szukaj
Rozmowa z Tigranem Mansurianem
Pogranicze światów
Wybitny kompozytor ormiański: "Najgłębiej zainspirował mnie Witold Lutosławski".

Tigran Mansurian - urodzony w 1939 roku w Bejrucie muzyk i kompozytor ormiański. Fot. Vahan Stepanyan 

Poznańska „Nostalgia”, jak można przeczytać na stronie organizatora, „jest przede wszystkim festiwalem muzycznej pamięci”. Europa od kilku dziesięcioleci fascynuje się sakralną muzyką kompozytorów ze Wschodu skupionych wokół wytwórni ECM. Wspólnym mianownikiem twórczości Arvo Pärta, Alfreda Schnittkego czy Gija Kanczellego pozostaje właśnie nostalgia: tęsknota za utraconym pięknem i niewinnością folkloru, średniowiecznej muzyki liturgicznej, wreszcie kanonicznych arcydzieł zachodniej klasyki. Niewielu zdaje sobie sprawę, iż „nowa duchowość” narodziła o wiele dalej na Wschód. Nie przez przypadek na festiwalu wykonane zostaję utwory aż trzech kompozytorów ormiańskich: Komitasa, Georgija Gurdżijewa oraz Tigrana Mansuriana. Ten ostatni gościł w Polsce osobiście. Skorzystałem z tej okazji, by porozmawiać z nim o muzycznych oraz duchowych tradycjach jego ojczyzny.


Armenia jest krajem o bogatej i skomplikowanej historii. To chyba inspirujące dla kompozytora?

Bez wątpienia. Nasza muzyka rozwijała się na styku wpływów ze Wschodu oraz Zachodu. Znalazło to wyraz w odrębności i oryginalności wciąż żywego folkloru oraz praktykowanych po dziś dzień śpiewach liturgicznych kościoła ormiańskiego. Wiele jakości, których poszukuje współczesna muzyka zachodnia, obecnych jest w naszej tradycji od wieków, a nawet tysiącleci. Zadaniem kompozytora staje się odkrycie tych związków i nadanie im nowego znaczenia.

Pana kraj ma własną, niezwykle bogatą tradycję kompozytorską. Ojcowie współczesnej muzyki ormiańskiej – Komitas i Georgij Gurdżijew – byli jednak kimś więcej, niż tylko muzykami?

Myślę, że obu nazwać można mędrcami w starożytnym tego słowa znaczeniu. Komitas - pierwszy armeński muzyk znany i ceniony na Zachodzie – był także księdzem i badaczem folkloru. Przede wszystkim jednak dokonał epokowych, polifonicznych opracowań śpiewów liturgicznych naszego kościoła. Z kolei Gurdżijew to wielki mistyk, ojciec współczesnej duchowości, dla którego muzyka stanowiła tylko jeden z wielu obszarów aktywności.

Tradycja muzyczna, podobnie jak nasz kościół oraz alfabet, miała dla pozbawionych własnej państwowości Ormian głęboki wymiar duchowy oraz narodowy. Także dziś traktuje się ją jako nośnik tradycji, tożsamości. Stąd bierze się nasz konserwatyzm: awangardowe eksperymenty traktowane są przez naszych słuchaczy tak samo, jak niegdyś najeźdźcy i ich obce zasady.

Komitasa i Gurdżijewa uznać można chyba za prekursorów nurtu „nowej duchowości” w muzyce Zachodu, dziś rozwijanego przez Góreckiego, Pärta, Kanczellego i oczywiście Pana?

Naturalnie. Wynika to z ogromnej żywotności folkloru oraz tradycji sakralnej – źródeł, do których tak chętnie odwołują się dziś kompozytorzy Zachodu – w naszym regionie. Sprawa jest jedna o wiele głębsza i bardziej skomplikowana. Rozwój muzyki klasycznej dokonywał się wraz z ewolucją zapisu nutowego, nieobecnego w tradycyjnej muzyce ormiańskiej. Zachód zerwał związek z kulturą oralną i równie dużo na tym zyskał, co stracił.

By wyjaśnić, o co mi chodzi, odwołam się do moich własnych doświadczeń z muzyką afrykańską. Słuchałem kiedyś nagrań dokonanych na Czarnym Kontynencie przez UNESCO. Większość z nich bardzo mnie fascynowała, ale jedna z pieśni wydała mi się zaskakująco uboga, jeśli chodzi o rytm oraz intonację. Zapytałem mojego przyjaciela, znawcę tradycji afrykańskich, po co w ogóle została ona nagrana. On odpowiedział: - „Wydaje Ci się, że ta pieśń jest banalna, bo nie zauważyłeś, że jej wykonawca cały czas dialoguje ze świerszczem”. To są właśnie niebezpieczeństwa wiążące się z rozwojem zapisu muzycznego: skupiamy się na nutach, zapominając o „pieśni świerszcza”.

Wydaje mi się, że tym, co fascynuje dziś tak wielu ludzi Zachodu w muzyce ormiańskiej, jest jej archaiczny, organiczny związek z tradycją i naturą naszego kraju.

Pana trudno jednak nazwać „muzykiem tradycyjnym”? Jest Pan przecież gruntownie i według zachodnich reguł wykształconym kompozytorem.

Myślę, że należę w równym stopniu do obu tych światów – muzyki tradycyjnej i współczesnej; Wschodu oraz Zachodu. Podobnie, jak moi wielcy poprzednicy studiuję, a nawet praktykuję tradycyjny śpiew. Bardzo ważna jest też dla mnie fakturalna klarowność i ascetyczność, której nauczyłem się z polifonicznych opracowań chorału autorstwa Komitasa, a która odzwierciedla znakomicie surowe piękno ormiańskiego krajobrazu.

Często odnoszę wrażenie, że podobnie jak dzikie zwierzęta lękają się myśliwych, tak folklor (sztuka będąca „gatunkiem wymierającym”) boi się spotkania z uzbrojonym w zapis i różne techniki kompozytorskie muzykiem Zachodu. Kiedy jednak ja wchodzę do ogrodu ormiańskich pieśni, modlitw oraz tańców, one witają mnie bez bojaźni i oddają mi się pod opiekę. Myślę, że moja siła polega właśnie na zawieszeniu pomiędzy dwoma tak odrębnymi światami.

Czy zna Pan współczesną muzykę polską? Jakie wrażenie robi ona na Panu?

Oczywiście, że tak! W latach sześćdziesiątych czytałem znakomite książki Bogusława Schaeffera oraz studiowałem jego partytury. Od wielu lat dostaję też regularnie nagrania z „Warszawskiej Jesieni”. Bliska jest mi muzyka Henryka Mikołaja Góreckiego, ale najgłębiej zainspirował mnie Witold Lutosławski, a zwłaszcza jego „Preludia i Fuga”. To fascynujący przykład koegzystencji, płynnego przenikania się monodii i polifonii. W pewnym sensie przypomina mi to kompozycje Komitasa.

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj