Brutalu, czy ci nie żal?
Profesorowie alarmują: utrzymać kulturę języka polskiego!

Jak wyglądają mechanizmy, za pomocą których dokonuje się brutalizacja języka debaty publicznej? Na tryby i trybiki mechanizmy te postanowili ostatnio rozebrać profesorowie, specjaliści od polskiej mowy. Alarm: utrzymać kulturę języka polskiego!

W Pałacu Staszica (siedziba PAN) odbyło się posiedzenie plenarne Rady Języka Polskiego. 26 września, czyli dokładnie w Europejskim Dniu Języków, akademicy chcieli, by głos ich był słyszany. Dzień Języków szczęścia jednak nie miał, jako że przegrał – przynajmniej w mainstreamowych mediach - ze Światowym Dniem Antykoncepcji. A szkoda, bo było czego posłuchać.

Najpierw, na rozluźnienie, śmichy-chichy z dezodorantu „Brutal”, który sam w sobie jest chodzącą (tzn. „psikającą”) sprzecznością, bo niby jak można się brutalnie „spsikać” zapachową mgiełką? Pojawiły się też pierwsze zabawy słowem. Co i raz któryś z profesorów zaznaczał z przymrużeniem oka, że musi coś natychmiast „brutalnie powiedzieć” czy „brutalnie zaznaczyć”. Ale to tylko rozgrzewka, jako że temat posiedzenia jak najbardziej poważny. Bo przecież chodzi o utrzymanie wzorców debaty publicznej. O jej język, na którego brutalizację – jak się wydaje – coraz wyraźniej jako społeczeństwo przyzwalamy, choćby przez brak wobec niej wyraźnego sprzeciwu.

Pierwszy panelista, prof. Jerzy Bralczyk, który zapowiedział wystąpienie o języku publicznym, zaczął niebanalnie, od rapperów, a skończył – logicznie dowodząc – na politykach. Spoiwem okazała się być kategoria metabrutalności (tj. brutalnie o brutalności). Wzorców dostarczyła strategia językowa obecna w muzyce rap: rapper nie toleruje, więc obraża w tekście swego „kolegę po mikrofonie”, ten zaś, by nie pozostać dłużnym, pisze i następnie wykonuje na scenie utwór, w którym z kolei lży fakt, iż został zelżony oraz tego, który na lżenie jego zacnej osoby sobie pozwolił. A jak to wygląda w polityce? Bardzo podobnie. W sposób językowo brutalny mówi się o brutalnym języku swoich oponentów.

Sporo było - w kontekście językowym, oczywiście - o „chamach i warchołach”, „spieprzaj dziadu” czy ostatnim hicie - „mordo ty moja”. Niechaj żałują politycy i politykierzy, że nad uczestnictwo w ostatnim posiedzeniu Rady Języka Polskiego przedłożyli obnośny handel sloganami od stacji do stacji telewizyjnej. Można było skorzystać! Dowiedzieć się choćby tego, że nie warto tracić energii na wymyślanie wszelkiego rodzaju „ciamciaramci” (swoją drogą – czy Roman Giertych miał świadomość, że zapożycza się językowo u swojego „ukochanego” Gombrowicza i jego „cimcirymci” z „Iwony, księżniczki Burgunda”?), a kłaść bardziej nacisk na produkowanie rozbudowanych związków frazeologicznych i całych fraz. „Oni stali tam, gdzie stało ZOMO” czy „Ten pan już nikomu życia nie odbierze” pożyją bowiem (ku uciesze jednych i zniesmaczeniu drugich) dłużej w świadomości językowej społeczeństwa. Jak hasła reklamowe produktów, które niejednokrotnie silniej zapisują się w pamięci od ich nazw.

Bardzo ciekawie wypadło wystąpienie prof. Krystyny Skarżyńskiej, która mówiła o brutalizacji języka w kontekście polityki. To ona pierwsza przełamała polityczną poprawność na sali. Profesor Bralczyk co prawda dawał do zrozumienia, kto brutal i jak mu na imię, ale raczej półsłówkami. To dopiero prof. Skarżyńska powiedziała kto, co i jak, nie owijając w bawełnę (to się nazywa profesorski girl power!). Nazwała rzeczy po imieniu, a poszczególne zachowania i strategie językowe (te brutalizujące i te „pasywne”) przypisała konkretnym ugrupowaniom politycznym.

Sporo czasu poświęciła na analizę „osoby makiawellicznej” (cechy szczególne: agresja, niska ugodowość, potrzeba autorytarnej dominacji, brak tolerancji dla niejednoznaczności i poczucie własnej wyjątkowości), „osobowości paranoidalnej” (przejawia się m.in. atakami słownymi, przy jednoczesnym podawaniu się za ofiarę ataków) i tej typu „borderline”, czyli tzw. pogranicznego zaburzenia osobowości, zwanego także „zagubieniem w lustrzanym odbiciu” (m.in. popadanie w ekstrema, zmienny stosunek do innych ludzi). Miejsce konferencji sprzyjało takim rozważaniom, jako że odbywała się w Sali Lustrzanej PAN-u. I wnioski były nadzwyczaj ciekawe. Jak się okazuje, w kontekście rozmów o języku odwoływanie się do kategorii z pogranicza psychologii i psychiatrii jest w pełni zasadne, jako że co osobowość, to obrana zupełnie inna, charakterystyczna strategia językowa. Tę natomiast można bez problemu przewidzieć, znając cechy szczególne danej (też językowej) „jednostki chorobowej”.

Coś, co za każdym razem potrafi zauroczyć (a i - zwalić z nóg) słuchaczy spoza grona profesorskiego (by nie rzec – ludzi „z ulicy”), to przywoływanie przez naukowców wykwitów mowy młodzieżowej. Tak więc uroczy był prof. Tadeusz Zgółka, który – choć wystąpienie jego dotyczyło brutalności w „małoletnim” języku – opowiadał ze zdziwieniem, jak to jego edytor tekstów w komputerze za każdym razem automatycznie podkreśla i uznaje za błąd wyraz „zajefajny”, natomiast po wstukaniu „zajebisty” (toć to wulgarne!) - edytor daje pełne przyzwolenie na egzystencję „zajebistości”.

Padło kilka słów o ciekawym (acz mało - kontynuując wątek - „zajebistym”) zjawisku oszustwa komunikacyjnego, które do perfekcji opanowały przede wszystkim Radio Maryja i TV Trwam. Jego mechanizm jest prosty: do studia zaprasza się na wywiad „osobowość”, dajmy na to – prof. Jerzego Roberta Nowaka, z którym rozmawia prowadzący, dajmy na to - „ojciec Jacek”. Tylko że „ojciec Jacek” okazuje się być jedynie statystą. Jego udział w dyskusji, której faktycznie nie ma, sprowadza się do cierpliwego wysłuchania, z należną atencją oraz nabożeństwem, wszystkiego tego, co przygotowała wcześniej „osobowość”, a co można określić jednym słowem: monolog.

Monolog może przybierać też formę językowej agresji na pokaz. W trakcie obrad sejmu członkowie „przeciwnych” partii wychodzą na mównicę, odsądzając się wzajemnie pod czujnym okiem kamer od czci i wiary, by zaraz po posiedzeniu, już poza salą, poklepywać się po ramieniu, kontunuując międzypartyjne koleżeństwo.

Parę słów padło na temat „fizycznego”, bo namacalnego brutalizowania języka w życiu publicznym (choć nie tylko) z powodu zaniku poufności korespondencji i coraz bardziej powszechnego nagrywania rozmów bez wiedzy rejestrowanego. A stąd już tylko jeden krok do Orwella. Pojawił się więc wątek manipulowania semantyką słów. Na przykład „elita”. Niegdyś wyraz o wymowie pozytywnej, dziś coraz bardziej podchodzący pod „układ”, szajkę z wyższych sfer. „Liberał” i „oligarcha” natomiast zmieniły kontekst. Dawniej słów tych używano wyłącznie w ramach rozważań politologicznych, dziś przeszły do mowy potocznej, zyskawszy – z powodu językowych szachrajstw grupy polityków – nacechowanie negatywne (ciężarem gatunkowym zdaje się niewiele różnić od popularnego swego czasu „badylarza”).

A jak było kiedyś? Inaczej, bo mniej paranoicznie. Weźmy znanego z nieprzebierania w słowach Józefa Piłsudskiego. Różnica polega na tym, że Marszałek ostre wypowiedzi kierował tylko i wyłącznie do swoich politycznych adwersarzy, dzisiaj natomiast coraz bardziej powszechnieje zwyczaj atakowania słowem całych grup społecznych, które – choć zdanie swoje mają - sejm i okolice (oraz „jednostki chorobowe”...) znają tylko z ekranu telewizora. I tyle.

Konferencja była świetna, w sam raz na okres przedkampanijny. Nie wiało nudą ani przez moment, głównie chyba z powodu ciągłych odwołań do bieżących wydarzeń (na zasadzie egzemplifikacyjnej). Gdyby była (re)transmitowana przez którąś ze stacji telewizyjnych – na pewno zgromadziłaby sporą widownię (być może nawet grono profesorskie zostałoby wyzwane od „brutali” przez klasę rządzącą). Polityków nie było, a szkoda. Bo do jednych by może doszło, że król jest nagi (choćby przez rozbiór i analizę materii jego języka), a innym by podsunęło skuteczniejszy modus operandi – tak, by więcej nie strzelać ślepakami i wiedzieć, jak nie dać się podejść.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj