dusk". Następne płyty powinny już być "tylko moje". Siwych włosów już mam sporo, ale całe moje babranie się w przeszłości jest robione dla lepszej przyszłości. To nie jest sztuka dla sztuki, ale wzory można brać tylko z przeszłości, z klasyki, ze sprawdzonych zjawisk. Ostatnio doszedłem do wniosku, że to jest płyta, która pokazuje zagadnienia związane z czasem w jakiś nowy sposób, wielowymiarowo i jednocześnie. Nie ma przyszłości, teraźniejszości ani przeszłości. Jest ich styk i połączenie. Robiąc tę muzykę ewidentnie wchodziłem w jakąś przestrzeń. A w transie czas nie ma znaczenia. A co za tym idzie, historia także nie. A mówiąc bardziej branżowo niż prywatnie, proponuję ostateczne zerwanie z ocenianiem muzyki poprzez moment w historii w jakim powstała. Tak jest lepiej. Jakie ma znaczenie, czy to jest nowość czy klasyk, jeśli oddziałuje i mówi o człowieku?

Twoja działalność ma w dużym stopniu recyklingowy charakter, jest skierowana na przeszłość i osobistą wizję. A co z przyszłością, z odkrywaniem nowego?

Moja płyta jest na swój sposób odkrywcza, nawet jeśli tylko dla mnie. Recycling jest fajny, bo jest ekologiczny. Tak jak trzeba dbać o lasy, tak trzeba dbać o muzyczną bibliotekę. Jest to bardzo przystawalne do naszych czasów, w których nie da się w wystarczający sposób ogarnąć wszystkich nowych informacji, bo nawet stare nie są wystarczająco zbadane. Niech te nowe będą ważne, niech nie idą w ilość, tylko w jakość. Analiza tego co było i jak to można odnieść do teraźniejszości jest dobrym sposobem na weryfikację nowego. Tak przynajmniej ja to odczuwam.

Mikowa strategia „bycia w poprzek" stereotypom i ogólnie schematom skazuje was jednak na przebywanie w niszy. Czy odpowiada Wam to miejsce? Myślisz, że jest to związane z urokami polskiego podwórka, które nie lubi inności i oryginalności, czy jest to jakaś globalna tendencja? A może „wina" leży po waszej stronie, że jesteście programowo pod prąd?

Nisza mikowi nigdy nie odpowiadała. No bo jak mogła... Ale choć mówię "pop", to jestem rozsądny i zbuntowany, chcę zmieniać, choć wiem, że świata za bardzo się nie da. Edukacja. Akceptacja. Pod prąd - tak, oczywiście, to takie błogie uczucie. Poza tym - ja naprawdę nie potrafię inaczej. Za innych się już nie wypowiadam, są dorośli. Tylko odważni i wariaci mają szansę, w każdej robocie, aczkolwiek w sztuce chyba ma to specjalny wymiar.

A koszulka z napisem „płomienny kaznodzieja", którą masz na zdjęciu z okładki płyty? Co płomienny kaznodzieja mówi światu?

Bądźcie sobą, a najlepiej sobą. Ale nad sobą pracujcie.

A Polska? Kiedyś mówiłeś o godzeniu lokalnego i globalnego, bycia stąd i chęci ucieczki, o wadach i zaletach rodzimego podwórka, teraz słyszę: „Ja chcę stąd uciec i zrobię to. I to nie będzie fenomenalne samo w sobie. Ale przyniesie fenomenalne efekty, jak już się uwolnię z przygniatającej mnie polskości." Stawiasz na siebie i olewasz całą resztę?

Na razie na sto procent jeszcze nie zdecydowałem co zrobię, choć powyższa wypowiedź brzmi buńczucznie. Łatwe rozwiązanie tutaj nie jest możliwe, ciągle szukam sensu życia, działania, mojego, ale także ogólnie. I im bardziej akceptuję, tym staję się w absurdalny sposób coraz mocniej zbuntowany, przeciwny, inny. Tak przynajmniej to odczuwam. Polska ma w sobie takie coś, co kasuje inność w zasadzie już na wstępie. Homogeniczność jest przerażającą sprawą, szkodliwą, a u nas dominuje. Być może zaczyna się to powoli zmieniać, ale gdzie nam do takiego rozumienia, przyswojenia innych jak się to dzieje w miejscach styku naprawdę bardzo różnych kultur i tradycji. A według mnie właśnie tam są najciekawsze zjawiska społeczne, artystyczne, ideowe, socjologiczne i każde inne. Także kulinarne i erotyczne, haha!

Nowa płyta jest buntem czy zabawą?

Jednym i drugim, i ani jednym ani drugim.

Mówisz o sobie frik i buntownik. Czy chcesz zmieniać świat? Na zdjęciu na okładce masz na sobie żarówiasto różową koszulkę z napisem „płomienny kaznodzieja". Powiedziałeś też: „Wydaje mi się, że mik.!. za długo był dobrym, eleganckim, kulturalnym labelem, nie szkodził nikomu. Teraz chce być labelem ZŁYM. Takim co to nie pozwoli spać. Zasnąć ani spokojnie puścić bąka. To ma być muzyka do mycia zębów." To już nie jest taktyka zawirusowywania systemu. To brzmi rewolucyjnie. A potem słyszę, że wyjeżdżasz...

Wyjadę, wrócę i tak w kółko. Wirusy lepiej mutują w podróży. Po okresie kulturalnym jest okres zły, po wkurzonym grzeczny. Nie będę się sam w szuflady wciskał. Na samym początku mówiłem o dotkliwości. Właśnie o to idzie. Po wysłuchaniu płyty masz nie zasnąć, z przyjemności lub z niepokoju. A to, który z tych stanów wybierzesz lub który dostaniesz - to już od ciebie zależy. Wstrząsająca muzyka na wpływ, może pomóc w zmianach, choć sama tych zmian raczej nie jest w stanie spowodować. Wyjazd może być rewolucją, powrót też może. Czasem może nią być zwykłe walnięcie w stół, ale czasem już tylko krzyk do zdarcia gardła. Na pewno byłoby wiele powodów, co ja mówię, JEST wiele powodów, żeby walczyć. To akurat jest niezmienne.


Rozmawiała Joanna Wojdas

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj