Interaktywne hybrydy
W Linzu po raz 20. odbyła się Ars Electronica, impreza, która otwiera nowe horyzonty sztuki.

Fot. Sonia Cillari 

Siadasz na ławeczce, asystenci zakładają Ci na głowę kilka elektrod rejestrujących fale mózgowe. Zapisy idą kablami do skrzynki do analizy EEG i laptopa, gdzie są zamieniane na niskie częstotliwości dźwiękowe. Sygnał biegnie do niskotonowego głośnika, który zawieszony jest na linkach membraną do góry, na wprost Ciebie. A na membranie płynna biała substancja, mieszanka skrobi ziemniaczanej z wodą. Gdy kierowany Twoimi falami mózgowymi głośnik zaczyna drgać i wydawać buczące dźwięki, ciecz się zagęszcza i rosną tańczące i skaczące kluskopodobne stwory. Rodzi się życie? Oto "White Lives on Speaker" Japończyków Yoshimasy Kato i Yuichiego Ito.

Wchodzisz w całkowitą ciemność i parę minut adaptujesz swój wzrok, żeby cokolwiek widzieć. Następnie idziesz do drugiego pomieszczenia, gdzie na środku stoi ledwo zauważalna szklana kula. Wewnątrz jest ciecz z dodatkiem gazu, a ścianki obłożone są mikrogłośniczkami, które zaczynają emitować ultradźwięki. Powodują one tworzenie się bąbelków gazu, a te, nagrzewając się do temperatury kilkunastu tysięcy stopni, pękają. Wyzwalana energia manifestuje się rozbłyskami niebieskawego światła. To zjawisko sonoluminescencji. Właśnie widzisz dźwięki, w postaci światła. Oto "Camera Lucida" Eveliny Domnitch i Dmitry’ego Gelfanda z Rosji i Białorusi.

Tym razem pokój bardzo jasny i pusty. W środku stoi coś, co wygląda jak pralka. Tylko panel i pokrętła ma jakby trochę inne. I tę pralkę się karmi. Prawdziwym jedzeniem, w takich proporcjach jak ludzkie, dwa razy dziennie. Maszyna dokładnie imituje proces ludzkiego trawienia, a i jego rezultat w niczym się od ludzkiego nie różni. Nawet śmierdzi dokładnie tak samo. Oto siódma, "domowa" wersja projektu Belga Wima Delvoye’a, zatytułowana wymownie "Cloaca".

Dziwo, magia, ekskrementy – cała współczesna sztuka. Gdzie można ją zobaczyć? Na przykład na corocznej wystawie Ars Electronica w austriackim Linzu. Impreza należy do największych przeglądów sztuki nowych mediów – animacji, instalacji, dzieł elektroakustycznych, sieciowych, interaktywnych, hybrydowych. Otwiera prawdziwie nowe horyzonty w rozumieniu sztuki. W tym roku do konkursu w sześciu kategoriach zgłosiło się blisko 3500 artystów – bo Prix Ars Electronica od lat uchodzi za prawdziwą markę. Bogactwo programu przyprawia o zawrót głowy, zadyszkę i ból nóg – samych konferencji jest tu kilkanaście, cztery muzea z wystawami, instalacje i performance, codziennie do późnej nocy koncerty i projekcje, do tego jeszcze spektakularne wydarzenia i instalacje w przestrzeni miejskiej. O co w tym wszystkim chodzi?

W tym roku parę wątków wybiło się na pierwszy plan. W kategoriach konkursowych – "Hybrid Art", w której to sekcji startowały dwa ostatnie projekty. Nie tylko dlatego, że w wyróżnionej „Camera lucida“ materią jest i dźwięk, i światło, a w nagrodzonej Award of Distinction "Cloace" chemia spotyka się z gastronomią, inżynierią i designem. Także dlatego, że pierwsza to wzorowe połączenie nauki i sztuki, rozumu i magii, a druga – konceptualizmu, humoru, inwencji, a nawet i religijności oraz marketingu. Wim Delvoye uważa, że "Cloace" składa się ofiary z jedzenia jak pogańskim bogom, a jedna z wersji maszyn wygląda jak indiański totem. Natomiast w aspekcie krytyczno-społecznym, Belg już teraz reklamuje i sprzedaje (w hermetycznych opakowaniach) produkty, a planuje założenie spółki akcyjnej i wejście na rynek amerykański... W końcu wszystko można sprzedać.

Istotą sztuki hybrydowej są niespodziewane i owocne filiacje, krzyżówki, syntezy różnych nauk i sztuk, których rezultatem jest nowa dziedzina, nie dająca się już podłączyć pod istniejące. Główną nagrodę, Golden Nica, dostała SymbioticA – zespół twórców z University of Western Australia w Perth.

Symbiotica to kolektyw naukowców i artystów, organizujący studia, warsztaty, wystawy, festiwale, a założony przez Orona Cattsa, profesora Stuarta Bunta i profesor Mirandę Grounds w 2000 roku. Na festiwalu pokazał m.in. kurtkę powstającą z polimerów i komórek czy sukienkę z grzybów, jak i układanie na żywo sekwencji DNA w znak ©. Poziom naukowości projektów z laboratorium SymbioticA przekraczał nierzadko myślowe horyzonty zwiedzających, niemniej rezultaty były oryginalne i fascynujące.

Tradycyjnym tematem Ars Electronica jest interaktywność, podkreślana tym razem nie tylko ilością wystawianych projektów, ale i wyborem nagrodzonych. Award of Distinction powędrowała do Berniego Lubella ze Stanów, co było decyzją przewrotną, bo w jego instalacjach niemal nie ma... elektroniki. "Conservating Intimacy" to wielka, kilkunastometrowa konstrukcja z drewna, sprężyn i cienkich pneumatycznych rurek. Trudno to opisać, łatwiej pokazać, najlepiej się pokiwać. Co istotne, tych instalacji nie uruchomi się w pojedynkę, nabierają one sensu dopiero przy współpracy gości. A więc można działać zgodnie, można się nie rozumieć, można kłócić – i wszystko widać później w papierowym zapisie. Piękny pomysł, piękne wykonanie.

To partnerstwo w interakcji było również kluczowe dla szeregu interfejsów muzycznych umożliwiających grę niewykształconym gościom. W wyróżnionym Honorary Mention „Freqtric Project“ Japończyka Tetsuaki Baby cztery osoby mogły trzymać za metalowe rączki drewnianą tackę. Była ona podłączona do czujnika pół elektromagnetycznych, a ten do samplera. Dotykając w różnych miejscach rąk partnerów, uzyskiwało się całą gamę perkusyjnych brzmień. Ciekawszy muzycznie okazał się „PipeSound“ Thomasa Wagnera i Lukasa Rettenbachera, gdzie można było wydawać różne odgłosy do pięciu mikrofonów umieszczonych w kilkumetrowej plątaninie rur. Nasze brzmienia dało się następnie nagrać, zapętlić, obniżyć, podwyższyć, filtrować, a gdy grał komplet gości i rury dokładały swoje echa i zniekształcenia, zaczynało się robić naprawdę wesoło.

Jednak sztuka hybrydowa i interaktywna nie wyczerpuje wszystkich możliwości, jakie pokazywała tegoroczna Ars Electronica. Bo była przecież i filmowa animacja oraz efekty specjalne, i cyfrowa muzyka, i społeczności cyfrowe, i wirtualne światy. Wszystko to zmierza w kierunku nowej, pragmatycznej definicji sztuki.



Podporządkowując wystawę hasłu "Goodbye privacy" kuratorzy, Christine Schöpf i Gerfried Stocker, chcieli zwrócić uwagę na postępujący proces zagarniania naszej prywatności. Jesteśmy obserwowani z satelitów i miejskich kamer; nasze telefony coraz częściej mogą być lokalizowane, a nawet podsłuchiwane; każdy krok w internecie jest rejestrowany... Na ten temat odbyło się szereg konferencji, także z udziałem filozofów, socjologów, prawników, jednak najciekawsze efekty widać było w nagrodzonych pracach.

W "Park View Hotel" Hindus Ashok Sukurman pokazał zainstalowane w San José w Kalifornii specjalne urządzenie, które pozwalało każdemu przechodzącemu przez park „wtargnąć" do pokoju pobliskiego hotelu. Możliwe to było dzięki swego rodzaju lunecie z celownikiem, komunikacji radiowej, a następnie odbiornikom i aparaturze w hotelu. Gdy namierzyło się pokój, można było po naciśnięciu przycisku zmienić kolor i natężenie jego oświetlenia, co następnie objawiało się także w stojącej obok latarni. Choć sam rezultat nie jest oszałamiający, to perfekcyjnie ilustruje współczesne rozmywanie się przestrzeni publicznej i prywatnej, zbiorowości i intymności - i stąd zapewne główna nagroda Golden Nica.



O wiele bardziej dopełnioną estetycznie instalacją okazało się "Se Mi Sei Vicino" Soni Cillari. Nieruchoma modelka stoi na specjalnym polu elektromagnetycznym, mając za i obok siebie dwa ekrany z animowaną siecią.

Gdy tylko ktoś się zbliży do pola, sieć zaczyna się wyginać, wydobywając przy tym świetnie zsynchronizowane i rządzone tym samym algorytmem szumy. Najciekawsze efekty powstają, gdy modelkę dotykamy lub poruszamy jej ciałem - niemniej wymaga to przezwyciężenia pewnych społecznych oporów i nawyków, dotyczących sfery prywatnej.

Wiele prac zgodnych z głównym tematem festiwalu zostało stworzonych w sieci i zgłoszonych następnie do konkursowej kategorii „Digital communities". Przykładowo Holenderka Boudewijn Koole stworzyła portal dla dzieci, gdzie każde może umieścić dowolne zdjęcie. W jednym momencie na „Things to remember" wyświetlanych jest około tysiąca „pamiątek", które tworzą zmienną, kolorową mozaikę, portret zbiorowości złożony z mnóstwa prywatnych historii.


Progresywność festiwalu wyraża się jednak przede wszystkim w stosunku do internetu i rzeczywistości wirtualnej. W nowo założonym i stale czynnym Ars Electronica Center, gość zanurza się w wielu portalach, które stanowią przejście ze świata realnego w sztuczny. Oto można wskanować plastelinową figurkę lub samego siebie do plastikowego pudełka, które umieszczone na specjalnej platformie czytającej, wstawia nasz awatar do wirtualnego krajobrazu. A po nim da się podróżować i hulajnogą, i kamerą, odkrywając swoje i innych gości ruchome wizerunki, jak i całą resztę obiektów. W komorze 3D po założeniu okularów możemy poruszać się po przekonywującej symulacji florenckiego rynku, pałacu-muzeum, dziecięcego rysunku czy abstrakcyjnej animacji. W innych instalacjach nasze atramentowe rysunki ożywają, wirtualne motyle podążają za naszą dłonią, smoki ruszają się zależnie od naszego głosu...

A wszystko to tylko dalekie echa zataczającej coraz szersze kręgi rewolucji spowodowanej ideą Second Life. Ten wirtualny świat, sieciowe społeczeństwo, gromadzi w tej chwili blisko 8 milionów użytkowników, którzy posiadają swoje awatary, firmy, domy; spotykają się, kłócą, zakochują. Ba, rozpisano już pierwszy konkurs architektoniczny, wykryto pierwszych pedofilów! I tak jedną z głównych atrakcji tegorocznego festiwalu było Second City - powiązanie całej ulicy i placu w Linzu z internetem za pomocą szeregu portali i instalacji. Lido pozornie polegało tylko na usypanej na Pfarrplatz miłej plaży z oczkiem wodnym i szeregiem relaksujących leżaków. Tak, ale pod piaskiem i za każdym siedzeniem były głośniki, które emitowały odgłosy chodzącej po tej samej plaży w Second Life awatarów - kroki, rozmowy, śmiechy. Ich obecność można było także zobaczyć na szeregu monitorów, a zarejestrowani użytkownicy mieli do dyspozycji komputery, by na żywo i „na miejscu" sterować swoimi postaciami. Brama między dwoma światami... Z kolei na Marienstrasse można było odbyć warsztaty Second Life, ukształtować i ubrać awatary czy zapisać je na różne zajęcia; wysyłać i odbierać zdjęcia, rysunki, teksty do wirtualnego świata lub internetu. Oto sztuka przyszłości.

No właśnie, jaka to sztuka? Hybrydowa, interaktywna, społeczna, demokratyczna, sieciowa, wirtualna. To główne kierunki, jakie wytycza nam festiwal i konkurs Ars Electronica. Szkoda, że niemal nikt z polskich kuratorów czy dyrektorów wystaw nie przyjechał, by to zobaczyć na własne oczy i by może coś zrobić i u nas. My podniecamy się meteorytami i papieżami, członkami i krzyżami, palmami czy ziemniakami, gdy tymczasem... Tymczasem sztuka ze swej romantycznej postaci (piękno, geniusz, natchnienie, indywidualizm, skończone dzieło) przepoczwarza się w pragmatyczną, jak to wieszczył przed laty amerykański filozof John Dewey. Wykazując martwotę muzealnej koncepcji dzieł jako przedmiotów, wprowadził on kategorię zintegrowanego, dynamicznego doświadczenia estetycznego, ktore mogło być sprowokowane zarówno sztuką, jak i nauką lub codziennością. Pytaniem staje się już nie „co jest sztuką?", ale „kiedy sztuka?", jak kontynuował tę myśl Nelson Goodman. Wreszcie następuje obalenie tradycyjnie sztywnych podziałów między nauką a sztuką, między odbiorcą a twórcą, między dziełem a otoczeniem. W pragmatycznej koncepcji sami współtworzymy - czego dowodziła tegoroczna Ars Electronica.

Przykłady filmów zaprezentowanych na Ars Electronica 

Codehunters (główna nagroda Golden Nica)

Gentleman's Duel (II nagroda, Award of Distinction)

Apnee (wyróżnienie)

Chaos Theory (wyróżnienie)

Travelers-Snowball (reklama, ale jaka... wyróżnienie)

Crazy (wyróżnienie)

Dashboard

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj