Szpetna sztuka
Bestsellerem była 'Historia piękna' pod redakcją Umberto Eco. Nie mniejsze powodzenie czeka 'Historię brzydoty', która właśnie trafia na półki. To co wstrętne i odrażające ma bowiem osobliwą siłę przyciągania.
Starożytni pielęgnowali w sztuce głównie idealne proporcje i harmonię rzeźby, mitologii pozostawiając to co nieprzyjemne lub przerażające. A więc Cerbera, Gorgony, Minotaura, harpie, Saturna pożerającego własne dzieci czy Medeę mordującą synów. Dopiero wiele stuleci później twórcy potrafili docenić artystyczną atrakcyjność owych postaci i zdarzeń, przenosząc je w niezliczonych wersjach na płótno.

Obyczaj pokazywania brzydoty upowszechnił się dopiero w Średniowieczu. Świat żywych nadal jeszcze idealizowano, ale szpetni byli za to wszyscy, którzy podpadli Bogu. A więc oprawcy Chrystusa i sprawcy męczeństwa kolejnych świętych, a także bezbożnicy, którzy trafili po śmierci do piekła. Ale przede wszystkim ci, którzy bezbożnikami mieli się zająć: diabły. Równocześnie poszerza się katalog brzydactw, którymi artyści straszyli widzów. Pojawiają się nowe kategorie potworów, jak chimery, bazyliszki, gryfy, mantykory, skutecznie zastępując te znane z mitologii. Praktycznie dopiero wiek XIX (za sprawą literatury) i XX (głównie za sprawą filmu) wprowadzi na szerszą skalę nowe szkarady: najpierw jednostkowe, jak Quasimodo, potwór Frankensteina czy Gwynplaine, a później gatunkowe, jak krwiożerczy kosmici, zombi, mutanci, cyborgi, androidzi.

W czasach Renesansu dotychczasowe brzydactwa zyskują nową, bardziej sugestywną formę. Kolejne wizje Sądu Ostatecznego i cierpień czekających niewiernych w piekle (Bosch, Memling, van Leyden, Bouts) stanowiły dosadny argument za życiem zgodnym z wytycznymi wiary. Ale też twórcy dostrzegli szpetotę życia doczesnego, z jego obscenicznością, fałszem, deformacją, sprośnością, pazernością itd. 

I tak można by wędrować przez kolejne stulecia, epoki, kierunki w sztuce i prądy myślowe. Do katalogu estetycznej brzydoty każdy z nich dorzucał coś nowego: wisielców, morderców, wiedźmy, anomalie porodowe, głód, biedę, choroby, dewiacje, sadyzm, sekcje zwłok itd. A wszystkie je, z mniejszą lub większą uwagą, odnotowuje i analizuje Umberto Eco. Ale prawdziwy triumf brzydoty w sztuce przyniósł dopiero wiek XX. Nie tylko poprzez dobór tematów, ale poprzez sposób patrzenia na świat.

Ekspresjonizm niemiecki – Nolde, Grosz, Kirchner, Dix – z brzydoty uczynił narzędzie społecznej krytyki; dadaiści – groteskową zgrywę. Dla kubistów dekonstrukcja i dysharmonia stały się podstawową estetyczną regułą. Koszmary senne okazały się doskonałym materiałem, z którego lepili surrealiści. Trauma II wojny światowej i doświadczenie totalitarnych ustrojów dodatkowo sprawiły, że kryteria dzielenia na piękne i brzydkie całkowicie się pomieszały. Klasyczna estetyka trafiła na półkę z napisem „kicz”, a to, co odrażające, niepokojące, obleśne awansowało do roli sztuki progresywnej, awangardowej, nowoczesnej. Proporcje znane ze starożytności całkowicie się odwróciły; w sztuce piękno stało się niszowe, brzydota – powszechna. W sztuce jest więcej brzydoty, a dodatkowo utraciła ona negatywne emocjonalne zabarwienie. Odległe o lata świetlne od klasycznych kanonów piękna postaci z obrazów Bacona czy Botero prędzej wzbudzą zaciekawienie niż odrazę. Zupełnie odwrotnie aniżeli harmonijne, akademickie i pełne pozytywnych przesłań dzieła mistrzów socrealizmu.

Książka ma ciekawą konstrukcję, na poły chronologiczną, na poły tematyczną. Autor niekiedy pochyla się nad konkretną epoką lub stylem, czasami na warsztat bierze jakiś motyw (np. satanizm lub „tradycja antykobieca”). Z „Historii brzydoty” korzystać można na trzy sposoby. Najbardziej leniwym polecam kartkowanie. Kilkaset ciekawie dobranych ilustracji (głównie reprodukcje dzieł sztuki), arcydzieł brzydoty, z pewnością dostarczy maksimum przyjemności przy minimum wysiłku. Nieco bardziej ambitni, poza oglądaniem, z pewnością poczytają minieseje Umberto Eco rozpoczynające każdy rozdział książki i dające ogólne wyobrażenie o problemie. Natomiast na najbardziej wytrwałych czeka przebogata lektura tekstów źródłowych; krótkie fragmenty z historii rozważań nad brzydotą. Od Ajschylosa, Homera i Platona, przez Goethego, Nietzschego czy Dostojewskiego, po Prousta, Sontag i Warhola.

„Historia brzydoty” jest publikacją imponującą rozmachem, erudycją i bogactwem treści. Ma tylko jeden, mankament. W publikacji zdecydowanie bowiem brakuje – wspaniale dopełniającego biegu dziejów – obrazu brzydoty we współczesnej sztuce i kulturze.

Autor robi wprawdzie wyjątek dla fenomenu kiczu i kampu, ale to wszystko. A gdzie cała współczesna kinematografia z tak popularnym i jakże kreatywnym w posługiwaniu się brzydotą gatunkiem horroru? Najwięcej jednak żalu można mieć o nieobecność współczesnej sztuki (praktycznie kończy się na ekspresjonizmie niemieckim), z jej skrajnym ekshibicjonizmem, autodestrukcją, przełamywaniem wszelkich estetycznych tabu. Gdzie prace Jenny Saville, Rona Muecka, Jake&Dinos Chapmanów, Matthew Barneya, nie mówiąc już o takich klasykach jak Lucien Freud, wiedeńscy akcjoniści czy Joseph Beyus? Wygląda na to, że brzydota w sztuce początków XXI w. musi poczekać na inną okazję.

Historia brzydoty pod red. Umberto Eco, przekład zbiorowy, wyd. Rebis, Poznań 2007, s. 455

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj